Legion Pro Wrestling
Legion Pro Wrestling E-Fed Tygodniówki Elysium #7 - Los Angeles, California - 18.10.2026r.

Elysium #7 - Los Angeles, California - 18.10.2026r.

Elysium #7 - Los Angeles, California - 18.10.2026r.

18.10.2026, 21:34
#1
Earlier this week...

Kamera przenosi nas na rozległe ranczo w sercu Teksasu, a w tle słyszymy przyciszone "La Granga" zespołu ZZ Top. Po horyzont ciągną się wypalone słońcem pastwiska, drewniane ogrodzenia i samotne drzewa, a w oddali pasą się bydło i konie. Przy domu z czerwonego drewna i kamienia stoi zakurzony pickup, na werandzie kołysze się drewniany fotel, a na stoliku obok stoi ciężka, żeliwna popielniczka oraz butelka piwa Shiner Bock, która jest do połowy opróżniona. W tym miejscu życie płynie własnym rytmem. W końcu przenosimy się do wnętrza domu. W kuchni krząta się kobieta około pięćdziesiątki - ma mocną sylwetkę, włosy związane z tyłu głowy i spojrzenie osoby, która niejedną rzecz w życiu bierze na własne barki. W jeansach, koszuli w kratę i skórzanym fartuchu dogląda garnka na kuchence, jednocześnie przygotowując kolejne składniki obiadu. Porusza się sprawnie, z naturalną pewnością siebie, ale na jej twarzy nieustannie gości ciepły, serdeczny uśmiech. Nagle w drzwiach kuchni pojawia się nie kto inny, jak Jose Lopez, a muzyka cichnie. Hiszpan ubrany jest dosyć skromnie jak na siebie. Zdobią go biały t-shirt, czarne proste spodnie oraz Martensy na stopach. Lopez nie puka, po prostu staje w progu, jakby miał pełne prawo tu być. Kobieta szybko zauważa przybysza, zerka na niego znad ramienia i uśmiecha się serdecznie, ale też nie przerywa pracy, ani nie rzuca wszystkiego, żeby go przywitać.

Gospodyni: Cóż za niespodzianka. *wyciera dłonie w fartuch* Wchodź, kochanie. Właśnie robię obiad. Napijesz się kawy?

Mówi to autentyczną życzliwością, jakby oferowanie kawy niezapowiedzianemu gościowi było najnaturalniejszą rzeczą na świecie. Nie dopytuje, po co przyjechał, nie okazuje niepokoju, po prostu wraca do gotowania. Jose zawiesza się na chwilę z pustym wzrokiem widocznym na twarzy, by po chwili w końcu wymusić na swojej twarzy uśmiech, który do naturalnych nie należy, ale Lopez bardzo stara się, by to miano można było mu nadać.

Jose Lopez: Kawa... brzmi świetnie. *kiwa głową*

Anti Heroe wchodzi do środka, szybko skanując otoczenie swym wzrokiem. Jego spojrzenie spotyka się z oczami zamieszkałej tu kobiety i wymieniają się serdecznymi uśmiechami. Jose spokojnie zasiada na krześle, które jest przy malutkim stoliku.

Jose Lopez: Niesamowite jest to, jak niedaleko pada JABŁKO od jabłoni. Teraz już wiadomo dzięki komu Axel stał się tak dobrą oraz życzliwą osobą. *uśmiech*

Gospodyni wyłącza ogień pod garnkiem, wyciera ręce  w ścierkę, a następnie sięga po dzbanek z kawą i nalewa jej do dwóch dużych kubków. Jeden stawia przed gościem, drugi zaś zabiera ze sobą i siada z nim po drugiej stronie stolika. Patrzy prosto w oczy Lopeza, teraz pokazuje bardzo sztuczny, wyraźnie przerysowany uśmiech, a następnie poważnieje.

Susana Morgan: Nieładnie jest zazdrościć, kochanie. Czasami lepiej jest po prostu wziąć z kogoś przykład. I kto wie, może jeszcze wyjdziesz na ludzi? *solidny łyk kawy* Przejdźmy od razu do rzeczy - czemu zawdzięczam tę "przemiłą" wizytę?

Jose Lopez: Zazdrościć...?

Jose z zadumą spogląda na swój kubek z kawą i cukier, który jest w pobliżu, wygląda, jakby za chwilę miał coś dopowiedzieć, ale nie robi tego. Ostatecznie nie słodzi swojego napoju, jakby po prostu świadomie poraz kolejny wybrał w swoim życiu gorycz. Lopez bierze powolny łyk kawy i spogląda pustym wzrokiem na kobietę.

Jose Lopez: Jestem tutaj, bo chcę, by pani wiedziała o pewnych sprawach. *kobieta jest lekko zainteresowana* O rzeczach, których dokonam, a także o tych,  których już dokonałem. *odkłada kubek* Wszystko jest powiązane z Axelem, więc wierzę, że to będzie dla pani bardzo ciekawe. *pusty, ledwo widoczny uśmiech*

Susana Morgan: *łyk kawy* Zamieniam się w słuch, kochaneczku. Co taki smutny chłopiec ma do powiedzenia starszej pani?

Jose zbiera się dłuższą chwilę do wypowiedzenia jakichkolwiek słów, patrzy przed siebie swoim zawieszonym, jakby pozbawionym duszy wzrokiem, w końcu ułamku sekundy spogląda na Susane.

Jose Lopez: Znam Axela już od jakiegoś czasu i przez cały ten okres znajomości wmawiałem wszystkim, że pomagam mu... bo widzę w nim dawnego siebie? Z troski o jego talent?  Mniej więcej takie brednie można było ode mnie usłyszeć. Być może moja cząstka tak to postrzegała, to nieistotne, prawda jest taka, że... *bierze głębszy wdech* Robiłem to dla SIEBIE. Chciałem jak najsilniejszego rywala, takiego, który znienawidzi mnie i zrobi wszystko, bym podczas walki został zmasakrowany. Czy się udało? Nie do końca. On nie potrafi słuchać, nie chce tego robić, ma swój własny świat, a ja? Ja mam swoje własne metody. *splata dłonie, łokcie opiera na stole i patrzy głęboko w oczy rozmówczyni* Zamierzam skrzywdzić pani syna. *kobieta wzdryga się i chce coś powiedzieć* Dla swoich celów jestem w stanie zrobić wiele, naprawdę WIELE, więc nie będzie problemu z tym, bym zrobił wszystko, byś wysłuchała mnie do końca i nie wchodziła mi w słowo. *Jose spogląda groźnie* By okazać ci skalę tego po jakie okropności jestem w stanie sięgnać, mogę przytoczyć to, że podałem twojemu synowi środki nasenne, a następnie zorganizowałem całą szopkę, która miała na celu zniszczenie mu życia! KUREWSKO chciałem, byś to usłyszała ode mnie OSOBIŚCIE! Może to ci uzmysłowi, co już niebawem czeka twoją pociechę...

Mama Blaze'a ani przez chwilę nie okazywała strachu, wręcz przeciwnie. Kiedy Lopez kończy ponownie uśmiecha się promiennie, bierze solidny łyk kawy i spokojnie odstawia kubek. Przez cały czas patrzy prosto w oczy swojego gościa.

Susana Morgan: Wpadłeś, złotko.

W tym momencie słyszymy kliknięcie dyktafonu, jednak to nie Doktor Kline, ale Axel Blaze wchodzi z pokoju do kuchni trzymając przy uchu urządzenie.

Nagranie: "Podałem twojemu synowi środki nasenne, a następnie zorganizowałem całą szopkę, która miała na celu zniszczenie mu życia!"

Axel Blaze: Ależ Ty jesteś przewidywalny, Lopez.

Axel podchodzi coraz bliżej, Lopez wstaje i poprawia ubranie. Zawodnicy stają ze sobą twarzą w twarz, dosłownie stykają się czołami i zaczynają napierać coraz mocniej. W końcu widać ogień złości w oczach Blaze'a, ale też niezwykłą determinację w oczach Lopeza. Atmosfera jest coraz gęstsza z każdą chwilą. Wygląda na to, że zaraz zobaczymy porządne mordobicie, kiedy nagle atmosferę w ułamku sekundy uspokaja dźwięk przeładowanej strzelby. To mama Axela mierzy prosto do nieproszonego gościa! Susana stoi pewnie, nie mruga, od razu widać, że nie żartuję.

Susana Morgan: Nie na mojej warcie, kochaneczku. Bierz dupę w troki i wynoś się z mojego domu. W podskokach.

Hiszpan nie zamierza testować cierpliwości gospodyni, rzuca jeszcze jedno spojrzenie Axelowi i opuszcza budynek. Obraz z kamery gaśnie...

[Obrazek: cNDyCwA.png]

Zamiast standardowego wstępu kamera pokazuje nam centrum stage’u, gdzie przy pięciu mównicach stoi pięciu potwierdzonych uczestników walki o walizkę. Dodatkowo po boku ustawiona jest również szósta mównica, przy której stoi Nick Aldis, zabierający też od razu głos.

Nick Aldis: Witam serdecznie wszystkich zgromadzonych na trybunach, oraz naszych szanownych zawodników. *cheer* Pomyślałem, że zanim wyłonimy ostatniego uczestnika Elimination Chamber Matchu, dobrze byłoby przeprowadzić kulturalną *uśmiech* debatę. Każdy z was będzie miał 90 sekund na udzielenie odpowiedzi na to samo pytanie. Pytań będzie trzy. Będę was wywoływał do odpowiedzi, przy każdym z pytań kolejność odpowiedzi jest losowa. Nie przedłużając, bo myślę, że każdy jest zainteresowany tym co macie do powiedzenia - zaczynamy. Pierwsze pytanie brzmi następująco: “Gdy patrzysz na pozostałych uczestników zbliżającej się walki o walizkę, co jako pierwsze przychodzi Ci do głowy?”. *spogląda na Leone* Tony, czas start. *na titantronie zaczyna się odliczanie*

Tony Leone: *szeroko rozkłada ręce, serdeczny uśmiech* Witam serdecznie, przyjaciele.Cóż za niewątpliwa przyjemność spotyka mnie, aby rozpoczynać debatę w tak doborowym towarzystwie. *skinienie głową w kierunku Dickinsona oraz Hallowaya* Panowie Dickinson oraz Halloway niewątpliwie dobrze mnie już znają. Zaryzykuję stwierdzenie, że lepiej może znać mnie tylko Brutal. *sardoniczny uśmiech* Wyjątkowo ciepło wspominam nasze ostatnie spotkanie i żywię szczerą nadzieję, że w naszych interesach nic się nie zmieni. Natomiast jeśli chodzi o pozostałych dżentelmenów *Tony składa dłonie w piramidkę* to już na pierwszy rzut oka widać, że mamy do czynienia z rozsądnymi ludźmi. Z całą pewnością nie będą chcieli czuć się ZAWSTYDZENI, kiedy walka dobiegnie końca.

Nick Aldis: Koniec czasu. Dziękujemy za tą SZCZERĄ wypowiedź Tony. *sarkastyczny uśmiech* Skoro już wywołałeś wilka z lasu - Derek, Twoja kolej. 90 sekund. Czas, start.

Derek Halloway: *Tony wciąż ma ułożoną piramidkę z palców* Widzicie? Spójrzcie tylko na tego manipulanta. Jedyne co mi przychodzi do głowy, gdy na Ciebie patrzę iluminato, to czuję odrazę. Brzydzę się takimi osobistościami, które próbują zawładnąć światem, otaczającym ich, choćby było to LPW. To samo tyczy się Ciebie, Mantel. Na pierwszej gali próbowałeś mnie do siebie przekonać, ale już wtedy poznałem kim tak naprawdę jesteś! Programujesz umysły młodych widzów, na to że przedmioty kolekcjonerskie mają jakąś wartość, ale tak nie jest! Maxwellu, jeśli brakuje Ci drogowskazu w życiu, przyjdź na nasze spotkanie głosicieli prawdy, nie zawiedziesz się. A do Ciebie, Edgarze, coraz bardziej zaczynam się przekonywać pomimo wcześniejszych uprzedzeń. *ostatnie słowa wypowiedział bardzo szybko, żeby wyrobić się w czasie*

Nick Aldis: *wybrzmiewa sygnał kończący czas Halloway’a* Zdecydowanie ciekawe spostrzeżenia, Derek, dziękujemy Ci za tą wypowiedź. Derrick *patrzy w kierunku Mantela* Twoja kolej. *odliczanie zaczyna się od nowa*

Derrick Mantel: *spogląda na pozostałych uczestników debaty* Wszyscy mogą się przekrzykiwać, obiecując gruszki na wierzbie. Jednak nie słowa a czyny decydują o ostatecznym rezultacie. Możecie się bawić w gierki słowne, aby zdobywać sztuczną przewagę. Ja tego nie potrzebuję, tak samo jak nie potrzebuję zbędnych podlizów i bawienie się w ulubieńca publiczności czy wielkiego, przerażającego przywódcę Mafii. *spogląda na Leone* Nie muszę Was znać, by mieć sposób na to, aby zatrzymać każdego, kto postanowi stanąć na mojej drodze. Gablota czeka z niecierpliwością na to, co z Was pozostanie. Razem z nią ja, oczekujący na ten nieunikniony sukces. Walizka będzie idealnym zwieńczeniem całego procesu, który może i był długi i żmudny. W ostatecznym rozrachunku będzie on jednak niezwykle owocny.

Nick Aldis: Koniec czasu, Derrick. Bardzo ciekawa perspektywa. Edgarze, *spogląda na Poetę* Twoja kolej. Prosiłbym tylko… zrozumiale dla wszystkich. *Odliczanie resetuje się znowu do 90 sekund*

Edgar Dickinson: *Odrywa wzrok od mównicy, przez moment wyglądając na zdezorientowanego, zanim odzyskał rezon* Widzę króla szczurów. Obrzydliwe splątanie motywacji. Chciwości, szaleństwa, pychy, żałości i głodu. Pobudzone złotymi laurami wewnętrzne demony. *Poeta toczy wzrokiem po rywalach, zatrzymując spojrzenie na Dereku* Widzę też, kogoś kto zna prawdę i wie, że tak niebezpieczne narzędzie, jak walizka nie może trafić w niepowołane ręce. *Edgar w ciszy przeczekuje ostatnie kilka sekund swojego czasu*

Nick Aldis: To było… zdecydowanie coś. Dziękujemy Edgarze. *Drapie się po głowie, wyraźnie skonsternowany* To na czym my tu… A, tak. Maxwell, Twoja kolej. Znasz zasady. 90 sekund - czas, start.

Maxwell Ransom: *ogląda się po rywalach* Stoję tu pośród poważnych zawodników. Każdy z was ma wyklarowane cele, część toczy między sobą prawdziwą wojnę, a jeden zbiera uwagę dosłownie wszystkich. *zerka na Leone* Ja takiej zdecydowanie nie otrzymuję. Wygląda na to, jestem tu ciałem obcym, MOŻE wypadkiem przy pracy. Mógłbym wręcz zapytać “co ja tu do cholery robię”? *zwiesza na moment wzrok* Dzisiaj jednak umiem spojrzeć prawdzie w oczy i powiedzieć, że na pewno większość z was… Cóż, po prostu mnie lekceważy. *kiwa głową* Nie jestem głupi, wiem, że tak jest. Wiem również, że wszyscy będziecie stanowili dla mnie i mojego celu, który jest całkowicie pomijany, ogromne zagrożenie. Traktuję każdego z was niezwykle poważnie i nie ukrywam… W głębi duszy liczę na wzajemność. *pewniejszym wzrokiem zmierza stojących zawodników* Tak, naprawdę w to wierzę. W końcu znalazłem się tutaj, wśród najlepszych, nawet jeśli uważacie, że po prostu nie pasuję do tak elitarnego grona… *koniec czasu*

Nick Aldis: Dziękuję bardzo, Maxwell. Tą wypowiedzią dotarliśmy do końca pierwszego pytania. Ilu zawodników, tyle różnych odpowiedzi. Następne pytanie jest jednak trochę trudniejsze. “Kogo traktujesz jako najsłabsze ogniwo, kogo jako największe zagrożenie, a w kim upatrujesz czarnego konia walki?”. Zasady pozostają te same - 90 sekund na odpowiedź, czas jest odliczany na titantronie, wraz z końcem czasu kończy się wasza wypowiedź. *Rozgląda się po zawodnikach* Tym razem zaczniemy od… Edgara. Czas, start!

Edgar Dickinson: *Tym razem wygląda na zdecydowanie bardziej obecnego i skupionego na sytuacji. * Mam nadzieję, że zebrani tu panowie nie poczytają mi za nieuprzejmość, pewnego pominięcia ich przy mojej odpowiedzi.  Ale chciałbym wyróżnić tutaj Pana Leone. Nie wątpię, że dobrze zna motyw dogmatu trójcy. Myślę, że Pan Leone jest czarnym koniem, pojawił się na Elysium wcale niedawno a brnie przez nie niczym burza. Zakładam również, że jest największym zagrożeniem, niepokonany w Legion Pro Wrestling, liczby nie kłamią wybitna forma. Ale jest też najsłabszym ogniwem. Pas ciążący na ramieniu, liczba wrogów zaczynająca przewyższać liczbę pupilków, bycie na świeczniku oznacza bycie na celowniku. *Edgar zakończył wpatrując się w lidera The Outfit, i bawiąc się długopisem który znalazł na mównicy*

Nick Aldis: Celne spostrzeżenia, Edgarze, myślę, że we wszystkim co powiedziałeś tkwi jakieś ziarno prawdy. *Spogląda przez chwilę na Leone, po czym przenosi wzrok na Mantela* Derrick, prosiłbym o Twoją odpowiedź. Pytanie bez zmian. Czas 90 sekund. Start.

Derrick Mantel: *spogląda na każdego z pozostałych uczestników debaty, jego wzrok najdłużej skupia się na Ransomie* Nie będę się bawić w dyplomatę, jak postanowił to zrobić Dickinson. Skoro mówimy o najsłabszym ogniwie, to nasuwa mi się wyłącznie jedna opcja i jest nią Maxwell, który nie jest kimś wielkim. Więcej mówiło się o jego przyjaźni z Dolnickiem i ich wybrykach niż o jego własnych sukcesach. Na tle reszty wypada niczym ubogi krewny i ciężko brać kogokolwiek innego pod uwagę. *robi krótką pauzę, wrednie zerkając na Ransoma* Zabolało, co? *śmieje się* Swoją drogą, bawi mnie, że mam wytypować największe zagrożenie, bo osobiście uważam, że… takowego nie ma. Widzisz, Nick. Jeśli mówimy o największym zagrożeniu i czarnym koniu, to możemy w zasadzie mówić o mnie, bo jedynym, który może mnie zatrzymać, jestem wyłącznie ja sam. Cała reszta będzie dla mnie wyłącznie tłem. *koniec czasu*

Nick Aldis: Bardzo odważne słowa Derrick. *sytuacja zaczyna robić się coraz bardziej nerwowa, Aldis odchrząkuje* Tony, Twoja kolej. Czas, start.

Tony Leone: Jakże nieroztropnym posunięciem byłoby wyłożenie wszystkich kart na stół, kiedy sami nie znamy nawet wszystkich uczestników pojedynku. Taka niefrasobliwość byłaby niemal równoznaczna tworzeniu nowych teorii spiskowych, a ja nie zamierzam odbierać ostatniej rzeczy, która pozostała Panu Halloway'owi...

W tym momencie Derek nie wytrzymuje ciśnienia i wyrywa się ze swojej mównicy. Aldis na szczęście w porę zauważył, że coś się zbliża, ponieważ w czas zatrzymuje Halloway'a. Po kilku sekundach pojawia się cały tabun ochroniarzy, którzy wyprowadzają go na zaplecze. Generalny Manager wyciąga mikrofon z pobliskiej mównicy i obraca się w stronę zgromadzonych widzów.

Nick Aldis: Niestety, na tym jesteśmy zmuszeni zakończyć debatę, zanim całkowicie wymknie się z pod kontroli. Prosiłbym zawodników o udanie się na zaplecze. Dziękuję.

Ochroniarze odgradzają każdego z zawodników i po kolei wyprowadzają za kulisy, a Aldis nadzoruje cały przebieg. A teraz, czas na reklamy.

REKLAMY

Wracamy do ringu, gdzie widzimy już całą ekipę mającą wziąć udział w Battle Royal ostatniej szansy. Sędzia rozgląda się po zawodnikach i już ma dać znać by rozpocząć walkę. Jednak nagle na arenie wybrzmiewa... o kurwa... TEN THEME SONG! Fanom chwile zajmuje ogarnięcie do kogo on należał, ale tak jest... Jean-Pierre Dolnick pojawia się na rampie! Grubas... jest jakiś mniejszy, ewidentnie schudł trochę kilogramów, chociaż nie jest to znacząca różnica. Nie ma swoich włosów, jest łysy! Ma na sobie swój strój zapaśniczy, a obok niego... jest JEGO ASYSTENTKA! Co za powrót! Kobieta szepcze coś na ucho Jeanowi, ten skupiony słucha tego i rusza powoli w kierunku ringu patrząc na swoich oponentów, niektórzy widząc go, nie potrafią utrzymać powagi, on stara nie zwracać się uwagi na nich, chociaż jest lekko poirytowany. Dolnick włazi na pole bitwy, która zaraz się rozpocznie, a asytentka pozostaje w pobliżu.

11 Man Battle Royal Last Chance Match
Elias Shadow vs Yoshi Tatsu vs Rob Mcłowicz vs Alistair Fraser Jr. vs Lord Sebastien vs "Rocks" Xebec vs Chris Finnegan vs Mike Brutal vs Jean-Pierre Dolnick vs Enzo Sacrale vs Vincenzo Vizzini

Proszę nie regulować odbiorników, to naprawdę się dzieje - Jean-Pierre Dolnick powrócił do LPW! Sędzia nakazuje uderzyć w gong i rozpoczynamy tę ostatecznie 11-osobową walkę. Wygląda na to, że decyzja Grubasa z Konga o pompatycznym wejściu bez wcześniejszej zapowiedzi szybko obraca się przeciw niemu, gdyż praktycznie od razu po gongu cała dziesiątka rywali obiera sobie na cel właśnie jego! Jean-Pierre cofa się w stronę narożnika, gdzie pod gradem ciosów i kopnięć zostaje sprowadzony do pozycji siedzącej. Zmasowany atak szybko jednak się rozmywa, a zawodnicy po zneutralizowaniu Dolnicka grupują się w raczej spodziewany sposób. Członkowie The Outfit ruszają z ofensywą na Mike'a F'N Brutala, a Lord Sebastien wraz z Alistairem Fraserem obierają sobie za cel Chrisa Finnegana. Rob McŁowicz przygląda się im z niesmakiem, z czego momentalnie korzysta Rocks Xebec, który z łatwością sprowadza kucharza do parteru i tam częstuje serią ciosów. W tym samym czasie Yoshi Tatsu sprowadza Eliasa Shadowa na liny, po czym honorowo wydaje z siebie okrzyk japońskiego wojownika i rusza z Running Big Bootem...jednak Elias uchyla się i przerzuca go nad sobą, jednocześnie eliminując! No to Yoshiego mamy z głowy. Elias celebruje ten fakt co najmniej tak, jakby już wygrał. Wdrapuje się na dolną linę i zaczyna wymachiwać łapami gest 6-7 w kierunku Tatsu. Bardzo niehonorowe zachowanie, które musiało spotkać się z negatywną reakcją fanów. Tymczasem za plecami Eliasa ustawił się Mike Brutal, który z zażenowaniem obserwuje ten pokaz...po czym delikatnie popycha stojącego na linach chłopaczka, doprowadzając do jego eliminacji! Kto by się spodziewał, że tak to się skończy? No pewnie wszyscy oprócz samego Eliasa. Wkurwiony dzieciak zaczyna tłuc łapami o krawędź ringu. Po chwili obie dłonie go bolą, więc przestaje, za to wkurwia się jeszcze bardziej i kopie w stalowy słupek. Że nie było to zbyt mądre, raczej nie trzeba dodawać. Teraz kuleje na prawą nogę, co wywołuje śmiech u Brutala. Sędzia nakazuje Eliasowi udać się do szatni, a my możemy wrócić do akcji ringowej. Extrememaniac miał chwilę spokoju od Sacrale i Vizziniego, jednak teraz ci wracają do niego, starając się wyrzucić go ponad górną liną. Michael chwyta lewą ręką za górną linę, starając się zapobiec eliminacji, zaś prawą klepie...Vizziniego w pysk, dzięki czemu Włoch na moment odpuszcza, Brutal odzyskuje balans, a widmo odpadnięcia oddala się od niego. Zaraz potem silnym Headbuttem powala na matę Sacrale. W międzyczasie Dolnickowi udało się już wstać przy pomocy lin, jednak już po paru sekundach ponownie zostaje zaatakowany, konkretnie przez Lorda i jego towarzyszy. Tak więc Grubas znowu sobie posiedzi na macie, zaś do Sebastiena i jego kompanii dopadają teraz Chris Finnegan i Rocks Xebec, którzy postanowili działać wspólnie. O ile Apex Anarchist dobrze sobie radzi, zdobywając kontrolę nad Alistairem, o tyle atak Chrisa na Roba okazuje się nieskuteczny, gdyż ten kontruje jego szarżę na Iverted Atomic Drop. Momentalnie do Surfera dopada także Lord i wraz z McŁowiczem otłukują go, sprowadzając do parteru. Wtedy Sel de la Terre nakazuje Polakowi podnieść rywala i chwycić go za ręce od frontu. Tak też Rob czyni, zaś Sebastien wyskakuje na Finnegana z drugiej strony, aplikując Prise de Pouvoir! Następnie wraz z McŁowiczem ruszają w stronę Rocksa, który obija kamerdynera. Lord odwraca Xebeca i próbuje Irish Whipu, jednak rywal z łatwością zrywa chwyt. Wtedy jednak McŁowicz wyprowadza European Uppercut, nie doprowadzając jednak do upadku Rocksa na matę. Alistair także dołącza do ataku. Odwraca on zawodnika urodzonego w Sao Paulo i częstuje Knee Liftem, zaś bezpośrednio po tym Lord przechwytuje Xebeca i wykonuje Aristo Suplex! Teraz czas na nowy cel, a przynajmniej tak uważa Sebastien, który nakazuje swoim podwładnym ruszyć w kierunku The Outfit i Brutala. Fraser momentalnie idzie za nim, a potem także Rob. Gdy są już w pobliżu oponentów...nagle McŁowicz przechwytuje Alistaira i z zaskoczenia wyrzuca go ponad linami z ringu! Lord Sebastien nie może uwierzyć w to, co właśnie zrobił jego kucharz. Wściekły nakazuje Robowi opuścić ring! Ten początkowo nie chce tego robić, jednak Lord przypomina mu, że ten jest zmuszony wykonywać każde jego polecenie. Popycha go, a nawet uderza z liścia, co wyraźnie irytuje Krakowianina, a pewnie jeszcze bardziej frustrujący dla Szefa Kuchni jest fakt, iż nie może nawet oddać Lordowi. Patrzy przez chwilę ze złością na swojego przełożonego, jednak w końcu decyduje się wejść na narożnik, a stamtąd przejść nad linami na krawędź ringu. Spogląda jeszcze raz w kierunku Sebastiena, który stoi tuż przed jego twarzą i ponownie nakazuje mu wyjść z ringu. W pewnym momencie Rob pokazuje Francuzowi, by się odwrócił. Ten spokojnie spogląda za siebie i...zostaje trafiony przez Chrisa Finnegana, który wykonuje Running Clothesline - a mało tego, w tym samym momencie McŁowicz naciąga w dół górną linę, nad którą przelatuje Lord, odpadając z Battle Royal! Chef of Chaos patrzy z satysfakcją na swojego pana, jednak jego szczęście nie trwa długo, gdyż zostaje przechwycony za szyję przez Rocksa! The Scourge of Hachinosu przez kilka sekund trzyma Roba za szyję, osłabiając go, po czym wynosi w górę i wykonuje Chokeslam prosto na apron, po którym McŁowicz spada poza ring! Zaraz potem do Rocksa dopada Surfer Chris, któremu udaje się przechwycić wcale nie tak małego rywala i wykonać mu The Sydney Sweep. Bezpośrednio po tym rzucie wdrapuje się na narożnik, po czym skacze, wykonując The Big Wave! Ale niestety nie trafia! W ostatnim momencie Rocksowi udało się uciec przed akcją kończącą Australijczyka! Wstaje z maty i patrzy na zbierającego się Ocean Boya. Widzimy taunt imitujący strzał z pistoletu, po czym Xebec rusza...Headshot dla Finnegana! Chris pada na matę i nie rusza się. The Apex Anarchist niemal od razu podnosi jego bezwładne ciało i przerzuca ponad linami, eliminując z dzisiejszej walki! Jeszcze przez kilka sekund patrzy z wyraźnym triumfem w oczach na leżącego poza ringiem Chrisa. W końcu jednak odwraca się....i niemal od razu zostaje trafiony przez Enzo Sacrale! Lupara sprowadza Xebeca na matę, a w tym czasie widzimy, że na narożniku jest już Vizzini, który nie czekając na nic wykonuje skok, aplikując Rocksowi Divine Departure! Następnie obydwaj Włosi podnoszą Japończyka urodzonego w Brazylii i przerzucają nad linami - to koniec Rocksa Xebeca w tym Battle Royal! Zostaje zatem już tylko czwórka. Dwóch członków The Outfit zastanawia się nad następnym ruchem. Mike Brutal powoli wstaje po tym, jak wcześniej został pobity, zaś Dolnick...no cóż, chyba się obraził, bo cały czas siedzi w tym samym narożniku ze skrzyżowanymi rękami i ani myśli wstawać. Sacrale i Vizzini...już po raz któryś dzisiaj decydują się zaatakować Brutala. Większy z Włochów przechwytuje ręce Mike'a za plecami, zaś The Consigliere wymierza serię ciosów w odsłonięty brzuch Extremely Mad Doga. Zawodnik z Philadelphii osuwa się na kolano, zaś Vizzini zakłada mu Kimura Lock! Brutal szarpie się, ale o dziwo nie odklepuje! Mało tego, drugą ręką udaje mu się trafić kilka razy w głowę Vincenzo, przez co ten w końcu puszcza dźwignię! Extrememaniac ma jednak zbyt mało sił, by płynnie przejść do kolejnej akcji. W dodatku trzyma się za obolałą rękę. Próbuje z tego skorzystać Sacrale, który chwyta go za kark i posyła nad linami...ale tylko na krawędź ringu. Następnie Brutal trafia barkiem w brzuch Il Santo. Następnie Vizzini próbuje swojej szansy, jednak próba siłowania się z Brutalem to kiepski pomysł - Mike przeciąga go ponad linami na krawędź ringu. Mamy chwilową wymianę ciosów, z której zwycięsko zdaje się wychodzić Brutal. W końcu Sacrale decyduje się złapać Mike'a, lecz i on zostaje ściągnięty ponad linami na apron. W międzyczasie Dolnick postanawia jednak wstać, chyba po to żeby lepiej widzieć to, co tam się dzieje. Zawodnik z Philadelphii wyprowadza Forearm Smash, w wyniku którego Enzo chwieje się, ale jeszcze nie spada. Szansę stara się wykorzystać Vincenzo, który przechwytuje Brutala w Front Facelock. Do żadnej akcji jednak nie dochodzi, gdyż Mike przytomnie rusza do przodu i już po chwili plecy Il Ombre spotykają się ze stalowym słupkiem! To pozwala Brutalowi się uwolnić, a już po chwili wyprowadza on potężny Headbutt, w wyniku którego Vizzini spada na podłogę! U South Philly Scumbaga widać już ogromne zmęczenie tym starciem. Co gorsza, drugi z mafiozów doszedł już do siebie...i właśnie przechwytuje Brutala w Sleeper Hold! Ten stara się szarpać, jednocześnie cały czas kurczowo trzymając się jedną ręką za liny, aby nie spaść. W końcu... Mike'owi udaje się drugą ręką pochwycić kark Il Santo! Chwilę później także druga z kończyn Brutala znajduje się na szyi Włocha... STUNNER! Sacrale spada, zaś Brutal ledwo co unika eliminacji, w ostatnim momencie chwytając za liny! Z niemałym trudem powraca do pozycji stojącej. Patrzy przez chwilę na nieco zmieszanego Dolnicka, po czym postanawia wrócić do środka....ale w tym momencie zostaje złapany za nogę! To Tony Leone, lider The Outfit, właśnie zjawił się tuż obok ringu i chwyta Brutala, ściągając go na podłogę! Mike zostaje wyeliminowany...a zatem to koniec tej walki! Do Elimination Chamber Matchu kwalifikuje się Jean-Pierre Dolnick, w co chyba on sam nie może jeszcze uwierzyć!

Earlier today...

Pada rzęsisty deszcz, a słońce mimo to próbuje przedrzeć się przez chmury, kamera kieruje nas do dobrze znanego już miejsca fanom LPW - sierocińca, w którym kiedyś przebywał River. Znajdujemy się w sali szkolnej, możemy tam zaobserwować grupkę młodych mężczyzn, którzy słuchają właśnie wykładu, który prowadzi nie kto inny, jak sam kowboj z Montany. Obok niego stoi jego była wychowawczyni z dawnych czasów.

River: Słuchajcie, tak jak już wam mówiłem - tu nie chodzi o to, żeby opowiadać wam jakieś bajeczki o tym, że macie równe szanse i że generalnie nasze pochodzenie, nasza droga nie ma znaczenia, a liczy się tylko to, co chcemy osiągnąć. To wszystko, co tu przeżywacie was kształtuje, dlatego też takie ważne jest to, jak podejdziecie do mieszkania i nauki tu.

Wychowawczyni: To co River mówi, to prawda. Znałam go osobiście i wiem, że ta droga, którą tu przebywacie jest niezwykle istotna. Pomyślcie jak inne może być to miejsce, gdy zrozumiecie, że nikt z was tutaj nie jest za karę. Nikt z was nie jest tutaj, bo jest gorszy, czy niechciany. Trafiliście tutaj, bo taki jest świat. Takie jest życie. Niestety, nie wszyscy w nim mają równe szanse, ale to nie znaczy, że powinniśmy się poddawać.

River: *uśmiecha się lekko do wychowawczyni* Powiecie pewnie, że łatwo jest nam o tym gadać, bo tego nie przeżywamy. Tylko, że ja tu byłem. Dokładnie w tych samych salach i to wcale nie tak dawno. Znam tu każdy korytarz, każde pomieszczenie, wiem gdzie jest składzik na miotły i gdzie pan Harrelson trzyma niedopity alkohol. *dzieciaki się śmieją* Prawda jest taka, że to miejsce dalej jest we mnie. Kiedy tu przebywałem czułem się nieraz zdradzony, oszukany czy wykpiony przez los. *patrzy się na uczniów z trwogą w oczach* Macie prawo się tak czuć. Macie prawo czuć, że "to jest kurwa niesprawiedliwe". Bo jest. Tylko, musicie zrozumieć, że wasze dusze chłoną te emocje. Jeśli ktoś się zamartwia, jeśli ktoś upaja się smutkiem, to z czasem również jego ciało daje o tym znać i wtedy zaczyna się walka z samym sobą...

Chłopak: No dobra, ale przecież wszyscy wiedzą o tym, że dzieciaki z sierocińca częściej sięgają po dragi i alko, więc skoro wszyscy to wiedzą i dalej tak jest, to może po prostu tak być musi?

Wychowawczyni chce coś powiedzieć, ale River daje jej znać ręką (podnosi ją delikatnie xD), że to on się tym zajmie.

River: Widzicie? To jest właśnie to. Skoro są jakieś badania, że jest to nieuniknione to tak jest i tyle. Zostawcie badania naukowcom, a tabelki ludziom od Excela. Naprawdę. Niech każdy skupi się na sobie i na tym, co chce wyciągnąć dla siebie samego. Wiem, że nie będzie wam łatwo, ale popatrzcie...na mnie. *prostuje się* Kiedyś te słowa nie przeszłyby mi przez gardło, a teraz? Teraz mogę być w końcu dumny z tego, jaką drogę przeszedłem i gdzie się znajduję. Rozumiem że czeka mnie jeszcze mnóstwo pracy i wyrzeczeń. Zdaje sobie sprawę z tego, że po nocy zawsze przychodzi dzień, a po burzy spokój, ale mam świadomość tego, że ciemne moce na tym...*River spogląda z niepokojem w okno, jakby coś tam zauważył, przełyka ślinę* ale...ale...wiem, że nie chodzi o to, by tego unikać. Chodzi o to, by rozumieć swoje lęki i móc z nimi walczyć.

Dzieciaki chcą zadać mu jakieś pytania, ale widzimy, że z "Madmanem" dzieje się coś złego, bierze on szybki łyk wody, a następnie wychodzi z klasy, wychowawczyni przeprasza dzieci i natychmiast podąża za nim, łapiąc go na korytarzu.

Wychowawczyni: River, co się stało? Wyglądasz jakbyś nagle zobaczył ducha!

River: Bo chyba zobaczyłem. Nie...nie wiem. *nerwowo poprawia włosy* Czuje się tutaj jakbym...jakbym dalej tu był. Nie potrafię opuścić tego miejsca. Wie pani o co chodzi? Moja głowa nie potrafi opuścić tego miejsca...mogę mówić tym dzieciom, że każda decyzja należy do nich, mogę im wmawiać, że mogą wybrać swoją ścieżkę życia, ale po co? Pani dobrze wie, jak tu było. Może czasy się zmieniły, ale to miejsce...*dotyka ściany, jakby chciał się w nie wsłuchać* Czuje tu to samo, co czułem 15 lat temu. Ból. Może to i dobrze? Może to znaczy, że w końcu jestem sobą? Może to znaczy, że odczuwam tak, jak powinien to odczuwać człowiek w mojej sytuacji? Teraz, kiedy zrzuciłem z siebie jeden ciężar, czuje się wolny. Tylko czy wolny oznacza...szczęśliwy? Pamięta pani tego grubego woźnego z blizną na policzku, który zawsze kosił ten trawnik? *wygląda przez okno*

Wychowawczyni: Errol? Co z nim? Nie ma go tu już z 10 lat.

River: Tak. *przełyka ślinę* Był jednak taki czas, że...*otwiera usta ale nic nie mówi przez dłuższą chwilę* Był taki czas, że...żadne dziecko nie potrafiło się pozbyć go z własnego umysłu. On nadal tu jest, wszędzie wokół nas. Był tu zanim się urodziliśmy i będzie po tym, jak umrzemy...

Obraz z kamery nagle się urywa.

Kamera przenosi nas na zaplecze, gdzie możemy dostrzec Jean-Pierre Dolnicka. Grubas (już ciut mniejszy) z Konga przemierza korytarz wraz ze swoją asystentką, która z gracją idzie tuż obok niego. Po chwili przed dwójką pojawia się nasz niezłomny reporter, Paddy Jackson!

Paddy Jackson: Jean-Pierre! Cóż za niesamowity, zwycięski powrót! *Dolnick pozostaje niewzruszony* Wszyscy jesteśmy ciekawi, jakie myśli Ci teraz towarzyszą? Co skłoniło Cię do ponownego pojawienia się w LPW? Czy zobaczymy twoje nowe oblicze? *asystentka szepcze coś Dolnickowi do ucha* Jean, musisz nam coś powiedzieć, umieramy z ciekawości!

Paddy z nadzieją przybliża mikrofon pod same usta Grubasa z Konga, ten jednak postanawia zachować milczenie i odsuwa rękę Jacksona, po czym skinieniem głowy nakazuje asystentce odejść razem z nim. Reporter wygląda na niepocieszonego, ale Jean-Pierre ma to najzwyczajniej w świecie w głębokim poważaniu i wymija Jacksona. Kilka kroków dalej natrafia na... Oczywiście, kogóż by innego - jedyny i niepowtarzalny Elias Shadow! Siedzący na skrzyni Gówniak odrywa wzrok od swojego Iphone'a 18 Pro Max i momentalnie przywołuje na usta kpiący uśmieszek.

Elias Shadow: Co Dolniczku Pierdolniczku, już się odobraziłeś na LPW? Zjadłeś eklerka albo pięć i kongusek nerwusek już się uspokoił? Hahaha!

Elias wręcz zanosi się śmiechem, ale Dolnick nawet nie zaszczyca go spojrzeniem, w tym samym tempie przemierzając korytarz wraz ze swoją asystentką. Poddenerwowany nieskuteczną próbą prowokacji Elias zeskakuje ze skrzyni na której do tej pory zasiadał.

Elias Shadow: Do Ciebie mówię, Dolnick! SŁYSZYSZ TY MNIE? *zero reakcji* GRUBASIE TY ZASRANY TY!

Jean-Pierre o dziwo nadal nie zareagował, co jeszcze bardziej wkurzyło Eliasa, który zaczyna coraz głośniej dyszeć. Nagle za Eliasem pojawia się.... Yoshi Tatsu! Battle Royal Specialist, który wypadł jako pierwszy, straszy Shadowa w karykaturalny sposób.

Yoshi Tatsu: Buuuu! *honorowo straszy* Haha, gdybyś mógł tylko teraz na siebie spojrzeć! Powinieneś być gotowy na takie psikusy, gdyż niebawem mamy Halloween! Lekcja kolejna, prawdziwy samuraj jest gotowy na Halloween!

Elias oczywiście o mało znowu nie wypuścił telefonu z ręki. W ostatniej chwili utrzymał go jednak w palcach, chyba siłą swojej woli (słabej bo słabej, ale jednak). Po sprawdzeniu czy jego IPHONE 18 PRO MAX jest cały i zdrowy, powoli obrócił się do Tatsu, zdecydowanie próbując go zamordować wzrokiem.

Elias Shadow: A TY DO CHOLERY JASNEJ... TY... TY... DEBILU TY! Czy Ty mnie próbujesz zabić?! *wznosi oczy ku niebu* Święty Skibidi Toilecie, daj mi cierpliwość, bo jak dasz mi siłę, to go rozszarpię! *patrzy z powrotem na Japońca* Czego Ty nadal ode mnie chcesz? Ciągle za mną łazisz, jakbyśmy byli kolegami jakimiś co najmniej. Chyba, że przyszedłeś się spinać, że Cię wywaliłem z Battle Royalu? *śmiech* Masz za swoje dziadu!

Yoshi Tatsu: To prawda, udało ci się wywalić mnie z Battle Royalu, ale wiesz... młodzieńcze... ja w swoim życiu wygrałem wielokrotnie ten typ walki. *honorowo wypina pierś* Widząc was... głodnych sukcesu, młodych, gniewnych, zawziętych... musiałem odpuścić. Tak postąbiłby prawdziwy samuraj. *honorowo szczery zęby i pokazuje okejke*

Elias Shadow: *wpycha palec do ucha i grzebie nim bez opamiętania* Chyba coś mi tam wpadło i się przesłyszałem... *wyciąga palec i patrzy na niego* Nie no, Ty tak na serio mówisz? *zaczyna się znowu śmiać* A wymień chociaż jedną wygraną w Battle Royal, co? *daje Yoshi'emu dosłownie pół sekundy* No, wymień, dawaj! Hahaha, nie wymienisz, bo żadnej nie ma! Pieprzysz mi tu jakieś kocopoły, jak zwykle zresztą. A w dupie Cię mam dziadu!

Elias cały wręcz dygocząc z nerwów obraca się na pięcie i odchodzi od Tatsu, który tylko z lekkim uśmiechem (wręcz z deka smutnym) patrzy za młodzieńcem przez jeszcze kilka sekund. Nagle za jego plecami słychać głośny łoskot, co zmusza go do wzrokowego zlokalizowania źródła dźwięku. Jego oczom - o zgrozo! - ukazuje się spadająca w jego stronę aluminiowa konstrukcja, której na pewno nie ma szans uniknąć! Wtem zostaje jednak odepchnięty na bok, upadając na posadzkę tuż za strefą "zagrożenia". Oczywiście to tylko aluminium, więc nic groźnego by mu się nie stało, ale wciąż - ktoś wypchnął go na bok, pozwalając mu uniknąć tego jakże ciężkiego wypadku! Kamera powoli przejeżdża w miejsce katastrofy... I naszym oczom ukazuje się Elias, leżący pod przewróconą konstrukcją!

Yoshi Tatsu: Cholera!  *honorowo podbiega do Eliasa i jeszcze bardziej honorowo ściąga z niego konstrukcję* T-ty... ty mnie uratowałeś! Od zawsze wiedziałem, że jest w tobie wiele dobra! Haha! Nie mylilłem sie! Elias-Kun jesteś niesamowity!

Elias Shadow: *ledwo mówiąc, jakby leżało na nim co najmniej 500 ton, a nie jakieś 30kg aluminium* Nie wiem co się stało... Moje ciało... Po prostu ruszyło się samo...

Są to ostatnie słowa z ust Eliasa, który dosłownie mdleje. Yoshi uśmiecha się i kiwa z podziwem głową, po czym po prostu podnosi aluminiową konstrukcję jedną ręką do góry i wyciąga Eliasa na zewnątrz. Po chwili podchodzi do nich lekarz, a obraz z kamery gaśnie...

Singles Match
Zack Sabre Jr. vs RIVER

Wracamy po reklamach i widzimy, że River kompletnie dominuje nad ZSJ, obecnie ciska nim na liny i mamy do tego potężny Corner Clothesline! "Madman" wynosi swojego rywala na narożnik, następnie sam również się tam wspina i...Superplex? Tak jest! Lądują na środku ringu i widzimy, że Zack jest mocno poobijany, a "Montana Kid" niemal niezwłocznie się podnosi i dokłada Standing Moonsault. River rozgląda się jeszcze po publiczności, po czym czeka aż jego przeciwnik się podniesie i...nokautuje go wspaniałym Calf Kickiem! Łapie go jednak zanim ten zdąży upaść i mamy kombinację z German Suplexem! ZSJ jest już kompletnie zamroczony a "The Warden" wygląda na niesamowicie skupionego. Brytyjczyk podnosi się powoli, a za plecami czeka już jego rywal, który podcina go i zapina Crossface! ZSJ zaczyna wierzgać po całym ringu, ale Amerykanin wzmacnia uścisk i nie ma zamiaru dać mu się wyrwać! Liny są stosunkowo blisko i...uda się? Czy się nie uda? Uuuuudaje się! Złapał się lin Zack Sabre Jr! Ufff! Wszyscy fani tego utalentowanego zawodnika odetchnęli z ulgą, czyli jak łatwo się domyślić - nikt nie odetchnął. Wróćmy jednak do walki, bo teraz to Zack zaczyna przejmować ofensywę, chociaż to może zbyt daleko wysunięte założenie, bo po prostu kopnął parę razy Rivera. Ten jednak nie pozostaje mu dłużny, wyprowadza serię prawych, ale...Sabre Jr odpowiada! Cios za cios i...Big Boot od "Madmana"! Brytyjczyk pada na liny, następnie odbija się od nich mimowolnie i...Pele Kick od "The Retribution Bandit"! Najnowszy obiekt badań Dr Kline chyba będzie chciał zakończyć tę walkę, bo widzimy, że czeka aż jego przeciwnik się podniesie i czyżby? Czyżby szykowało się nam Lost Soul? Tak! Superkick wykonany! Pozostaje tylko pin! Tylko, że "Madman" nie ma zamiaru pinować! Co tam się dzieje?! On wyjmuje z kieszeni jakieś małe urządzenie, z którego po chwili wydobywa się dźwięk i cała arena słyszy teraz jak ktoś zachrypniętym głosem wypowiada słowa "Zdać sobie sprawę, że całe twoje życie – wiesz, cała twoja miłość, cała nienawiść, cała pamięć, cały ból – wszystko to było tym samym. Wszystko to było snem, który śniłeś w zamkniętym pokoju. Snem o byciu człowiekiem." Po czym widzimy jak River przeczesuje włosy i zaczyna z wściekłością uderzać swojego przeciwnika! Bije go w parterze tak mocno, że część kibiców zasłania oczy, by na to nie patrzeć! Jesteśmy świadkami jakieś totalnej masakry, ale "The Warden" zachowuje się jakby był opętany! Dopiero teraz wstaje i  zaczyna dusić rywala butem! Dosłownie kładzie mu buta na szyi, a ten nie ma już sił, by się podnieść! Sędzia widząc to natychmiast przerywa pojedynek i ogłasza zwycięstwo RIVERA poprzez niezdolność przeciwnika do kontynuowania pojedynku. "Madman" przez chwilę nieruchomo stoi w ringu, po czym bardzo powoli przechodzi przez liny i w kompletnej ciszy udaje się na zaplecze.

W pokoju panuje całkowita ciemność, nagle słychać kliknięcie i zapala się żarówka, w której świetle znajdują się Eli Cottonwood, Eli Cottonworld oraz Eli Cottontail. Bracia gładzą się po swoich dostojnych wąsiskach, Eli co jakiś czas przygryza marchewkę (domyślcie się który). Kamera nagle zaczyna skupiać się na całkowitym mroku, który jest bezpośrednio za nimi, zwiastując nam pojawienie się kolejnej osoby. Nikt jednak nie wychodzi z cienia, ale nagle w mroku pojawiają się oczy oraz śnieżnobiałe zęby! Biel białek oraz zębów niesamowicie kontrastuje z panującym dookoła mrokiem, jednak mimo usilnego wytężania wzroku nie widać nic więcej.

???: Wzywałeś mnie, Panie?

W tym momencie z cienia wyłania się wysoki, czarnoskóry zaowdnik, afro na głowie oraz oczywiście, pokaźnym wąsem pod nosem. Zawodnik jest chudy, wysoki, ma niezwykle długie ręce oraz jakby nienaturalnie długie palce. Tak przynajmniej wydaje się na pierwszy rzut oka.

Eli Cottonpicker: Mówią na mnie Eli Cottonpicker i przyszedłem tutaj z własnej, nieprzymuszonej woli. Wcale nikt nie kazał mi powiedzieć, że lubię ciężką pracę fizyczną, robić wszystko samodzielnie, własnymi rękami. Nie lubię natomiast gładkich twarzy oraz jak ktoś próbuje mi zapłacić. Trzymajcie brzytwy schowane przed moim wzorkiem, tak jak swoje własne portfele.

Eli dołącza do Elich i przez chwilę synchronicznie gładzą swoje wąsy, a po chwili obraz z kamery gaśnie.

Kamera przenosi nas na backstage, gdzie widzimy Xebeca, który stoi oparty o wielką skrzynię ze sprzętem i mówi coś do kogoś. Operator podchodzi nieco bliżej..

Rocks: ..TO MIAŁ BYĆ MÓJ MOMENT, ROZUMIESZ!? *zwraca się do kogoś po swojej lewej stronie, ale tam nikogo nie ma* Kurwa mać! Było tak blisko, a ci dwaj frajerzy w garniakach wyrzucili mnie za burtę! To jakaś abstrakcja Eddie, to jest jakaś pierdolona.. *bierze do ręki losowy, metalowy przedmiot i ciska nim gdzieś odwracając się za siebie*.. abstrakcja! Gdybym tylko.. nie wiem.. co ja mogłem zrobić inaczej!? Ale było ich dwóch.. sami nie mogli.. nie umieli.. KUR-..

Rocks oparty tyłem do skrzyni zauważa jednego z technicznych, który przy czymś pracuje..

Rocks: Możesz to do jasnej cholery robić.. nie wiem.. CISZEJ!? ALBO GDZIEŚ INDZIE-..

Nie dokańczając zdania, wyrywa technicznemu (który odsuwa się na bok instynktownie) narzędzia z jego rąk i ciska nimi o ścianę, po czym zaczyna się wyżywać na bogu ducha winnych sprzętach - kopie je, pomniejsze rzuca gdzieś bez ładu, jest w jakimś amoku i nie ma pojęcia co robi. Gdy stoi w miejscu ciężko oddychając, odwraca się i widzi Chrisa Finnegana, który przygląda się sytuacji..

Rocks: A Ty, surfer, co się patrzysz? Nie starczyło Ci, że Cię wypieprzyłem z ringu podczas battle royalu? Chcesz wylecieć jeszcze raz, ale tym razem na ścianę? Albo może w ten pierdolnik, który tutaj zostawiłem? Nie wiem, mam wrażenie, że Ty to po prostu lubisz.. *lekko ciszej mówiąc do siebie* Żałosny śmieć..

Surfer uśmiecha się do Rocksa i kręci głową z politowaniem.

Finnegan: Rocks.. Rocks.. Rocks.. skąd w tobie tyle agresji? Cholera i co z tego, że wypadłeś z tego battle royalu? Nie kończysz przecież zaraz kariery, żebyś miał żałować każdej niewykorzystanej szansy. Fakt, wyeliminowałeś mnie i za to należy ci się szacunek, ale czy to oznacza że jesteś ode mnie lepszy? Taka stypulacja rządzi się swoimi prawami, być może jeden na jeden sytuacja wyglądałaby zgoła odwrotnie, ale to zostawiam twojej wyobraźni, która jak widać jest naprawdę bujna w końcu masz wymyślonego przyjaciela, Eddie tak? Może zamiast się tu męczyć otworzysz dom zmyślonych przyjaciół Pana Rocksa? Serio stary musimy się kiedyś umówić i polatać na desce. Na pewno ci to dobrze zrobi. *Finnegan czeka na reakcję Rocksa, ale jej nie dostaje* Widzę, że dzisiaj i tak nie pogadamy, ochłoń trochę i czekam na cynk, peace..

Finnegan odwraca się od Xebeca i zaczyna iść w swoją stronę. Rocks po chwili namysłu chwyta stojące nieopodal krzesło i rzuca nim w Surfera - ten ląduje na betonie i łapie się za plecy, w które Scourge of Hachinosu trafił. W tym momencie Xebec chwyta jeszcze za leżący kawałek rurki i okłada nim Finnegana, raz po raz szybciej, bez opamiętania, a na końcu wysypuje na niego zawartość kosza na śmieci..

Rocks: Jak w domu, co? *chwilowy uśmiech* Haha! *uśmiech natychmiast znika* Tu jest twoje miejsce..

Lekko zmęczony Rocks próbuje odejść, ale słyszy jak Chris zaczyna się podnosić.. Xebec staje w miejscu, mówi coś niezrozumiale pod nosem, po czym podchodzi i łapie Finnegana.. Pandemonium na jakiś losowy zbiór gratów pod ścianą! Widokiem stojącego dumnie Rocksa, bez śladu uśmiechu na twarzy, patrzącego na Finnegana leżącego wśród sprzętu... Obraz gaśnie.

REKLAMY

Kamera przenosi nas na zaplecze, gdzie River właśnie przemierza jeden z korytarzy. Nagle podchodzi do niego Paddy Jackson, trzymający w dłoni niewielką kopertę.

Paddy Jackson: River! Zaczekaj chwilę. Ktoś prosił, żebym ci to przekazał.

Waters zatrzymuje się i spogląda podejrzliwie na kopertę.

River: Kto?

Paddy Jackson: Powiedział tylko, że będziesz wiedział.

River bierze kopertę. Na jej froncie znajduje się wyłącznie jedno słowo - „RIVER”. Zawodnik otwiera ją i wyciąga pojedynczą kartkę.

River, Miałeś rację, są miejsca, których człowiek nigdy naprawdę nie opuszcza. Deszcz nadal głośno uderza tutaj o szyby. Korytarze są węższe, niż można zapamiętać, a z twojej dawnej sali wciąż doskonale widać cały dziedziniec. Powiedziałeś, że nie chodzi o to, żeby uciekać przed własnymi lękami. Chodzi o to, żeby je zrozumieć i móc z nimi walczyć. Chciałbym sprawdzić, czy nadal tak uważasz. Nie każ na siebie czekać.

Dr Victor Kline

River dociera do ostatnich zdań i momentalnie podnosi wzrok znad kartki. Przez chwilę stoi zupełnie nieruchomo, jakby właśnie dotarło do niego coś znacznie ważniejszego niż sama treść wiadomości.

Paddy Jackson: River?

Waters zgniata kartkę w dłoni i gwałtownie rusza w stronę wyjścia.

Paddy Jackson: Hej! Co się dzieje?!

River nawet się nie odwraca.

River: Oni tam są.

Po kilku sekundach River znika za drzwiami prowadzącymi w stronę parkingu, pozostawiając Paddy'ego samego na korytarzu.

Kamera przenosi nas teraz do szatni na zapleczu, w której widzimy Enzo Sacrale oraz Vincenzo Vizziniego zajmujących się… Cóż, niecodzienną dla nich robotą. Zawodnicy pochłonięci są sprzątaniem szatni. Panuje między nimi cisza, zakłócana jedynie przez piosenkę tytułową “Z Archiwum X”. Bezdźwięczne sprzątanie zajmuje im chwilę, lecz w końcu Enzo podnosi wzrok na swojego kompana i zatrzymuje się, opierając ręce o miotłę.

Enzo Sacrale: Robimy to od pół godziny i w tym czasie nie padło tu ani jedno słowo. *wskazuje palcem na Vincenzo* Ani jedno. Jakbym pracował z kimś, komu zazwyczaj ciężko zamknąć usta i ta osoba milczałaby przez tak długi czas, zacząłbym się zastanawiać, zadał jakieś pytanie… Czy wszystko okey? Dlaczego nic nie mówisz? COKOLWIEK. A Ty? *kręci głową* Nie zwracasz na nic uwagi, jakby nic się złego nie działo. *marszczy brwi* Co z Tobą nie tak?

Vincenzo unosi głowę, wstając z szufelką pełną zagarniętych do niej śmieci i spogląda na partnera.

Vincenzo Vizzini: Ale co miałoby być nie tak? Nie rozumiem, Enzo. Jeśli masz mi coś do powiedzenia, to po prostu to powiedz. Nie zamierzam Cię ciągnąć za język. *wysypuje zawartość szufelki do stojącego obok kubła* Mamy robotę do zrobienia. Czy do wykonywania tej pracy Twoim zdaniem potrzeba rozmowy? *Nadgarstkiem poprawia okulary na nosie* Nie przejmuję się, bo nie ma czym - przegraliśmy swoje walki, więc odbywamy za to karę. To prostsze niż przepis na ragù. Nie trzeba z tego powodu robić scen.

Enzo Sacrale: Nie robię scen, znamy zasady i nie mam z tym problemu. Zastanawiam się po prostu… *wpatruje się w Vincenzo* Jak twarda jest twoja skorupa? Próżno wśród nas szukać ślepców i głupców, więc musimy zdawać sobie sprawę, że nie wszystko przebiega idealnie. A Ty? Jesteś taki sam… Zero zawahania, zero emocji, nie zwracasz uwagi na niepokojące znaki… Drogi są dwie, albo tracisz czujność, albo twój stoicyzm jest godny najwyższego uhonorowania.

Vincenzo chwilę patrzy na Enzo, bierze do ręki telefon leżący obok i zmienia piosenkę na TAKĄ.

Vincenzo Vizzini: Ja po prostu niewiele czuję. Tobą kierują gniew, radość, smutek, zwątpienie. To zupełnie normalne uczucia, których ja po prostu nie posiadam. Upadek ze schodów nie sprawia, że nie możesz już więcej się na nie wspiąć. Musisz po prostu znaleźć sposób na to by wstać i zacząć się wspinać ponownie. Właśnie to mnie zajmuje. Nie gniew. Nie smutek. Nie rozpacz. Zero zwątpienia. Widzę nasz cel, wytyczony przez Dona. Nie marnuję energii na rzeczy, które nie sprowadzą nas z powrotem na właściwe tory. Moją całą uwagę skupiam na kolejnym kroku. Na wyjściu z sytuacji. A chyba pamiętasz, co ma się dzisiaj wydarzyć? Myślę tylko o tym. To nasze odkupienie.

Enzo Sacrale: Możemy się znać latami, ale zawsze byłem zdania, że prawdziwie ludzie poznają się dopiero w boju. To wtedy wychodzą z człowieka najczarniejsze myśli, najgorsze emocje, a instynkty potrafią przejmować władzę nad zdrowym rozsądkiem. *puszcza miotłę, która z hukiem upada na podłogę* Vincenzo, w głębi wiem serca wiem, że tak jest właśnie ze mną. To moja natura. Taki zostałem stworzony i tym bardziej zdumiewa mnie, że nie zdążyłem poznać Cię z tej drugiej strony… Której jak widać po prostu nie ma.

Vincenzo podchodzi do Enzo i kładzie mu dłoń na ramieniu... Lekko się przy tym uśmiechając???

Vincenzo Vizzini: A może po prostu... nie znalazł się jeszcze nikt, kto by tą drugą stronę wyzwolił? *Patrzy gdzieś nad głową Sacrale* Chociaż kilku osobników powoli się tam dokopuje.

Po tych słowach Il Freddo łapie ponownie za szufelkę i zaczyna dalej sprzątać, a chcąc nie chcąc Enzo również się do niego przyłącza...

Przenosimy się na arenę, gdzie w ringu czeka już cała czwórka zawodników mających walczyć w następnej walce. W tej chwili na rampie pojawia się jednak Nick Aldis, oczywiście z mikrofonem w dłoni.

Nick Aldis: Zanim zaczniemy tą walkę, chciałbym jeszcze coś ogłosić. To nie będzie zwykła walka. Ku uciesze gawiedzi - wprowadzamy nowy pas na pola Elizejskie! *obok Aldisa pojawia się drugi sędzia, z pasem w rękach* Będzie to tak zwany... Pas przegrywa! *konsternacja* Ten który zostanie przypięty bądź poddany w trakcie walki, zostaje niechlubnym "mistrzem"! Powodzenia!

REKLAMY

LPW Loserweight Championship Fatal 4 Way Match
Dick A'very Big vs Jeff Brown vs Pill Tautu vs Salvador

Wracamy po reklamach do mistrzostw Roll-upu i widzimy, że Salvador siedzi w narożniku, a Dick i Brown stopmują go na zmianę. Nagle do ringu wślizguje się Pill podchodzi do obu zawodników, łapie ich za głowy i zderza ich głowami. Obaj panowie padają, Brown nawet wytacza się na apron. Tautu zaczyna tauntować niczym Hulk Hogan mimo swojego braku widocznych mięśni. Teraz podnosi siedzącego Salvadora i wypłaca mu klasyczne punche z góry. Pill wyprowadza rywala za rękę z narożnika i wynosi go pod Body Slam, jednak Zamiatacz zeskakuje z barku przeciwnika wypychając go przed siebie. W tym momencie Dick wyprowadza Slap na twarz Tautu. Pill odwraca się trzymając za twarz w stronę Salvadora, a ten wyprowadza punch. Tautu w karuzeli bólu raz jeden go atakuje, raz drugi, aż z tego potężnego bólu pada na matę. Albo zakręciło mu się w głowie. A’very pada teraz do przypięcia 1... 2... O dziwo Salvador przerywa! Wszyscy zadają sobie pytanie dlaczego, Dick wstaje i patrzy pytającym wzrokiem, a sam Zamiatacz chyba po chwili się dopiero orientuje i sam próbuje przypiąć! 1... 2.. Kickout. Ależ akcja, ależ emocje, rany Boskie. W tej chwili zza pleców Dicka pojawia się Jeff, który poprzez Double Axle Handle atakuje rywala. Jen odchodzi kilka kroków trzymając się za plecy. Wstający od przypięcia Salvador otrzymuje niskie kopnięcie na głowę na odchodne. Zajęty Jeff nie zwraca uwagi na Tautu, który leży na macie i teraz mam Schoolboy Pin! 1... 2.. 3?! Kickout! To może skończyć się w każdej chwili. Jeff teraz wstaje i wyprowadza kopnięcie na głowę leżącego rywala. Rozpędzony A’very zostaje wyrzucony ponad górną liną przez Jeffa! Tautu wstaje, również bierze rozpęd i tak samo zostaje wyrzucony ponad górną liną! Brown cieszy się, jakby wygrał! Chyba pomyliły mu się gimmicki walki. Teraz Brown odwraca się do Salvadora i mamy Roll-upze strony Sprzątacza! 1... 2... 3?! Tak, to koniec! Przegrywa, czyli pas wygrywa Jeff Brown!

Kamera przenosi nas teraz do luksusowego apartamentu, za ogromnymi oknami widać rozświetlone neonami miasto. Wnętrze urządzone jest z przesadnym przepychem: marmurowa podłoga, skórzane fotele, kryształowe szklanki i butelka drogiego alkoholu stojąca na stoliku. Drzwi wejściowe gwałtownie się otwierają i do pomieszczenia wchodzą w odpowiedniej kolejności: Lord Sebastien, Alistair oraz Rob McŁowicz. Na twarzy Lorda maluje się wyraźna wściekłość.

Lord Sebastien: Niech mnie wszyscy diabli! *kopie w stojącą obok komodę* Niech mnie wszyscy diabli, Alistairze!

Alistair: Obawiam się, że nie zmieni to rezultatu dzisiejszego wieczoru, mój panie.

Lord rzuca spojrzenie Alistairowi z jeszcze większą wściekłością.

Lord Sebastien: Rezultatu?! Ty to nazywasz rezultatem?! To miała być moja noc. Moja szansa! Jeszcze jeden krok, Alistairze. Jeden cholerny krok dzielił mnie, bym mógł stanąć przed całym tym foulemotłochem i przypomnieć im, kto naprawdę zasługuje na miejsce na szczycie!

Lord podnosi ze stolika pilot i włącza telewizor, na którym mamy zatrzymaną klatkę w momencie, kiedy Rob przykłada się do eliminacji Lord Sebastiena.

Lord Sebastien: A potem pojawia się ON. Rob McŁowicz *wypowiedziane z wyraźnym obrzydzeniem* Człowiek, który niedawno nie potrafił nawet wygrać walki o swoją przyszłość. Jego największym osiągnięciem jest to, że potrafi nie zatruć posiłku. I ten człowiek… TEN CZŁOWIEK… ośmiela się stanąć na drodze mnie, Lordowi Sebastienowi!

Alistair: Bez wątpienia wykazał się brakiem rozeznania, mój panie.

Lord Sebastien: Brakiem rozeznania?! Alistairze, to nie był brak rozeznania! To była bezczelność! Niewybaczalna, ordynarna, pospolita niewdzięczność! *Lord zaciska pięść ze złości* Przez całe życie uczono mnie, że każdy w świecie powinien znać swoje miejsce. Że istnieje porządek, którego nie wolno naruszać. Dlaczego teraz do cholery kucharz uznał, że ma prawo do decydowania o moim miejscu?!

Alistair: Jeśli mogę, mój Panie. Rob zdecydowanie popełnił dziś błąd, to nie ulega wątpliwości. Ale pańska eliminacja była wydarzeniem sportowym. To co się do niej zaś przyczyniło było jednoznacznym brakiem szacunku. A brak szacunku zawsze można skorygować. Niestety nie wszyscy otrzymali ten przywilej wychowania i nie potrafią zrozumieć konsekwencji swoich czynów. Niektórzy muszą je po prostu poznać. *mówiąc to Alistair poprawia mankiety swojej marynarki*

Lord Sebastien: Widzisz, Rob?! Właśnie dlatego Alistair jest tu gdzie jest, a Ty jesteś… no pozostańmy na tym, że jesteś. Alistair rozumie hierarchię. Ty pomyliłeś swoją rolę z prawem do decydowania. Jedyne o czym powinieneś decydować to co najwyżej mój jadłospis. Ty jednak pomyślałeś inaczej i upokorzyłeś mnie dzisiaj przed całą federacją. Nie zamierzam ci tego wybaczyć i lepiej dla Ciebie, żebyś drugi raz nie popełnił tego samego błędu, bo wtedy konsekwencje będą nieuniknione.

Rob przez cały czas słucha dyskusji w milczeniu, jednak z każdym kolejnym słowem Lorda coraz mocniej zaciska szczękę. W końcu robi krok w jego kierunku. Alistair odruchowo przesuwa się bliżej, ale McŁowicz nawet na niego nie patrzy.

Rob McŁowicz: Skończyłeś? Bo od pięciu minut słucham, jak dwóch dorosłych facetów próbuje sobie wytłumaczyć, że to nie oni dali dzisiaj dupy, tylko kucharz był niegrzeczny. <Rob wskazuje na obraz z telewizora>. Nie pomyliłem swojej roli, Sebastien. Doskonale ją znam. Przegrałem z tobą, więc gotuję dla ciebie, wykonuje twoje polecenia i znoszę cały ten cyrk, bo o tym mówiły warunki naszego pojedynkui. Ale nigdzie nie było napisane, że mam przestać być zawodnikiem.

Rob spogląda na Alistaira, po czym wraca wzrokiem do Lorda.

Rob McŁowicz: A dzisiaj, kiedy zabrzmiał gong, nie byłeś moim panem, Alistair nie był twoim conseiller, a ja nie byłem nadwornym kucharzem. Byliśmy trzema facetami w Battle Royalu. Alistaira wyrzuciłem własnymi rękami, a kiedy pojawiła się okazja, żeby pomóc Finneganowi pozbyć się ciebie... skorzystałem z niej. I wiesz, co jest w tym wszystkim najzabawniejsze? <Rob robi jeszcze pół kroku do przodu, ale po chwili bierze głębszy oddech i wyraźnie zmusza się do zachowania spokoju>. Możesz kazać mi przygotować kolację. Możesz założyć mi fartuch, podać jadłospis i przez cały tydzień przypominać, gdzie według ciebie jest moje miejsce. Ale kiedy wchodzę między liny, nie oczekuj, że pomogę ci spełniać twoje marzenia, kosztem siebie.

McŁowicz na moment milknie. Widać, że chciałby powiedzieć znacznie więcej, jednak ostatecznie zaciska pięść, po czym powoli ją rozluźnia.

Rob McŁowicz: A jeśli naprawdę chcesz rozmawiać o konsekwencjach... to radzę ci uważać, Sebastien, bo moja cierpliwość też ma swoje granice. Tymczasem zapraszam na kolację.

Rob wykonuje ironiczny uśmiech po czym się odwraca. Obraz z kamery gaśnie.
Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.10.2026, 17:05 przez Jakub.

Ben Zamora
Streak: 3/0/1
Last Match: lost vs Kenneth Riddle (Last Man Standing)

James Wallace
Streak: 4/0/1
Last Match: win vs WRECKD via Pinfall

Vincenzo Vizzini
Streak: 3/0/3
Last Match: lost vs Mike F'N Brutal via Pinfall

Elias Shadow
Streak: 2/0/11
Last Match: lost vs Jean-Pierre Dolnick (Battle Royal)
Odpowiedz
Cytuj
Jakub
Moderatorzy
18.10.2026, 21:34 #1
Earlier this week...

Kamera przenosi nas na rozległe ranczo w sercu Teksasu, a w tle słyszymy przyciszone "La Granga" zespołu ZZ Top. Po horyzont ciągną się wypalone słońcem pastwiska, drewniane ogrodzenia i samotne drzewa, a w oddali pasą się bydło i konie. Przy domu z czerwonego drewna i kamienia stoi zakurzony pickup, na werandzie kołysze się drewniany fotel, a na stoliku obok stoi ciężka, żeliwna popielniczka oraz butelka piwa Shiner Bock, która jest do połowy opróżniona. W tym miejscu życie płynie własnym rytmem. W końcu przenosimy się do wnętrza domu. W kuchni krząta się kobieta około pięćdziesiątki - ma mocną sylwetkę, włosy związane z tyłu głowy i spojrzenie osoby, która niejedną rzecz w życiu bierze na własne barki. W jeansach, koszuli w kratę i skórzanym fartuchu dogląda garnka na kuchence, jednocześnie przygotowując kolejne składniki obiadu. Porusza się sprawnie, z naturalną pewnością siebie, ale na jej twarzy nieustannie gości ciepły, serdeczny uśmiech. Nagle w drzwiach kuchni pojawia się nie kto inny, jak Jose Lopez, a muzyka cichnie. Hiszpan ubrany jest dosyć skromnie jak na siebie. Zdobią go biały t-shirt, czarne proste spodnie oraz Martensy na stopach. Lopez nie puka, po prostu staje w progu, jakby miał pełne prawo tu być. Kobieta szybko zauważa przybysza, zerka na niego znad ramienia i uśmiecha się serdecznie, ale też nie przerywa pracy, ani nie rzuca wszystkiego, żeby go przywitać.

Gospodyni: Cóż za niespodzianka. *wyciera dłonie w fartuch* Wchodź, kochanie. Właśnie robię obiad. Napijesz się kawy?

Mówi to autentyczną życzliwością, jakby oferowanie kawy niezapowiedzianemu gościowi było najnaturalniejszą rzeczą na świecie. Nie dopytuje, po co przyjechał, nie okazuje niepokoju, po prostu wraca do gotowania. Jose zawiesza się na chwilę z pustym wzrokiem widocznym na twarzy, by po chwili w końcu wymusić na swojej twarzy uśmiech, który do naturalnych nie należy, ale Lopez bardzo stara się, by to miano można było mu nadać.

Jose Lopez: Kawa... brzmi świetnie. *kiwa głową*

Anti Heroe wchodzi do środka, szybko skanując otoczenie swym wzrokiem. Jego spojrzenie spotyka się z oczami zamieszkałej tu kobiety i wymieniają się serdecznymi uśmiechami. Jose spokojnie zasiada na krześle, które jest przy malutkim stoliku.

Jose Lopez: Niesamowite jest to, jak niedaleko pada JABŁKO od jabłoni. Teraz już wiadomo dzięki komu Axel stał się tak dobrą oraz życzliwą osobą. *uśmiech*

Gospodyni wyłącza ogień pod garnkiem, wyciera ręce  w ścierkę, a następnie sięga po dzbanek z kawą i nalewa jej do dwóch dużych kubków. Jeden stawia przed gościem, drugi zaś zabiera ze sobą i siada z nim po drugiej stronie stolika. Patrzy prosto w oczy Lopeza, teraz pokazuje bardzo sztuczny, wyraźnie przerysowany uśmiech, a następnie poważnieje.

Susana Morgan: Nieładnie jest zazdrościć, kochanie. Czasami lepiej jest po prostu wziąć z kogoś przykład. I kto wie, może jeszcze wyjdziesz na ludzi? *solidny łyk kawy* Przejdźmy od razu do rzeczy - czemu zawdzięczam tę "przemiłą" wizytę?

Jose Lopez: Zazdrościć...?

Jose z zadumą spogląda na swój kubek z kawą i cukier, który jest w pobliżu, wygląda, jakby za chwilę miał coś dopowiedzieć, ale nie robi tego. Ostatecznie nie słodzi swojego napoju, jakby po prostu świadomie poraz kolejny wybrał w swoim życiu gorycz. Lopez bierze powolny łyk kawy i spogląda pustym wzrokiem na kobietę.

Jose Lopez: Jestem tutaj, bo chcę, by pani wiedziała o pewnych sprawach. *kobieta jest lekko zainteresowana* O rzeczach, których dokonam, a także o tych,  których już dokonałem. *odkłada kubek* Wszystko jest powiązane z Axelem, więc wierzę, że to będzie dla pani bardzo ciekawe. *pusty, ledwo widoczny uśmiech*

Susana Morgan: *łyk kawy* Zamieniam się w słuch, kochaneczku. Co taki smutny chłopiec ma do powiedzenia starszej pani?

Jose zbiera się dłuższą chwilę do wypowiedzenia jakichkolwiek słów, patrzy przed siebie swoim zawieszonym, jakby pozbawionym duszy wzrokiem, w końcu ułamku sekundy spogląda na Susane.

Jose Lopez: Znam Axela już od jakiegoś czasu i przez cały ten okres znajomości wmawiałem wszystkim, że pomagam mu... bo widzę w nim dawnego siebie? Z troski o jego talent?  Mniej więcej takie brednie można było ode mnie usłyszeć. Być może moja cząstka tak to postrzegała, to nieistotne, prawda jest taka, że... *bierze głębszy wdech* Robiłem to dla SIEBIE. Chciałem jak najsilniejszego rywala, takiego, który znienawidzi mnie i zrobi wszystko, bym podczas walki został zmasakrowany. Czy się udało? Nie do końca. On nie potrafi słuchać, nie chce tego robić, ma swój własny świat, a ja? Ja mam swoje własne metody. *splata dłonie, łokcie opiera na stole i patrzy głęboko w oczy rozmówczyni* Zamierzam skrzywdzić pani syna. *kobieta wzdryga się i chce coś powiedzieć* Dla swoich celów jestem w stanie zrobić wiele, naprawdę WIELE, więc nie będzie problemu z tym, bym zrobił wszystko, byś wysłuchała mnie do końca i nie wchodziła mi w słowo. *Jose spogląda groźnie* By okazać ci skalę tego po jakie okropności jestem w stanie sięgnać, mogę przytoczyć to, że podałem twojemu synowi środki nasenne, a następnie zorganizowałem całą szopkę, która miała na celu zniszczenie mu życia! KUREWSKO chciałem, byś to usłyszała ode mnie OSOBIŚCIE! Może to ci uzmysłowi, co już niebawem czeka twoją pociechę...

Mama Blaze'a ani przez chwilę nie okazywała strachu, wręcz przeciwnie. Kiedy Lopez kończy ponownie uśmiecha się promiennie, bierze solidny łyk kawy i spokojnie odstawia kubek. Przez cały czas patrzy prosto w oczy swojego gościa.

Susana Morgan: Wpadłeś, złotko.

W tym momencie słyszymy kliknięcie dyktafonu, jednak to nie Doktor Kline, ale Axel Blaze wchodzi z pokoju do kuchni trzymając przy uchu urządzenie.

Nagranie: "Podałem twojemu synowi środki nasenne, a następnie zorganizowałem całą szopkę, która miała na celu zniszczenie mu życia!"

Axel Blaze: Ależ Ty jesteś przewidywalny, Lopez.

Axel podchodzi coraz bliżej, Lopez wstaje i poprawia ubranie. Zawodnicy stają ze sobą twarzą w twarz, dosłownie stykają się czołami i zaczynają napierać coraz mocniej. W końcu widać ogień złości w oczach Blaze'a, ale też niezwykłą determinację w oczach Lopeza. Atmosfera jest coraz gęstsza z każdą chwilą. Wygląda na to, że zaraz zobaczymy porządne mordobicie, kiedy nagle atmosferę w ułamku sekundy uspokaja dźwięk przeładowanej strzelby. To mama Axela mierzy prosto do nieproszonego gościa! Susana stoi pewnie, nie mruga, od razu widać, że nie żartuję.

Susana Morgan: Nie na mojej warcie, kochaneczku. Bierz dupę w troki i wynoś się z mojego domu. W podskokach.

Hiszpan nie zamierza testować cierpliwości gospodyni, rzuca jeszcze jedno spojrzenie Axelowi i opuszcza budynek. Obraz z kamery gaśnie...

[Obrazek: cNDyCwA.png]

Zamiast standardowego wstępu kamera pokazuje nam centrum stage’u, gdzie przy pięciu mównicach stoi pięciu potwierdzonych uczestników walki o walizkę. Dodatkowo po boku ustawiona jest również szósta mównica, przy której stoi Nick Aldis, zabierający też od razu głos.

Nick Aldis: Witam serdecznie wszystkich zgromadzonych na trybunach, oraz naszych szanownych zawodników. *cheer* Pomyślałem, że zanim wyłonimy ostatniego uczestnika Elimination Chamber Matchu, dobrze byłoby przeprowadzić kulturalną *uśmiech* debatę. Każdy z was będzie miał 90 sekund na udzielenie odpowiedzi na to samo pytanie. Pytań będzie trzy. Będę was wywoływał do odpowiedzi, przy każdym z pytań kolejność odpowiedzi jest losowa. Nie przedłużając, bo myślę, że każdy jest zainteresowany tym co macie do powiedzenia - zaczynamy. Pierwsze pytanie brzmi następująco: “Gdy patrzysz na pozostałych uczestników zbliżającej się walki o walizkę, co jako pierwsze przychodzi Ci do głowy?”. *spogląda na Leone* Tony, czas start. *na titantronie zaczyna się odliczanie*

Tony Leone: *szeroko rozkłada ręce, serdeczny uśmiech* Witam serdecznie, przyjaciele.Cóż za niewątpliwa przyjemność spotyka mnie, aby rozpoczynać debatę w tak doborowym towarzystwie. *skinienie głową w kierunku Dickinsona oraz Hallowaya* Panowie Dickinson oraz Halloway niewątpliwie dobrze mnie już znają. Zaryzykuję stwierdzenie, że lepiej może znać mnie tylko Brutal. *sardoniczny uśmiech* Wyjątkowo ciepło wspominam nasze ostatnie spotkanie i żywię szczerą nadzieję, że w naszych interesach nic się nie zmieni. Natomiast jeśli chodzi o pozostałych dżentelmenów *Tony składa dłonie w piramidkę* to już na pierwszy rzut oka widać, że mamy do czynienia z rozsądnymi ludźmi. Z całą pewnością nie będą chcieli czuć się ZAWSTYDZENI, kiedy walka dobiegnie końca.

Nick Aldis: Koniec czasu. Dziękujemy za tą SZCZERĄ wypowiedź Tony. *sarkastyczny uśmiech* Skoro już wywołałeś wilka z lasu - Derek, Twoja kolej. 90 sekund. Czas, start.

Derek Halloway: *Tony wciąż ma ułożoną piramidkę z palców* Widzicie? Spójrzcie tylko na tego manipulanta. Jedyne co mi przychodzi do głowy, gdy na Ciebie patrzę iluminato, to czuję odrazę. Brzydzę się takimi osobistościami, które próbują zawładnąć światem, otaczającym ich, choćby było to LPW. To samo tyczy się Ciebie, Mantel. Na pierwszej gali próbowałeś mnie do siebie przekonać, ale już wtedy poznałem kim tak naprawdę jesteś! Programujesz umysły młodych widzów, na to że przedmioty kolekcjonerskie mają jakąś wartość, ale tak nie jest! Maxwellu, jeśli brakuje Ci drogowskazu w życiu, przyjdź na nasze spotkanie głosicieli prawdy, nie zawiedziesz się. A do Ciebie, Edgarze, coraz bardziej zaczynam się przekonywać pomimo wcześniejszych uprzedzeń. *ostatnie słowa wypowiedział bardzo szybko, żeby wyrobić się w czasie*

Nick Aldis: *wybrzmiewa sygnał kończący czas Halloway’a* Zdecydowanie ciekawe spostrzeżenia, Derek, dziękujemy Ci za tą wypowiedź. Derrick *patrzy w kierunku Mantela* Twoja kolej. *odliczanie zaczyna się od nowa*

Derrick Mantel: *spogląda na pozostałych uczestników debaty* Wszyscy mogą się przekrzykiwać, obiecując gruszki na wierzbie. Jednak nie słowa a czyny decydują o ostatecznym rezultacie. Możecie się bawić w gierki słowne, aby zdobywać sztuczną przewagę. Ja tego nie potrzebuję, tak samo jak nie potrzebuję zbędnych podlizów i bawienie się w ulubieńca publiczności czy wielkiego, przerażającego przywódcę Mafii. *spogląda na Leone* Nie muszę Was znać, by mieć sposób na to, aby zatrzymać każdego, kto postanowi stanąć na mojej drodze. Gablota czeka z niecierpliwością na to, co z Was pozostanie. Razem z nią ja, oczekujący na ten nieunikniony sukces. Walizka będzie idealnym zwieńczeniem całego procesu, który może i był długi i żmudny. W ostatecznym rozrachunku będzie on jednak niezwykle owocny.

Nick Aldis: Koniec czasu, Derrick. Bardzo ciekawa perspektywa. Edgarze, *spogląda na Poetę* Twoja kolej. Prosiłbym tylko… zrozumiale dla wszystkich. *Odliczanie resetuje się znowu do 90 sekund*

Edgar Dickinson: *Odrywa wzrok od mównicy, przez moment wyglądając na zdezorientowanego, zanim odzyskał rezon* Widzę króla szczurów. Obrzydliwe splątanie motywacji. Chciwości, szaleństwa, pychy, żałości i głodu. Pobudzone złotymi laurami wewnętrzne demony. *Poeta toczy wzrokiem po rywalach, zatrzymując spojrzenie na Dereku* Widzę też, kogoś kto zna prawdę i wie, że tak niebezpieczne narzędzie, jak walizka nie może trafić w niepowołane ręce. *Edgar w ciszy przeczekuje ostatnie kilka sekund swojego czasu*

Nick Aldis: To było… zdecydowanie coś. Dziękujemy Edgarze. *Drapie się po głowie, wyraźnie skonsternowany* To na czym my tu… A, tak. Maxwell, Twoja kolej. Znasz zasady. 90 sekund - czas, start.

Maxwell Ransom: *ogląda się po rywalach* Stoję tu pośród poważnych zawodników. Każdy z was ma wyklarowane cele, część toczy między sobą prawdziwą wojnę, a jeden zbiera uwagę dosłownie wszystkich. *zerka na Leone* Ja takiej zdecydowanie nie otrzymuję. Wygląda na to, jestem tu ciałem obcym, MOŻE wypadkiem przy pracy. Mógłbym wręcz zapytać “co ja tu do cholery robię”? *zwiesza na moment wzrok* Dzisiaj jednak umiem spojrzeć prawdzie w oczy i powiedzieć, że na pewno większość z was… Cóż, po prostu mnie lekceważy. *kiwa głową* Nie jestem głupi, wiem, że tak jest. Wiem również, że wszyscy będziecie stanowili dla mnie i mojego celu, który jest całkowicie pomijany, ogromne zagrożenie. Traktuję każdego z was niezwykle poważnie i nie ukrywam… W głębi duszy liczę na wzajemność. *pewniejszym wzrokiem zmierza stojących zawodników* Tak, naprawdę w to wierzę. W końcu znalazłem się tutaj, wśród najlepszych, nawet jeśli uważacie, że po prostu nie pasuję do tak elitarnego grona… *koniec czasu*

Nick Aldis: Dziękuję bardzo, Maxwell. Tą wypowiedzią dotarliśmy do końca pierwszego pytania. Ilu zawodników, tyle różnych odpowiedzi. Następne pytanie jest jednak trochę trudniejsze. “Kogo traktujesz jako najsłabsze ogniwo, kogo jako największe zagrożenie, a w kim upatrujesz czarnego konia walki?”. Zasady pozostają te same - 90 sekund na odpowiedź, czas jest odliczany na titantronie, wraz z końcem czasu kończy się wasza wypowiedź. *Rozgląda się po zawodnikach* Tym razem zaczniemy od… Edgara. Czas, start!

Edgar Dickinson: *Tym razem wygląda na zdecydowanie bardziej obecnego i skupionego na sytuacji. * Mam nadzieję, że zebrani tu panowie nie poczytają mi za nieuprzejmość, pewnego pominięcia ich przy mojej odpowiedzi.  Ale chciałbym wyróżnić tutaj Pana Leone. Nie wątpię, że dobrze zna motyw dogmatu trójcy. Myślę, że Pan Leone jest czarnym koniem, pojawił się na Elysium wcale niedawno a brnie przez nie niczym burza. Zakładam również, że jest największym zagrożeniem, niepokonany w Legion Pro Wrestling, liczby nie kłamią wybitna forma. Ale jest też najsłabszym ogniwem. Pas ciążący na ramieniu, liczba wrogów zaczynająca przewyższać liczbę pupilków, bycie na świeczniku oznacza bycie na celowniku. *Edgar zakończył wpatrując się w lidera The Outfit, i bawiąc się długopisem który znalazł na mównicy*

Nick Aldis: Celne spostrzeżenia, Edgarze, myślę, że we wszystkim co powiedziałeś tkwi jakieś ziarno prawdy. *Spogląda przez chwilę na Leone, po czym przenosi wzrok na Mantela* Derrick, prosiłbym o Twoją odpowiedź. Pytanie bez zmian. Czas 90 sekund. Start.

Derrick Mantel: *spogląda na każdego z pozostałych uczestników debaty, jego wzrok najdłużej skupia się na Ransomie* Nie będę się bawić w dyplomatę, jak postanowił to zrobić Dickinson. Skoro mówimy o najsłabszym ogniwie, to nasuwa mi się wyłącznie jedna opcja i jest nią Maxwell, który nie jest kimś wielkim. Więcej mówiło się o jego przyjaźni z Dolnickiem i ich wybrykach niż o jego własnych sukcesach. Na tle reszty wypada niczym ubogi krewny i ciężko brać kogokolwiek innego pod uwagę. *robi krótką pauzę, wrednie zerkając na Ransoma* Zabolało, co? *śmieje się* Swoją drogą, bawi mnie, że mam wytypować największe zagrożenie, bo osobiście uważam, że… takowego nie ma. Widzisz, Nick. Jeśli mówimy o największym zagrożeniu i czarnym koniu, to możemy w zasadzie mówić o mnie, bo jedynym, który może mnie zatrzymać, jestem wyłącznie ja sam. Cała reszta będzie dla mnie wyłącznie tłem. *koniec czasu*

Nick Aldis: Bardzo odważne słowa Derrick. *sytuacja zaczyna robić się coraz bardziej nerwowa, Aldis odchrząkuje* Tony, Twoja kolej. Czas, start.

Tony Leone: Jakże nieroztropnym posunięciem byłoby wyłożenie wszystkich kart na stół, kiedy sami nie znamy nawet wszystkich uczestników pojedynku. Taka niefrasobliwość byłaby niemal równoznaczna tworzeniu nowych teorii spiskowych, a ja nie zamierzam odbierać ostatniej rzeczy, która pozostała Panu Halloway'owi...

W tym momencie Derek nie wytrzymuje ciśnienia i wyrywa się ze swojej mównicy. Aldis na szczęście w porę zauważył, że coś się zbliża, ponieważ w czas zatrzymuje Halloway'a. Po kilku sekundach pojawia się cały tabun ochroniarzy, którzy wyprowadzają go na zaplecze. Generalny Manager wyciąga mikrofon z pobliskiej mównicy i obraca się w stronę zgromadzonych widzów.

Nick Aldis: Niestety, na tym jesteśmy zmuszeni zakończyć debatę, zanim całkowicie wymknie się z pod kontroli. Prosiłbym zawodników o udanie się na zaplecze. Dziękuję.

Ochroniarze odgradzają każdego z zawodników i po kolei wyprowadzają za kulisy, a Aldis nadzoruje cały przebieg. A teraz, czas na reklamy.

REKLAMY

Wracamy do ringu, gdzie widzimy już całą ekipę mającą wziąć udział w Battle Royal ostatniej szansy. Sędzia rozgląda się po zawodnikach i już ma dać znać by rozpocząć walkę. Jednak nagle na arenie wybrzmiewa... o kurwa... TEN THEME SONG! Fanom chwile zajmuje ogarnięcie do kogo on należał, ale tak jest... Jean-Pierre Dolnick pojawia się na rampie! Grubas... jest jakiś mniejszy, ewidentnie schudł trochę kilogramów, chociaż nie jest to znacząca różnica. Nie ma swoich włosów, jest łysy! Ma na sobie swój strój zapaśniczy, a obok niego... jest JEGO ASYSTENTKA! Co za powrót! Kobieta szepcze coś na ucho Jeanowi, ten skupiony słucha tego i rusza powoli w kierunku ringu patrząc na swoich oponentów, niektórzy widząc go, nie potrafią utrzymać powagi, on stara nie zwracać się uwagi na nich, chociaż jest lekko poirytowany. Dolnick włazi na pole bitwy, która zaraz się rozpocznie, a asytentka pozostaje w pobliżu.

11 Man Battle Royal Last Chance Match
Elias Shadow vs Yoshi Tatsu vs Rob Mcłowicz vs Alistair Fraser Jr. vs Lord Sebastien vs "Rocks" Xebec vs Chris Finnegan vs Mike Brutal vs Jean-Pierre Dolnick vs Enzo Sacrale vs Vincenzo Vizzini

Proszę nie regulować odbiorników, to naprawdę się dzieje - Jean-Pierre Dolnick powrócił do LPW! Sędzia nakazuje uderzyć w gong i rozpoczynamy tę ostatecznie 11-osobową walkę. Wygląda na to, że decyzja Grubasa z Konga o pompatycznym wejściu bez wcześniejszej zapowiedzi szybko obraca się przeciw niemu, gdyż praktycznie od razu po gongu cała dziesiątka rywali obiera sobie na cel właśnie jego! Jean-Pierre cofa się w stronę narożnika, gdzie pod gradem ciosów i kopnięć zostaje sprowadzony do pozycji siedzącej. Zmasowany atak szybko jednak się rozmywa, a zawodnicy po zneutralizowaniu Dolnicka grupują się w raczej spodziewany sposób. Członkowie The Outfit ruszają z ofensywą na Mike'a F'N Brutala, a Lord Sebastien wraz z Alistairem Fraserem obierają sobie za cel Chrisa Finnegana. Rob McŁowicz przygląda się im z niesmakiem, z czego momentalnie korzysta Rocks Xebec, który z łatwością sprowadza kucharza do parteru i tam częstuje serią ciosów. W tym samym czasie Yoshi Tatsu sprowadza Eliasa Shadowa na liny, po czym honorowo wydaje z siebie okrzyk japońskiego wojownika i rusza z Running Big Bootem...jednak Elias uchyla się i przerzuca go nad sobą, jednocześnie eliminując! No to Yoshiego mamy z głowy. Elias celebruje ten fakt co najmniej tak, jakby już wygrał. Wdrapuje się na dolną linę i zaczyna wymachiwać łapami gest 6-7 w kierunku Tatsu. Bardzo niehonorowe zachowanie, które musiało spotkać się z negatywną reakcją fanów. Tymczasem za plecami Eliasa ustawił się Mike Brutal, który z zażenowaniem obserwuje ten pokaz...po czym delikatnie popycha stojącego na linach chłopaczka, doprowadzając do jego eliminacji! Kto by się spodziewał, że tak to się skończy? No pewnie wszyscy oprócz samego Eliasa. Wkurwiony dzieciak zaczyna tłuc łapami o krawędź ringu. Po chwili obie dłonie go bolą, więc przestaje, za to wkurwia się jeszcze bardziej i kopie w stalowy słupek. Że nie było to zbyt mądre, raczej nie trzeba dodawać. Teraz kuleje na prawą nogę, co wywołuje śmiech u Brutala. Sędzia nakazuje Eliasowi udać się do szatni, a my możemy wrócić do akcji ringowej. Extrememaniac miał chwilę spokoju od Sacrale i Vizziniego, jednak teraz ci wracają do niego, starając się wyrzucić go ponad górną liną. Michael chwyta lewą ręką za górną linę, starając się zapobiec eliminacji, zaś prawą klepie...Vizziniego w pysk, dzięki czemu Włoch na moment odpuszcza, Brutal odzyskuje balans, a widmo odpadnięcia oddala się od niego. Zaraz potem silnym Headbuttem powala na matę Sacrale. W międzyczasie Dolnickowi udało się już wstać przy pomocy lin, jednak już po paru sekundach ponownie zostaje zaatakowany, konkretnie przez Lorda i jego towarzyszy. Tak więc Grubas znowu sobie posiedzi na macie, zaś do Sebastiena i jego kompanii dopadają teraz Chris Finnegan i Rocks Xebec, którzy postanowili działać wspólnie. O ile Apex Anarchist dobrze sobie radzi, zdobywając kontrolę nad Alistairem, o tyle atak Chrisa na Roba okazuje się nieskuteczny, gdyż ten kontruje jego szarżę na Iverted Atomic Drop. Momentalnie do Surfera dopada także Lord i wraz z McŁowiczem otłukują go, sprowadzając do parteru. Wtedy Sel de la Terre nakazuje Polakowi podnieść rywala i chwycić go za ręce od frontu. Tak też Rob czyni, zaś Sebastien wyskakuje na Finnegana z drugiej strony, aplikując Prise de Pouvoir! Następnie wraz z McŁowiczem ruszają w stronę Rocksa, który obija kamerdynera. Lord odwraca Xebeca i próbuje Irish Whipu, jednak rywal z łatwością zrywa chwyt. Wtedy jednak McŁowicz wyprowadza European Uppercut, nie doprowadzając jednak do upadku Rocksa na matę. Alistair także dołącza do ataku. Odwraca on zawodnika urodzonego w Sao Paulo i częstuje Knee Liftem, zaś bezpośrednio po tym Lord przechwytuje Xebeca i wykonuje Aristo Suplex! Teraz czas na nowy cel, a przynajmniej tak uważa Sebastien, który nakazuje swoim podwładnym ruszyć w kierunku The Outfit i Brutala. Fraser momentalnie idzie za nim, a potem także Rob. Gdy są już w pobliżu oponentów...nagle McŁowicz przechwytuje Alistaira i z zaskoczenia wyrzuca go ponad linami z ringu! Lord Sebastien nie może uwierzyć w to, co właśnie zrobił jego kucharz. Wściekły nakazuje Robowi opuścić ring! Ten początkowo nie chce tego robić, jednak Lord przypomina mu, że ten jest zmuszony wykonywać każde jego polecenie. Popycha go, a nawet uderza z liścia, co wyraźnie irytuje Krakowianina, a pewnie jeszcze bardziej frustrujący dla Szefa Kuchni jest fakt, iż nie może nawet oddać Lordowi. Patrzy przez chwilę ze złością na swojego przełożonego, jednak w końcu decyduje się wejść na narożnik, a stamtąd przejść nad linami na krawędź ringu. Spogląda jeszcze raz w kierunku Sebastiena, który stoi tuż przed jego twarzą i ponownie nakazuje mu wyjść z ringu. W pewnym momencie Rob pokazuje Francuzowi, by się odwrócił. Ten spokojnie spogląda za siebie i...zostaje trafiony przez Chrisa Finnegana, który wykonuje Running Clothesline - a mało tego, w tym samym momencie McŁowicz naciąga w dół górną linę, nad którą przelatuje Lord, odpadając z Battle Royal! Chef of Chaos patrzy z satysfakcją na swojego pana, jednak jego szczęście nie trwa długo, gdyż zostaje przechwycony za szyję przez Rocksa! The Scourge of Hachinosu przez kilka sekund trzyma Roba za szyję, osłabiając go, po czym wynosi w górę i wykonuje Chokeslam prosto na apron, po którym McŁowicz spada poza ring! Zaraz potem do Rocksa dopada Surfer Chris, któremu udaje się przechwycić wcale nie tak małego rywala i wykonać mu The Sydney Sweep. Bezpośrednio po tym rzucie wdrapuje się na narożnik, po czym skacze, wykonując The Big Wave! Ale niestety nie trafia! W ostatnim momencie Rocksowi udało się uciec przed akcją kończącą Australijczyka! Wstaje z maty i patrzy na zbierającego się Ocean Boya. Widzimy taunt imitujący strzał z pistoletu, po czym Xebec rusza...Headshot dla Finnegana! Chris pada na matę i nie rusza się. The Apex Anarchist niemal od razu podnosi jego bezwładne ciało i przerzuca ponad linami, eliminując z dzisiejszej walki! Jeszcze przez kilka sekund patrzy z wyraźnym triumfem w oczach na leżącego poza ringiem Chrisa. W końcu jednak odwraca się....i niemal od razu zostaje trafiony przez Enzo Sacrale! Lupara sprowadza Xebeca na matę, a w tym czasie widzimy, że na narożniku jest już Vizzini, który nie czekając na nic wykonuje skok, aplikując Rocksowi Divine Departure! Następnie obydwaj Włosi podnoszą Japończyka urodzonego w Brazylii i przerzucają nad linami - to koniec Rocksa Xebeca w tym Battle Royal! Zostaje zatem już tylko czwórka. Dwóch członków The Outfit zastanawia się nad następnym ruchem. Mike Brutal powoli wstaje po tym, jak wcześniej został pobity, zaś Dolnick...no cóż, chyba się obraził, bo cały czas siedzi w tym samym narożniku ze skrzyżowanymi rękami i ani myśli wstawać. Sacrale i Vizzini...już po raz któryś dzisiaj decydują się zaatakować Brutala. Większy z Włochów przechwytuje ręce Mike'a za plecami, zaś The Consigliere wymierza serię ciosów w odsłonięty brzuch Extremely Mad Doga. Zawodnik z Philadelphii osuwa się na kolano, zaś Vizzini zakłada mu Kimura Lock! Brutal szarpie się, ale o dziwo nie odklepuje! Mało tego, drugą ręką udaje mu się trafić kilka razy w głowę Vincenzo, przez co ten w końcu puszcza dźwignię! Extrememaniac ma jednak zbyt mało sił, by płynnie przejść do kolejnej akcji. W dodatku trzyma się za obolałą rękę. Próbuje z tego skorzystać Sacrale, który chwyta go za kark i posyła nad linami...ale tylko na krawędź ringu. Następnie Brutal trafia barkiem w brzuch Il Santo. Następnie Vizzini próbuje swojej szansy, jednak próba siłowania się z Brutalem to kiepski pomysł - Mike przeciąga go ponad linami na krawędź ringu. Mamy chwilową wymianę ciosów, z której zwycięsko zdaje się wychodzić Brutal. W końcu Sacrale decyduje się złapać Mike'a, lecz i on zostaje ściągnięty ponad linami na apron. W międzyczasie Dolnick postanawia jednak wstać, chyba po to żeby lepiej widzieć to, co tam się dzieje. Zawodnik z Philadelphii wyprowadza Forearm Smash, w wyniku którego Enzo chwieje się, ale jeszcze nie spada. Szansę stara się wykorzystać Vincenzo, który przechwytuje Brutala w Front Facelock. Do żadnej akcji jednak nie dochodzi, gdyż Mike przytomnie rusza do przodu i już po chwili plecy Il Ombre spotykają się ze stalowym słupkiem! To pozwala Brutalowi się uwolnić, a już po chwili wyprowadza on potężny Headbutt, w wyniku którego Vizzini spada na podłogę! U South Philly Scumbaga widać już ogromne zmęczenie tym starciem. Co gorsza, drugi z mafiozów doszedł już do siebie...i właśnie przechwytuje Brutala w Sleeper Hold! Ten stara się szarpać, jednocześnie cały czas kurczowo trzymając się jedną ręką za liny, aby nie spaść. W końcu... Mike'owi udaje się drugą ręką pochwycić kark Il Santo! Chwilę później także druga z kończyn Brutala znajduje się na szyi Włocha... STUNNER! Sacrale spada, zaś Brutal ledwo co unika eliminacji, w ostatnim momencie chwytając za liny! Z niemałym trudem powraca do pozycji stojącej. Patrzy przez chwilę na nieco zmieszanego Dolnicka, po czym postanawia wrócić do środka....ale w tym momencie zostaje złapany za nogę! To Tony Leone, lider The Outfit, właśnie zjawił się tuż obok ringu i chwyta Brutala, ściągając go na podłogę! Mike zostaje wyeliminowany...a zatem to koniec tej walki! Do Elimination Chamber Matchu kwalifikuje się Jean-Pierre Dolnick, w co chyba on sam nie może jeszcze uwierzyć!

Earlier today...

Pada rzęsisty deszcz, a słońce mimo to próbuje przedrzeć się przez chmury, kamera kieruje nas do dobrze znanego już miejsca fanom LPW - sierocińca, w którym kiedyś przebywał River. Znajdujemy się w sali szkolnej, możemy tam zaobserwować grupkę młodych mężczyzn, którzy słuchają właśnie wykładu, który prowadzi nie kto inny, jak sam kowboj z Montany. Obok niego stoi jego była wychowawczyni z dawnych czasów.

River: Słuchajcie, tak jak już wam mówiłem - tu nie chodzi o to, żeby opowiadać wam jakieś bajeczki o tym, że macie równe szanse i że generalnie nasze pochodzenie, nasza droga nie ma znaczenia, a liczy się tylko to, co chcemy osiągnąć. To wszystko, co tu przeżywacie was kształtuje, dlatego też takie ważne jest to, jak podejdziecie do mieszkania i nauki tu.

Wychowawczyni: To co River mówi, to prawda. Znałam go osobiście i wiem, że ta droga, którą tu przebywacie jest niezwykle istotna. Pomyślcie jak inne może być to miejsce, gdy zrozumiecie, że nikt z was tutaj nie jest za karę. Nikt z was nie jest tutaj, bo jest gorszy, czy niechciany. Trafiliście tutaj, bo taki jest świat. Takie jest życie. Niestety, nie wszyscy w nim mają równe szanse, ale to nie znaczy, że powinniśmy się poddawać.

River: *uśmiecha się lekko do wychowawczyni* Powiecie pewnie, że łatwo jest nam o tym gadać, bo tego nie przeżywamy. Tylko, że ja tu byłem. Dokładnie w tych samych salach i to wcale nie tak dawno. Znam tu każdy korytarz, każde pomieszczenie, wiem gdzie jest składzik na miotły i gdzie pan Harrelson trzyma niedopity alkohol. *dzieciaki się śmieją* Prawda jest taka, że to miejsce dalej jest we mnie. Kiedy tu przebywałem czułem się nieraz zdradzony, oszukany czy wykpiony przez los. *patrzy się na uczniów z trwogą w oczach* Macie prawo się tak czuć. Macie prawo czuć, że "to jest kurwa niesprawiedliwe". Bo jest. Tylko, musicie zrozumieć, że wasze dusze chłoną te emocje. Jeśli ktoś się zamartwia, jeśli ktoś upaja się smutkiem, to z czasem również jego ciało daje o tym znać i wtedy zaczyna się walka z samym sobą...

Chłopak: No dobra, ale przecież wszyscy wiedzą o tym, że dzieciaki z sierocińca częściej sięgają po dragi i alko, więc skoro wszyscy to wiedzą i dalej tak jest, to może po prostu tak być musi?

Wychowawczyni chce coś powiedzieć, ale River daje jej znać ręką (podnosi ją delikatnie xD), że to on się tym zajmie.

River: Widzicie? To jest właśnie to. Skoro są jakieś badania, że jest to nieuniknione to tak jest i tyle. Zostawcie badania naukowcom, a tabelki ludziom od Excela. Naprawdę. Niech każdy skupi się na sobie i na tym, co chce wyciągnąć dla siebie samego. Wiem, że nie będzie wam łatwo, ale popatrzcie...na mnie. *prostuje się* Kiedyś te słowa nie przeszłyby mi przez gardło, a teraz? Teraz mogę być w końcu dumny z tego, jaką drogę przeszedłem i gdzie się znajduję. Rozumiem że czeka mnie jeszcze mnóstwo pracy i wyrzeczeń. Zdaje sobie sprawę z tego, że po nocy zawsze przychodzi dzień, a po burzy spokój, ale mam świadomość tego, że ciemne moce na tym...*River spogląda z niepokojem w okno, jakby coś tam zauważył, przełyka ślinę* ale...ale...wiem, że nie chodzi o to, by tego unikać. Chodzi o to, by rozumieć swoje lęki i móc z nimi walczyć.

Dzieciaki chcą zadać mu jakieś pytania, ale widzimy, że z "Madmanem" dzieje się coś złego, bierze on szybki łyk wody, a następnie wychodzi z klasy, wychowawczyni przeprasza dzieci i natychmiast podąża za nim, łapiąc go na korytarzu.

Wychowawczyni: River, co się stało? Wyglądasz jakbyś nagle zobaczył ducha!

River: Bo chyba zobaczyłem. Nie...nie wiem. *nerwowo poprawia włosy* Czuje się tutaj jakbym...jakbym dalej tu był. Nie potrafię opuścić tego miejsca. Wie pani o co chodzi? Moja głowa nie potrafi opuścić tego miejsca...mogę mówić tym dzieciom, że każda decyzja należy do nich, mogę im wmawiać, że mogą wybrać swoją ścieżkę życia, ale po co? Pani dobrze wie, jak tu było. Może czasy się zmieniły, ale to miejsce...*dotyka ściany, jakby chciał się w nie wsłuchać* Czuje tu to samo, co czułem 15 lat temu. Ból. Może to i dobrze? Może to znaczy, że w końcu jestem sobą? Może to znaczy, że odczuwam tak, jak powinien to odczuwać człowiek w mojej sytuacji? Teraz, kiedy zrzuciłem z siebie jeden ciężar, czuje się wolny. Tylko czy wolny oznacza...szczęśliwy? Pamięta pani tego grubego woźnego z blizną na policzku, który zawsze kosił ten trawnik? *wygląda przez okno*

Wychowawczyni: Errol? Co z nim? Nie ma go tu już z 10 lat.

River: Tak. *przełyka ślinę* Był jednak taki czas, że...*otwiera usta ale nic nie mówi przez dłuższą chwilę* Był taki czas, że...żadne dziecko nie potrafiło się pozbyć go z własnego umysłu. On nadal tu jest, wszędzie wokół nas. Był tu zanim się urodziliśmy i będzie po tym, jak umrzemy...

Obraz z kamery nagle się urywa.

Kamera przenosi nas na zaplecze, gdzie możemy dostrzec Jean-Pierre Dolnicka. Grubas (już ciut mniejszy) z Konga przemierza korytarz wraz ze swoją asystentką, która z gracją idzie tuż obok niego. Po chwili przed dwójką pojawia się nasz niezłomny reporter, Paddy Jackson!

Paddy Jackson: Jean-Pierre! Cóż za niesamowity, zwycięski powrót! *Dolnick pozostaje niewzruszony* Wszyscy jesteśmy ciekawi, jakie myśli Ci teraz towarzyszą? Co skłoniło Cię do ponownego pojawienia się w LPW? Czy zobaczymy twoje nowe oblicze? *asystentka szepcze coś Dolnickowi do ucha* Jean, musisz nam coś powiedzieć, umieramy z ciekawości!

Paddy z nadzieją przybliża mikrofon pod same usta Grubasa z Konga, ten jednak postanawia zachować milczenie i odsuwa rękę Jacksona, po czym skinieniem głowy nakazuje asystentce odejść razem z nim. Reporter wygląda na niepocieszonego, ale Jean-Pierre ma to najzwyczajniej w świecie w głębokim poważaniu i wymija Jacksona. Kilka kroków dalej natrafia na... Oczywiście, kogóż by innego - jedyny i niepowtarzalny Elias Shadow! Siedzący na skrzyni Gówniak odrywa wzrok od swojego Iphone'a 18 Pro Max i momentalnie przywołuje na usta kpiący uśmieszek.

Elias Shadow: Co Dolniczku Pierdolniczku, już się odobraziłeś na LPW? Zjadłeś eklerka albo pięć i kongusek nerwusek już się uspokoił? Hahaha!

Elias wręcz zanosi się śmiechem, ale Dolnick nawet nie zaszczyca go spojrzeniem, w tym samym tempie przemierzając korytarz wraz ze swoją asystentką. Poddenerwowany nieskuteczną próbą prowokacji Elias zeskakuje ze skrzyni na której do tej pory zasiadał.

Elias Shadow: Do Ciebie mówię, Dolnick! SŁYSZYSZ TY MNIE? *zero reakcji* GRUBASIE TY ZASRANY TY!

Jean-Pierre o dziwo nadal nie zareagował, co jeszcze bardziej wkurzyło Eliasa, który zaczyna coraz głośniej dyszeć. Nagle za Eliasem pojawia się.... Yoshi Tatsu! Battle Royal Specialist, który wypadł jako pierwszy, straszy Shadowa w karykaturalny sposób.

Yoshi Tatsu: Buuuu! *honorowo straszy* Haha, gdybyś mógł tylko teraz na siebie spojrzeć! Powinieneś być gotowy na takie psikusy, gdyż niebawem mamy Halloween! Lekcja kolejna, prawdziwy samuraj jest gotowy na Halloween!

Elias oczywiście o mało znowu nie wypuścił telefonu z ręki. W ostatniej chwili utrzymał go jednak w palcach, chyba siłą swojej woli (słabej bo słabej, ale jednak). Po sprawdzeniu czy jego IPHONE 18 PRO MAX jest cały i zdrowy, powoli obrócił się do Tatsu, zdecydowanie próbując go zamordować wzrokiem.

Elias Shadow: A TY DO CHOLERY JASNEJ... TY... TY... DEBILU TY! Czy Ty mnie próbujesz zabić?! *wznosi oczy ku niebu* Święty Skibidi Toilecie, daj mi cierpliwość, bo jak dasz mi siłę, to go rozszarpię! *patrzy z powrotem na Japońca* Czego Ty nadal ode mnie chcesz? Ciągle za mną łazisz, jakbyśmy byli kolegami jakimiś co najmniej. Chyba, że przyszedłeś się spinać, że Cię wywaliłem z Battle Royalu? *śmiech* Masz za swoje dziadu!

Yoshi Tatsu: To prawda, udało ci się wywalić mnie z Battle Royalu, ale wiesz... młodzieńcze... ja w swoim życiu wygrałem wielokrotnie ten typ walki. *honorowo wypina pierś* Widząc was... głodnych sukcesu, młodych, gniewnych, zawziętych... musiałem odpuścić. Tak postąbiłby prawdziwy samuraj. *honorowo szczery zęby i pokazuje okejke*

Elias Shadow: *wpycha palec do ucha i grzebie nim bez opamiętania* Chyba coś mi tam wpadło i się przesłyszałem... *wyciąga palec i patrzy na niego* Nie no, Ty tak na serio mówisz? *zaczyna się znowu śmiać* A wymień chociaż jedną wygraną w Battle Royal, co? *daje Yoshi'emu dosłownie pół sekundy* No, wymień, dawaj! Hahaha, nie wymienisz, bo żadnej nie ma! Pieprzysz mi tu jakieś kocopoły, jak zwykle zresztą. A w dupie Cię mam dziadu!

Elias cały wręcz dygocząc z nerwów obraca się na pięcie i odchodzi od Tatsu, który tylko z lekkim uśmiechem (wręcz z deka smutnym) patrzy za młodzieńcem przez jeszcze kilka sekund. Nagle za jego plecami słychać głośny łoskot, co zmusza go do wzrokowego zlokalizowania źródła dźwięku. Jego oczom - o zgrozo! - ukazuje się spadająca w jego stronę aluminiowa konstrukcja, której na pewno nie ma szans uniknąć! Wtem zostaje jednak odepchnięty na bok, upadając na posadzkę tuż za strefą "zagrożenia". Oczywiście to tylko aluminium, więc nic groźnego by mu się nie stało, ale wciąż - ktoś wypchnął go na bok, pozwalając mu uniknąć tego jakże ciężkiego wypadku! Kamera powoli przejeżdża w miejsce katastrofy... I naszym oczom ukazuje się Elias, leżący pod przewróconą konstrukcją!

Yoshi Tatsu: Cholera!  *honorowo podbiega do Eliasa i jeszcze bardziej honorowo ściąga z niego konstrukcję* T-ty... ty mnie uratowałeś! Od zawsze wiedziałem, że jest w tobie wiele dobra! Haha! Nie mylilłem sie! Elias-Kun jesteś niesamowity!

Elias Shadow: *ledwo mówiąc, jakby leżało na nim co najmniej 500 ton, a nie jakieś 30kg aluminium* Nie wiem co się stało... Moje ciało... Po prostu ruszyło się samo...

Są to ostatnie słowa z ust Eliasa, który dosłownie mdleje. Yoshi uśmiecha się i kiwa z podziwem głową, po czym po prostu podnosi aluminiową konstrukcję jedną ręką do góry i wyciąga Eliasa na zewnątrz. Po chwili podchodzi do nich lekarz, a obraz z kamery gaśnie...

Singles Match
Zack Sabre Jr. vs RIVER

Wracamy po reklamach i widzimy, że River kompletnie dominuje nad ZSJ, obecnie ciska nim na liny i mamy do tego potężny Corner Clothesline! "Madman" wynosi swojego rywala na narożnik, następnie sam również się tam wspina i...Superplex? Tak jest! Lądują na środku ringu i widzimy, że Zack jest mocno poobijany, a "Montana Kid" niemal niezwłocznie się podnosi i dokłada Standing Moonsault. River rozgląda się jeszcze po publiczności, po czym czeka aż jego przeciwnik się podniesie i...nokautuje go wspaniałym Calf Kickiem! Łapie go jednak zanim ten zdąży upaść i mamy kombinację z German Suplexem! ZSJ jest już kompletnie zamroczony a "The Warden" wygląda na niesamowicie skupionego. Brytyjczyk podnosi się powoli, a za plecami czeka już jego rywal, który podcina go i zapina Crossface! ZSJ zaczyna wierzgać po całym ringu, ale Amerykanin wzmacnia uścisk i nie ma zamiaru dać mu się wyrwać! Liny są stosunkowo blisko i...uda się? Czy się nie uda? Uuuuudaje się! Złapał się lin Zack Sabre Jr! Ufff! Wszyscy fani tego utalentowanego zawodnika odetchnęli z ulgą, czyli jak łatwo się domyślić - nikt nie odetchnął. Wróćmy jednak do walki, bo teraz to Zack zaczyna przejmować ofensywę, chociaż to może zbyt daleko wysunięte założenie, bo po prostu kopnął parę razy Rivera. Ten jednak nie pozostaje mu dłużny, wyprowadza serię prawych, ale...Sabre Jr odpowiada! Cios za cios i...Big Boot od "Madmana"! Brytyjczyk pada na liny, następnie odbija się od nich mimowolnie i...Pele Kick od "The Retribution Bandit"! Najnowszy obiekt badań Dr Kline chyba będzie chciał zakończyć tę walkę, bo widzimy, że czeka aż jego przeciwnik się podniesie i czyżby? Czyżby szykowało się nam Lost Soul? Tak! Superkick wykonany! Pozostaje tylko pin! Tylko, że "Madman" nie ma zamiaru pinować! Co tam się dzieje?! On wyjmuje z kieszeni jakieś małe urządzenie, z którego po chwili wydobywa się dźwięk i cała arena słyszy teraz jak ktoś zachrypniętym głosem wypowiada słowa "Zdać sobie sprawę, że całe twoje życie – wiesz, cała twoja miłość, cała nienawiść, cała pamięć, cały ból – wszystko to było tym samym. Wszystko to było snem, który śniłeś w zamkniętym pokoju. Snem o byciu człowiekiem." Po czym widzimy jak River przeczesuje włosy i zaczyna z wściekłością uderzać swojego przeciwnika! Bije go w parterze tak mocno, że część kibiców zasłania oczy, by na to nie patrzeć! Jesteśmy świadkami jakieś totalnej masakry, ale "The Warden" zachowuje się jakby był opętany! Dopiero teraz wstaje i  zaczyna dusić rywala butem! Dosłownie kładzie mu buta na szyi, a ten nie ma już sił, by się podnieść! Sędzia widząc to natychmiast przerywa pojedynek i ogłasza zwycięstwo RIVERA poprzez niezdolność przeciwnika do kontynuowania pojedynku. "Madman" przez chwilę nieruchomo stoi w ringu, po czym bardzo powoli przechodzi przez liny i w kompletnej ciszy udaje się na zaplecze.

W pokoju panuje całkowita ciemność, nagle słychać kliknięcie i zapala się żarówka, w której świetle znajdują się Eli Cottonwood, Eli Cottonworld oraz Eli Cottontail. Bracia gładzą się po swoich dostojnych wąsiskach, Eli co jakiś czas przygryza marchewkę (domyślcie się który). Kamera nagle zaczyna skupiać się na całkowitym mroku, który jest bezpośrednio za nimi, zwiastując nam pojawienie się kolejnej osoby. Nikt jednak nie wychodzi z cienia, ale nagle w mroku pojawiają się oczy oraz śnieżnobiałe zęby! Biel białek oraz zębów niesamowicie kontrastuje z panującym dookoła mrokiem, jednak mimo usilnego wytężania wzroku nie widać nic więcej.

???: Wzywałeś mnie, Panie?

W tym momencie z cienia wyłania się wysoki, czarnoskóry zaowdnik, afro na głowie oraz oczywiście, pokaźnym wąsem pod nosem. Zawodnik jest chudy, wysoki, ma niezwykle długie ręce oraz jakby nienaturalnie długie palce. Tak przynajmniej wydaje się na pierwszy rzut oka.

Eli Cottonpicker: Mówią na mnie Eli Cottonpicker i przyszedłem tutaj z własnej, nieprzymuszonej woli. Wcale nikt nie kazał mi powiedzieć, że lubię ciężką pracę fizyczną, robić wszystko samodzielnie, własnymi rękami. Nie lubię natomiast gładkich twarzy oraz jak ktoś próbuje mi zapłacić. Trzymajcie brzytwy schowane przed moim wzorkiem, tak jak swoje własne portfele.

Eli dołącza do Elich i przez chwilę synchronicznie gładzą swoje wąsy, a po chwili obraz z kamery gaśnie.

Kamera przenosi nas na backstage, gdzie widzimy Xebeca, który stoi oparty o wielką skrzynię ze sprzętem i mówi coś do kogoś. Operator podchodzi nieco bliżej..

Rocks: ..TO MIAŁ BYĆ MÓJ MOMENT, ROZUMIESZ!? *zwraca się do kogoś po swojej lewej stronie, ale tam nikogo nie ma* Kurwa mać! Było tak blisko, a ci dwaj frajerzy w garniakach wyrzucili mnie za burtę! To jakaś abstrakcja Eddie, to jest jakaś pierdolona.. *bierze do ręki losowy, metalowy przedmiot i ciska nim gdzieś odwracając się za siebie*.. abstrakcja! Gdybym tylko.. nie wiem.. co ja mogłem zrobić inaczej!? Ale było ich dwóch.. sami nie mogli.. nie umieli.. KUR-..

Rocks oparty tyłem do skrzyni zauważa jednego z technicznych, który przy czymś pracuje..

Rocks: Możesz to do jasnej cholery robić.. nie wiem.. CISZEJ!? ALBO GDZIEŚ INDZIE-..

Nie dokańczając zdania, wyrywa technicznemu (który odsuwa się na bok instynktownie) narzędzia z jego rąk i ciska nimi o ścianę, po czym zaczyna się wyżywać na bogu ducha winnych sprzętach - kopie je, pomniejsze rzuca gdzieś bez ładu, jest w jakimś amoku i nie ma pojęcia co robi. Gdy stoi w miejscu ciężko oddychając, odwraca się i widzi Chrisa Finnegana, który przygląda się sytuacji..

Rocks: A Ty, surfer, co się patrzysz? Nie starczyło Ci, że Cię wypieprzyłem z ringu podczas battle royalu? Chcesz wylecieć jeszcze raz, ale tym razem na ścianę? Albo może w ten pierdolnik, który tutaj zostawiłem? Nie wiem, mam wrażenie, że Ty to po prostu lubisz.. *lekko ciszej mówiąc do siebie* Żałosny śmieć..

Surfer uśmiecha się do Rocksa i kręci głową z politowaniem.

Finnegan: Rocks.. Rocks.. Rocks.. skąd w tobie tyle agresji? Cholera i co z tego, że wypadłeś z tego battle royalu? Nie kończysz przecież zaraz kariery, żebyś miał żałować każdej niewykorzystanej szansy. Fakt, wyeliminowałeś mnie i za to należy ci się szacunek, ale czy to oznacza że jesteś ode mnie lepszy? Taka stypulacja rządzi się swoimi prawami, być może jeden na jeden sytuacja wyglądałaby zgoła odwrotnie, ale to zostawiam twojej wyobraźni, która jak widać jest naprawdę bujna w końcu masz wymyślonego przyjaciela, Eddie tak? Może zamiast się tu męczyć otworzysz dom zmyślonych przyjaciół Pana Rocksa? Serio stary musimy się kiedyś umówić i polatać na desce. Na pewno ci to dobrze zrobi. *Finnegan czeka na reakcję Rocksa, ale jej nie dostaje* Widzę, że dzisiaj i tak nie pogadamy, ochłoń trochę i czekam na cynk, peace..

Finnegan odwraca się od Xebeca i zaczyna iść w swoją stronę. Rocks po chwili namysłu chwyta stojące nieopodal krzesło i rzuca nim w Surfera - ten ląduje na betonie i łapie się za plecy, w które Scourge of Hachinosu trafił. W tym momencie Xebec chwyta jeszcze za leżący kawałek rurki i okłada nim Finnegana, raz po raz szybciej, bez opamiętania, a na końcu wysypuje na niego zawartość kosza na śmieci..

Rocks: Jak w domu, co? *chwilowy uśmiech* Haha! *uśmiech natychmiast znika* Tu jest twoje miejsce..

Lekko zmęczony Rocks próbuje odejść, ale słyszy jak Chris zaczyna się podnosić.. Xebec staje w miejscu, mówi coś niezrozumiale pod nosem, po czym podchodzi i łapie Finnegana.. Pandemonium na jakiś losowy zbiór gratów pod ścianą! Widokiem stojącego dumnie Rocksa, bez śladu uśmiechu na twarzy, patrzącego na Finnegana leżącego wśród sprzętu... Obraz gaśnie.

REKLAMY

Kamera przenosi nas na zaplecze, gdzie River właśnie przemierza jeden z korytarzy. Nagle podchodzi do niego Paddy Jackson, trzymający w dłoni niewielką kopertę.

Paddy Jackson: River! Zaczekaj chwilę. Ktoś prosił, żebym ci to przekazał.

Waters zatrzymuje się i spogląda podejrzliwie na kopertę.

River: Kto?

Paddy Jackson: Powiedział tylko, że będziesz wiedział.

River bierze kopertę. Na jej froncie znajduje się wyłącznie jedno słowo - „RIVER”. Zawodnik otwiera ją i wyciąga pojedynczą kartkę.

River, Miałeś rację, są miejsca, których człowiek nigdy naprawdę nie opuszcza. Deszcz nadal głośno uderza tutaj o szyby. Korytarze są węższe, niż można zapamiętać, a z twojej dawnej sali wciąż doskonale widać cały dziedziniec. Powiedziałeś, że nie chodzi o to, żeby uciekać przed własnymi lękami. Chodzi o to, żeby je zrozumieć i móc z nimi walczyć. Chciałbym sprawdzić, czy nadal tak uważasz. Nie każ na siebie czekać.

Dr Victor Kline

River dociera do ostatnich zdań i momentalnie podnosi wzrok znad kartki. Przez chwilę stoi zupełnie nieruchomo, jakby właśnie dotarło do niego coś znacznie ważniejszego niż sama treść wiadomości.

Paddy Jackson: River?

Waters zgniata kartkę w dłoni i gwałtownie rusza w stronę wyjścia.

Paddy Jackson: Hej! Co się dzieje?!

River nawet się nie odwraca.

River: Oni tam są.

Po kilku sekundach River znika za drzwiami prowadzącymi w stronę parkingu, pozostawiając Paddy'ego samego na korytarzu.

Kamera przenosi nas teraz do szatni na zapleczu, w której widzimy Enzo Sacrale oraz Vincenzo Vizziniego zajmujących się… Cóż, niecodzienną dla nich robotą. Zawodnicy pochłonięci są sprzątaniem szatni. Panuje między nimi cisza, zakłócana jedynie przez piosenkę tytułową “Z Archiwum X”. Bezdźwięczne sprzątanie zajmuje im chwilę, lecz w końcu Enzo podnosi wzrok na swojego kompana i zatrzymuje się, opierając ręce o miotłę.

Enzo Sacrale: Robimy to od pół godziny i w tym czasie nie padło tu ani jedno słowo. *wskazuje palcem na Vincenzo* Ani jedno. Jakbym pracował z kimś, komu zazwyczaj ciężko zamknąć usta i ta osoba milczałaby przez tak długi czas, zacząłbym się zastanawiać, zadał jakieś pytanie… Czy wszystko okey? Dlaczego nic nie mówisz? COKOLWIEK. A Ty? *kręci głową* Nie zwracasz na nic uwagi, jakby nic się złego nie działo. *marszczy brwi* Co z Tobą nie tak?

Vincenzo unosi głowę, wstając z szufelką pełną zagarniętych do niej śmieci i spogląda na partnera.

Vincenzo Vizzini: Ale co miałoby być nie tak? Nie rozumiem, Enzo. Jeśli masz mi coś do powiedzenia, to po prostu to powiedz. Nie zamierzam Cię ciągnąć za język. *wysypuje zawartość szufelki do stojącego obok kubła* Mamy robotę do zrobienia. Czy do wykonywania tej pracy Twoim zdaniem potrzeba rozmowy? *Nadgarstkiem poprawia okulary na nosie* Nie przejmuję się, bo nie ma czym - przegraliśmy swoje walki, więc odbywamy za to karę. To prostsze niż przepis na ragù. Nie trzeba z tego powodu robić scen.

Enzo Sacrale: Nie robię scen, znamy zasady i nie mam z tym problemu. Zastanawiam się po prostu… *wpatruje się w Vincenzo* Jak twarda jest twoja skorupa? Próżno wśród nas szukać ślepców i głupców, więc musimy zdawać sobie sprawę, że nie wszystko przebiega idealnie. A Ty? Jesteś taki sam… Zero zawahania, zero emocji, nie zwracasz uwagi na niepokojące znaki… Drogi są dwie, albo tracisz czujność, albo twój stoicyzm jest godny najwyższego uhonorowania.

Vincenzo chwilę patrzy na Enzo, bierze do ręki telefon leżący obok i zmienia piosenkę na TAKĄ.

Vincenzo Vizzini: Ja po prostu niewiele czuję. Tobą kierują gniew, radość, smutek, zwątpienie. To zupełnie normalne uczucia, których ja po prostu nie posiadam. Upadek ze schodów nie sprawia, że nie możesz już więcej się na nie wspiąć. Musisz po prostu znaleźć sposób na to by wstać i zacząć się wspinać ponownie. Właśnie to mnie zajmuje. Nie gniew. Nie smutek. Nie rozpacz. Zero zwątpienia. Widzę nasz cel, wytyczony przez Dona. Nie marnuję energii na rzeczy, które nie sprowadzą nas z powrotem na właściwe tory. Moją całą uwagę skupiam na kolejnym kroku. Na wyjściu z sytuacji. A chyba pamiętasz, co ma się dzisiaj wydarzyć? Myślę tylko o tym. To nasze odkupienie.

Enzo Sacrale: Możemy się znać latami, ale zawsze byłem zdania, że prawdziwie ludzie poznają się dopiero w boju. To wtedy wychodzą z człowieka najczarniejsze myśli, najgorsze emocje, a instynkty potrafią przejmować władzę nad zdrowym rozsądkiem. *puszcza miotłę, która z hukiem upada na podłogę* Vincenzo, w głębi wiem serca wiem, że tak jest właśnie ze mną. To moja natura. Taki zostałem stworzony i tym bardziej zdumiewa mnie, że nie zdążyłem poznać Cię z tej drugiej strony… Której jak widać po prostu nie ma.

Vincenzo podchodzi do Enzo i kładzie mu dłoń na ramieniu... Lekko się przy tym uśmiechając???

Vincenzo Vizzini: A może po prostu... nie znalazł się jeszcze nikt, kto by tą drugą stronę wyzwolił? *Patrzy gdzieś nad głową Sacrale* Chociaż kilku osobników powoli się tam dokopuje.

Po tych słowach Il Freddo łapie ponownie za szufelkę i zaczyna dalej sprzątać, a chcąc nie chcąc Enzo również się do niego przyłącza...

Przenosimy się na arenę, gdzie w ringu czeka już cała czwórka zawodników mających walczyć w następnej walce. W tej chwili na rampie pojawia się jednak Nick Aldis, oczywiście z mikrofonem w dłoni.

Nick Aldis: Zanim zaczniemy tą walkę, chciałbym jeszcze coś ogłosić. To nie będzie zwykła walka. Ku uciesze gawiedzi - wprowadzamy nowy pas na pola Elizejskie! *obok Aldisa pojawia się drugi sędzia, z pasem w rękach* Będzie to tak zwany... Pas przegrywa! *konsternacja* Ten który zostanie przypięty bądź poddany w trakcie walki, zostaje niechlubnym "mistrzem"! Powodzenia!

REKLAMY

LPW Loserweight Championship Fatal 4 Way Match
Dick A'very Big vs Jeff Brown vs Pill Tautu vs Salvador

Wracamy po reklamach do mistrzostw Roll-upu i widzimy, że Salvador siedzi w narożniku, a Dick i Brown stopmują go na zmianę. Nagle do ringu wślizguje się Pill podchodzi do obu zawodników, łapie ich za głowy i zderza ich głowami. Obaj panowie padają, Brown nawet wytacza się na apron. Tautu zaczyna tauntować niczym Hulk Hogan mimo swojego braku widocznych mięśni. Teraz podnosi siedzącego Salvadora i wypłaca mu klasyczne punche z góry. Pill wyprowadza rywala za rękę z narożnika i wynosi go pod Body Slam, jednak Zamiatacz zeskakuje z barku przeciwnika wypychając go przed siebie. W tym momencie Dick wyprowadza Slap na twarz Tautu. Pill odwraca się trzymając za twarz w stronę Salvadora, a ten wyprowadza punch. Tautu w karuzeli bólu raz jeden go atakuje, raz drugi, aż z tego potężnego bólu pada na matę. Albo zakręciło mu się w głowie. A’very pada teraz do przypięcia 1... 2... O dziwo Salvador przerywa! Wszyscy zadają sobie pytanie dlaczego, Dick wstaje i patrzy pytającym wzrokiem, a sam Zamiatacz chyba po chwili się dopiero orientuje i sam próbuje przypiąć! 1... 2.. Kickout. Ależ akcja, ależ emocje, rany Boskie. W tej chwili zza pleców Dicka pojawia się Jeff, który poprzez Double Axle Handle atakuje rywala. Jen odchodzi kilka kroków trzymając się za plecy. Wstający od przypięcia Salvador otrzymuje niskie kopnięcie na głowę na odchodne. Zajęty Jeff nie zwraca uwagi na Tautu, który leży na macie i teraz mam Schoolboy Pin! 1... 2.. 3?! Kickout! To może skończyć się w każdej chwili. Jeff teraz wstaje i wyprowadza kopnięcie na głowę leżącego rywala. Rozpędzony A’very zostaje wyrzucony ponad górną liną przez Jeffa! Tautu wstaje, również bierze rozpęd i tak samo zostaje wyrzucony ponad górną liną! Brown cieszy się, jakby wygrał! Chyba pomyliły mu się gimmicki walki. Teraz Brown odwraca się do Salvadora i mamy Roll-upze strony Sprzątacza! 1... 2... 3?! Tak, to koniec! Przegrywa, czyli pas wygrywa Jeff Brown!

Kamera przenosi nas teraz do luksusowego apartamentu, za ogromnymi oknami widać rozświetlone neonami miasto. Wnętrze urządzone jest z przesadnym przepychem: marmurowa podłoga, skórzane fotele, kryształowe szklanki i butelka drogiego alkoholu stojąca na stoliku. Drzwi wejściowe gwałtownie się otwierają i do pomieszczenia wchodzą w odpowiedniej kolejności: Lord Sebastien, Alistair oraz Rob McŁowicz. Na twarzy Lorda maluje się wyraźna wściekłość.

Lord Sebastien: Niech mnie wszyscy diabli! *kopie w stojącą obok komodę* Niech mnie wszyscy diabli, Alistairze!

Alistair: Obawiam się, że nie zmieni to rezultatu dzisiejszego wieczoru, mój panie.

Lord rzuca spojrzenie Alistairowi z jeszcze większą wściekłością.

Lord Sebastien: Rezultatu?! Ty to nazywasz rezultatem?! To miała być moja noc. Moja szansa! Jeszcze jeden krok, Alistairze. Jeden cholerny krok dzielił mnie, bym mógł stanąć przed całym tym foulemotłochem i przypomnieć im, kto naprawdę zasługuje na miejsce na szczycie!

Lord podnosi ze stolika pilot i włącza telewizor, na którym mamy zatrzymaną klatkę w momencie, kiedy Rob przykłada się do eliminacji Lord Sebastiena.

Lord Sebastien: A potem pojawia się ON. Rob McŁowicz *wypowiedziane z wyraźnym obrzydzeniem* Człowiek, który niedawno nie potrafił nawet wygrać walki o swoją przyszłość. Jego największym osiągnięciem jest to, że potrafi nie zatruć posiłku. I ten człowiek… TEN CZŁOWIEK… ośmiela się stanąć na drodze mnie, Lordowi Sebastienowi!

Alistair: Bez wątpienia wykazał się brakiem rozeznania, mój panie.

Lord Sebastien: Brakiem rozeznania?! Alistairze, to nie był brak rozeznania! To była bezczelność! Niewybaczalna, ordynarna, pospolita niewdzięczność! *Lord zaciska pięść ze złości* Przez całe życie uczono mnie, że każdy w świecie powinien znać swoje miejsce. Że istnieje porządek, którego nie wolno naruszać. Dlaczego teraz do cholery kucharz uznał, że ma prawo do decydowania o moim miejscu?!

Alistair: Jeśli mogę, mój Panie. Rob zdecydowanie popełnił dziś błąd, to nie ulega wątpliwości. Ale pańska eliminacja była wydarzeniem sportowym. To co się do niej zaś przyczyniło było jednoznacznym brakiem szacunku. A brak szacunku zawsze można skorygować. Niestety nie wszyscy otrzymali ten przywilej wychowania i nie potrafią zrozumieć konsekwencji swoich czynów. Niektórzy muszą je po prostu poznać. *mówiąc to Alistair poprawia mankiety swojej marynarki*

Lord Sebastien: Widzisz, Rob?! Właśnie dlatego Alistair jest tu gdzie jest, a Ty jesteś… no pozostańmy na tym, że jesteś. Alistair rozumie hierarchię. Ty pomyliłeś swoją rolę z prawem do decydowania. Jedyne o czym powinieneś decydować to co najwyżej mój jadłospis. Ty jednak pomyślałeś inaczej i upokorzyłeś mnie dzisiaj przed całą federacją. Nie zamierzam ci tego wybaczyć i lepiej dla Ciebie, żebyś drugi raz nie popełnił tego samego błędu, bo wtedy konsekwencje będą nieuniknione.

Rob przez cały czas słucha dyskusji w milczeniu, jednak z każdym kolejnym słowem Lorda coraz mocniej zaciska szczękę. W końcu robi krok w jego kierunku. Alistair odruchowo przesuwa się bliżej, ale McŁowicz nawet na niego nie patrzy.

Rob McŁowicz: Skończyłeś? Bo od pięciu minut słucham, jak dwóch dorosłych facetów próbuje sobie wytłumaczyć, że to nie oni dali dzisiaj dupy, tylko kucharz był niegrzeczny. <Rob wskazuje na obraz z telewizora>. Nie pomyliłem swojej roli, Sebastien. Doskonale ją znam. Przegrałem z tobą, więc gotuję dla ciebie, wykonuje twoje polecenia i znoszę cały ten cyrk, bo o tym mówiły warunki naszego pojedynkui. Ale nigdzie nie było napisane, że mam przestać być zawodnikiem.

Rob spogląda na Alistaira, po czym wraca wzrokiem do Lorda.

Rob McŁowicz: A dzisiaj, kiedy zabrzmiał gong, nie byłeś moim panem, Alistair nie był twoim conseiller, a ja nie byłem nadwornym kucharzem. Byliśmy trzema facetami w Battle Royalu. Alistaira wyrzuciłem własnymi rękami, a kiedy pojawiła się okazja, żeby pomóc Finneganowi pozbyć się ciebie... skorzystałem z niej. I wiesz, co jest w tym wszystkim najzabawniejsze? <Rob robi jeszcze pół kroku do przodu, ale po chwili bierze głębszy oddech i wyraźnie zmusza się do zachowania spokoju>. Możesz kazać mi przygotować kolację. Możesz założyć mi fartuch, podać jadłospis i przez cały tydzień przypominać, gdzie według ciebie jest moje miejsce. Ale kiedy wchodzę między liny, nie oczekuj, że pomogę ci spełniać twoje marzenia, kosztem siebie.

McŁowicz na moment milknie. Widać, że chciałby powiedzieć znacznie więcej, jednak ostatecznie zaciska pięść, po czym powoli ją rozluźnia.

Rob McŁowicz: A jeśli naprawdę chcesz rozmawiać o konsekwencjach... to radzę ci uważać, Sebastien, bo moja cierpliwość też ma swoje granice. Tymczasem zapraszam na kolację.

Rob wykonuje ironiczny uśmiech po czym się odwraca. Obraz z kamery gaśnie.
Ten post był ostatnio modyfikowany: 24.10.2026, 17:05 przez Jakub.

Ben Zamora
Streak: 3/0/1
Last Match: lost vs Kenneth Riddle (Last Man Standing)

James Wallace
Streak: 4/0/1
Last Match: win vs WRECKD via Pinfall

Vincenzo Vizzini
Streak: 3/0/3
Last Match: lost vs Mike F'N Brutal via Pinfall

Elias Shadow
Streak: 2/0/11
Last Match: lost vs Jean-Pierre Dolnick (Battle Royal)
Odpowiedz
Cytuj
18.10.2026, 21:35
#2
Void in Blue na arenie! Soczyste gwizdy oraz buczenie witają LPW World Championa. Po kilku sekundach na rampie zjawia się on, mistrz, wielki człowiek... Jose Lopez! Ubrany jest już w swój strój do walki. Hiszpan z pasem na ramieniu spogląda na reakcję fanów, która przyprawia go o lekki uśmiech. Jose spokojnym krokiem zmierza w kierunku ringu, przed wejściem do niego odbiera mikrofon i ostatecznie z gracją wchodzi po schodkach do kwadratowego pierścienia. Lopezzo chwilę stoi przysłuchując się wszystkiemu, mając ten swój lekki, nonszalancki uśmieszek. Gdy fani przestają chociaż trochę buczeć, wtedy Jose zabiera głos.

Jose Lopez: Jeśli ktokolwiek łudził się, że schowam głowę w piasek po tym, co wydarzyło się w domu u pewnej jakże zarozumiałej staruszki.. to jest naprawdę naiwny. *wredny uśmiech* Jest tak samo naiwny jak Blaze i jego rodzicielka. *ogromne buczenie* Naprawdę wierzycie, że wpadłem w pułapkę i wszystko poszło zgodnie z ich planem? Co za bzdura! Osiągnąłem to, czego CHCIAŁEM, wyjawiając... tajemnicę poliszynela? *uśmiecha się, jednocześnie będąc poirytowanym* Czekałem na odpowiedni moment i ten moment dostałem, a bardziej... sam sobie go zorganizowałem. KTO byłby lepszym kandydatem do usłyszenia, że zamierzam skrzywdzić mu bliską osobę i robiłem to przez cały ten czas niż matka Axela? *heat* Może udawać... tak jak jej synalek, uwielbiają zakładać maski i grać twardzieli, to nic nie zmienia! W głębi musiało ją to ruszyć! Będzie o tym rozmyślała i miała to z tyłu głowy, a Blaze? Widziałem to w jego oczach... widziałem tę iskierkę nienawiści, którą rozpalałem wielokrotnie. Nasz taniec na Danse Macabre będzie niesamowity... *gada to wręcz obsesyjnym tonem* Możecie uważać to wszystko, co robię za złe... za absolutnie zepsute i niemoralne. MACIE RACJĘ. Jestem z siebie CHOLERNIE dumny! *heat* Jeśli to dla was było maksimum, to wiedzcie, że to dopiero początek. *wredny uśmiech* Dla swoich marzeń nadal będę czynił, co uznam za stosowne, a każdy pokonany przeze mnie rywal, którego tymi okropnościami raczyłem... będzie mi kibicował, by jego przelana krew nie poszła na marne! *ogromne buczenie, Jose patrzy się z szaleństwem w oczach* Zatem czas na ostatni przystanek przed prawdziwą wojną, nie czekajmy dłużej!

Lopez podchodzi do lin i oddaje mikrofon oraz pas mistrzowski pracownikom. Zaczyna się rozgrzewać przed walką, do której tutaj zaraz dojdzie. Zapraszamy na reklamy.

REKLAMY

Tag Team Match
Jose Lopez & Derrick Mantel vs Axel Blaze & Maxwell Ransom

Końcówka pojedynku. Derrick Mantel trzyma Maxwella Ransoma w narożniku swojej drużyny i dobija go krótkimi ciosami w korpus, po czym zmienia się z Jose Lopezem. Hiszpan wchodzi do ringu, a obaj przez moment pracują razem - Mantel przytrzymuje rywala, Lopez trafia Running Corner Clothesline'em i dopiero wtedy sędzia odsyła Derricka na apron. Ransom wychodzi z narożnika chwiejnym krokiem, ale gdy Lopez próbuje dołożyć Swinging Neckbreaker, Maxwell odpycha go od siebie i odpowiada Running Lariatem! Obaj padają na matę. Przez kilka sekund nikt nie jest w stanie wstać, a partnerzy wyciągają ręce ze swoich narożników. Lopez łapie Maxwella za nogę, próbując zatrzymać go przed zmianą, lecz Big Handsome Man obraca się i odpycha Hiszpana drugim butem. Skok do narożnika - HOT TAG! Axel Blaze wpada do ringu! Lopez również próbuje zmiany, ale jest o moment za wolny. Running Clothesline od Axela! Jose podnosi się - Bicycle Knee! Lopez zatacza się do narożnika, a Blaze rusza za nim i dokłada mocny Corner Clothesline. Wyciąga rywala na środek, próbuje Ushigoroshi, lecz Spanish Star zaczyna uderzać łokciem w bok głowy i zsuwa się za jego plecy. Axel odwraca się - La Patada de Las Palmas! Flying Chuck Kick trafia czysto i Blaze pada na jedno kolano. Lopez natychmiast rusza po Shining Wizard, jednak Axel w ostatniej chwili odchyla głowę! Jose przelatuje obok, a Blaze łapie go od tyłu i próbuje Reverse Alabama Slamu. Hiszpan szarpie się i zsuwa z uchwytu, po czym błyskawicznie kieruje się do swojego narożnika. Zmiana! Mantel wchodzi do środka i od razu rzuca się na Axela z Discus Lariatem, ale Blaze schyla się pod ramieniem. Derrick obraca się - Facebreaker Knee! Mantel cofa się kilka kroków, lecz nie pada. Axel próbuje pójść za ciosem, ale Ego Top odpowiada Spin Kickiem w brzuch i natychmiast dorzuca DDT! Ransom wyciąga rękę po zmianę, jednak Lopez zeskakuje z apronu i rusza w jego stronę. Maxwell również schodzi na podłogę i obaj zaczynają się przepychać przy barierkach. Sędzia wychyla się przez liny i krzyczy, żeby wracali do swoich narożników, lecz konflikt szybko przeradza się w wymianę Forearmów. W ringu Mantel wykorzystuje zamieszanie i próbuje zaskoczyć Axela Running Knee, ale Blaze odsuwa się w bok! Derrick wpada na liny, odbija się od nich i wraca prosto na Powerslam! Axel podnosi się jednak bardzo powoli i zamiast od razu kontynuować ofensywę, opiera się na jednym kolanie, łapiąc oddech. Tymczasem poza ringiem Ransom odpycha Lopeza w apron i wraca do swojego narożnika. Mantel widzi sytuację, podnosi się i rusza w stronę lin, podczas gdy Blaze również wraca do stójki. Mamy unik i zmianę z Ransomem! Maksiu powala Clotheslinem Mantela... Jednak jego, oraz sędziego uwagę odwraca Lopez, który czai się za Blazem i chce go zaatakować! Sędzia jednak patrzy w jego kierunku i zaczyna się z nim kłócić. Całe to zamieszanie wykorzystuje Derrick, wytaczając się z ringu po krzesełko... I atakując nim Maxwella... Unik! ALE SĘDZIA DOSTAJE W PLECY! I pada jak rażony piorunem! Ex-Wilgotniak od razu kopie rywala w brzuch, wynosi go na barki i wykonuje Torn Picture! Rozgląda się dookoła... I rozstawia stalowe krzesełko w centrum ringu! Ponownie podnosi przeciwnika do góry, jednak ten jakimś cudem uwalnia się z uchwytu i ostatkiem sił doskakuje po zmianę z Lopezem! Hiszpan szarżuje na Ransoma, ale ten unika... Fade to Black na krzesełko! Blaze jakimś cudem wtargnął do ringu by wspomóc swojego partnera! Axel wyrzuca nielegalny przedmiot z ringu i próbuje przywrócić do życia sędziego, a Ransom dokłada jeszcze Wolf Inside! Mamy pin! Sędzia w końcu doczołgał się do zawodników! Ale liczy bardzo powoli! 1... 2... 3... Tak jest! Koniec walki!

Ransom jeszcze przez chwilę nie przerywa pinu, tak jakby nie wierzył, że to możliwe, żeby odliczył MISTRZA LPW, ale Blaze z uśmiechem na twarzy podbiega do niego i pomaga mu wstać. Następnie z dumą kładzie rękę na jego ramieniu i mówi, że trzeba było dać mu się ostatnio wypowiedzieć do końca, a nie mówić, żeby nie odpowiadał. Maxwell wyraźnie nie wie co powiedzieć, ani co ze sobą zrobić, za to Axel wręcz przeciwnie. Staje obok partnera i unosi jego rękę w geście triumfu, a drugą ręką zachęca publiczność do jeszcze bardziej żywiołowej reakcji. Fani z jednej strony hali przeciągle skandują "MAXWEEEEEEEELL!", zaś druga strona odpowiada szybkim i rytmicznym okrzykiem "Axel Blaze!". Ex-Wilgotniak buduje się coraz bardziej z każdą kolejną chwilą, nawet jakby bardziej wyprostował swoją posturę i wypiął klatę. W końcu Mr. Forever przyjaźnie lekko popycha go w stronę wyjścia, jakby chciał oddać mu spotlight, a sam wytacza się z ringu. Maxwell jeszcze przez chwilę żegna się z widzami i powoli udaje się na zaplecze, ale Blaze wraca do ringu z mikrofonem w ręku. Na jego twarzy nie ma śladu po uśmiechu. Zgarnia stojące w ringu krzesełko, rozstawia je nad leżącym środku ringu Lopezem, oparciem na wysokości jego szyi. Były mistrz siada na krześle okrakiem, opierając ręce na oparciu. Blaze przenosi ciężar ciała do przodu, opierając go jeszcze bardziej na oparciu. Wychyla się i patrzy w dół - prosto w oczy swojego rywala, jednocześnie jeszcze bardziej dociskając go krzesłem do maty. Teraz publiczność żwawo skanduje "Blaze! Blaze! Blaze!", przyspieszając coraz bardziej z każdym kolejnym okrzykiem. Przez kilka sekund Real Rock'n'Roller przygląda się Lopezowi,  pozwala trybunom dokończyć. W końcu zaczyna z pogardą szturchać mistrza nogą, aby ten się ocknął. Zawodnik z Wysp Kanaryjskich powoli otwiera oczy, ale mimo wszystko nie ma szans na ucieczkę.

Axel Blaze: Posłuchaj mnie uważnie, Lopez, bo nie będę dwa razy powtarzać. Po pierwsze - nigdy nie waż się przeklinać przy mojej matce! *cheer* A po drugie... ostatnie tygodnie były dla Ciebie tak spokojne tylko dlatego, że taki dostałem odgórny przykaz. I co do jednego muszę Ci przyznać rację. Mój spokój był totaaaaaaaaalnie udawany. I nawet nie zdajesz sobie sprawy jak cholernie trudno było się powstrzymać przed skopaniem Ci dupska. Zrobiłem to tylko i wyłącznie dlatego, że wiedziałem, że Ty się nie zatrzymasz. Zabrniesz za daleko i popełnisz błąd. I dokładnie to zrobiłeś u mojej matki! *Blaze obficie spluwa w twarz Lopeza* Ale teraz wszystko się zmienia, KURWO! *WHOA!* Przestań się tak dziwić, przecież sam tego chciałeś! Chciałeś potwora?! Dostaniesz potwora! Myślałeś, że jak zabierzesz mi pas to zabierzesz mi wszystko?! Myślałeś, że kiedy upokorzysz mnie przed całym światem to już nigdy się nie podniosę?! NIE MA, KURWA, OPCJI! *cheer* Jestem z Teksasu! Dorastałem w przekonaniu, że kiedy życie rzuca Cię na kolana, wstajesz, otrzepujesz kurz i idziesz dalej! A jeśli ktoś próbuje podpalić Ci dom, nie stoisz na ganku i nie pytasz po co przyniósł zapałki! Chwytasz skurwiela za fraki i robisz z niego przynętę na sępy!

Axel zatrzymuje się, oddycha coraz ciężej i cały czas patrzy na Lopeza z pogardą. Publiczność wykorzystuje przerwę, żeby okazać swoje wsparcie i rytmicznie ryczą "Blaze! Blaze! Blaze!". Z czasem były mistrz się uspokaja i wyrównuje oddech, a kiedy znowu zbliża mikrofon do ust fani momentalnie milkną.

Axel Blaze: W niedzielę zabieram Cię na przejażdżkę w jedną stronę autostradą do piekła. I gwarantuję, że nie wrócisz z tej podróży taki sam. Każda pierdolona sekunda będzie męczarnią. Będziesz błagał o litość, kiedy będziesz klepał. Zapłacisz za wszystko co zrobiłeś. I obiecuję Ci, że poznasz ból, o którym do tej pory nie miałeś pojęcia. Dopilnuję tego, choćbym miał tam skonać!

Blaze odrzuca mikrofon, a publiczność dosłownie eksploduje. Słyszymy "I gotsa get paid", a obraz z kamery powoli gaśnie.

Kamera przenosi nas ponownie do sierocińca, który odwiedził dziś River i widzimy, że biegnie on pomiędzy korytarzami, po chwili zbiega na dół, gdzie widzimy jakieś pozamykane sale, jakąś stołówkę i teraz na końcu korytarza ukazują nam się otwarte drzwi, możemy dostrzec tam nawet jakąś postać, która siedzi przy biurku. River powoli podchodzi bliżej, a my słyszymy każdy jego oddech i każdy krok. W końcu mamy już pewność. W otwartym gabinecie czeka Dr Kline. “Montana Kid” rozgląda się woķół nerwowo, a następnie wchodzi do środka i ma zamiar coś powiedzieć, ale to Kline zabiera głos.

Dr Victor Kline: Wiedziałem, że przyjdziesz. I zanim zaczniesz sobie wmawiać, że właśnie udowodniłeś mi swoją odwagę... nie. Nie chodzi o to, że wróciłeś tutaj z własnej woli. Zrobiłeś to już wcześniej. Właśnie dlatego wiedziałem, że wystarczy tak niewiele.<Kline powoli podnosi się zza biurka. > Pierwsza wizyta była twoją decyzją. Chciałeś spojrzeć przeszłości w twarz. Chciałeś udowodnić sobie, że potrafisz wejść do tego budynku, a wychodząc z niego pogodzić się z tym wszystkim co było.<Doktor robi kilka spokojnych kroków w stronę Rivera> Ale potem wystarczyła jedna koperta. Kilka zdań. Sugestia, że coś dzieje się właśnie tutaj. I przybiegłeś. Widzisz różnicę? Za pierwszym razem to Ty wybrałeś miejsce. Tym razem to miejsce wybrało Ciebie.

River robi krok w stronę doktora

River: Gdzie on jest?

Uśmiech Kline’a staje się jeszcze wyraźniejszy.

Dr Victor Kline: Doskonale.

Doktor spogląda gdzieś ponad ramieniem Rivera.

Dr Victor Kline: Silas.

Z ciemności jednego z bocznych pomieszczeń wyłania się The Uncured. Najpierw widzimy jedynie jego potężną sylwetkę, później charakterystyczną maskę. Crowe zatrzymuje się w przejściu, pozostając całkowicie nieruchomo. Waters odruchowo ustawia się tak, aby mieć w zasięgu wzroku zarówno doktora, jak i jego podopiecznego.

Dr Victor Kline: Spokojnie. Gdybym chciał, żeby cię zaatakował, ta rozmowa nie miałaby miejsca. Nie interesuje mnie fakt, że potrafisz tutaj wejść. To już wiem. Interesuje mnie to, dlaczego wystarczyła myśl, że my tu jesteśmy, żeby wszystko inne natychmiast przestało mieć znaczenie. <Kline przygląda się Riverowi przez dłuższą chwilę.> Powiedziałeś tym dzieciom, że nie chodzi o uciekanie przed lękiem. Że trzeba go zrozumieć i nauczyć się z nim walczyć. Piękne słowa. Teraz przekonamy się, czy nadal w nie wierzysz, kiedy twoje największe lęki stoją z tobą w jednym pomieszczeniu. Wróciłeś tutaj, aby odzyskać kawałek siebie, ale czy jesteś na to tak naprawdę gotowy?

Doktor milknie. Ani on, ani Silas nie zamierzają opuszczać pomieszczenia.

River: *spogląda raz na Kline’a, raz na Silasa” Widzisz, to co wmawiam tym dzieciakom, Viktorze…to coś, co Tobie powinien ktoś powiedzieć bardzo dawno temu. Widzę, że moja natura, moje zachowanie niezwykle Cię intryguje. Ciągle zadajesz mi pytania, a co jeśli na chwilę odwrócimy role i to ja zadam Ci pytanie? Bo widzisz, ja nie jestem kolejnym Twoim eksperymentem. Chciałbyś żebym był, ale nie jestem. Ja i Silas rywalizujemy w LPW, gdzie jesteśmy WRESTLERAMI. Wiem, że dla Ciebie to wszystko tylko gra, ale ja naprawdę skupiam się na swojej karierze i może właśnie dlatego tak bardzo interesuje mnie co robi mój rywal. *patrzy z niesmakiem na Silasa* A skoro on nie potrafi się komunikować, to cóż…została mi gra z Tobą. Nie wiem jednak czego dalej nie zrozumiałeś, bo wszystko masz podane jak na tacy. Tak, byłem człowiekiem, który budował swoją “legendę” na sztucznym wytworze. Tak, zostałem zraniony. To co mi zrobiliście również mnie zabolało, ale skoro postanawiam się odsłonić, to naprawdę myślisz, że te gierki psychologiczne zrobią na mnie wrażenie? Naprawdę myślisz, że wszyscy są tak prosto zaprogramowani? *uśmiecha się lekko* Viktorze, to co dla Ciebie jest fascynującym obiektem badań, dla mnie od dawna jest codziennością. Nie przestraszysz mnie Silasem, bo ja sypiam z gorszymi rzeczami od lat. *mierzy wzrokiem Crowe’a, następnie gwałtownie obraca się do Kline’a* Przestań wmawiać sobie, że jesteś doktorem, bo tak naprawdę jesteś nadal tym małym człowiekiem, który z pewnością kiedyś obudził się z wrzaskiem z podobnego snu, powiedz mi…kim jest twój Errol? Czym jest twoje Golden Gate? Tak bardzo starasz się przeanalizować mój umysł, że zapominasz o tym, że w Twoim wciąż tkwi dziecko, które musiało ulepić sobie potwora z błota i cudzego cierpienia *znowu mierzy Silasa wzrokiem*, by móc w ogóle stanąć naprzeciw MNIE.

Kline przez kilka sekund nie odpowiada. Na jego twarzy powoli pojawia się uśmiech, wygląda jakby River właśnie powiedział dokładnie to, na co doktor czekał. Victor zerka w stronę Silasa, a następnie ponownie na swojego rozmówcę.

Dr Victor Kline: Widzisz, Silas? Właśnie dlatego jest interesujący.<Crowe nie reaguje. Kline robi jeszcze jeden krok w stronę Rivera.> Nie. Nie jesteś kolejnym eksperymentem. Gdybyś nim był, prawdopodobnie już dawno byś mnie znudził. Eksperyment ma określone warunki, zmienne, przewidywalne reakcje. Ty natomiast za każdym razem, kiedy wydaje mi się, że znam odpowiedź, zmieniasz pytanie. A teraz próbujesz zrobić ze mną dokładnie to, co ja robię z tobą. Chcesz znaleźć mojego Errola. Moje Golden Gate. Chcesz uwierzyć, że gdzieś pod garniturem, tytułem i wszystkimi tymi metodami siedzi przestraszone dziecko, które potrzebowało stworzyć sobie potwora, żeby poczuć się silne. <Kline spogląda na Silasa.> Piękna teoria. Tylko że popełniasz jeden błąd. Patrzysz na niego i widzisz moje dzieło. Ja patrzę na niego i widzę człowieka, którego złamano.<River na moment przenosi wzrok na Silasa.> Blackridge zrobiło to w sposób, którego prawdopodobnie nigdy nie zrozumiesz. Zniszczono człowieka którym był, kawałek po kawałku, aż zostało coś, czego nie potrafili już nazwać. Dlatego dostał numer.

Na te ostatnie słowa Silas bardzo powoli podnosi głowę.

Dr Victor Kline: A potem okazało się, że ich porażka to początek czegoś wielkiego. I właśnie dlatego ty jesteś tak cholernie interesujący. Bo świat zrobił z tobą coś bardzo podobnego. Jego złamało Blackridge. Ciebie złamał sierociniec. Ludzie, którzy odeszli. Ulica. Uzależnienie. Wszystkie te momenty, o których teraz potrafisz mówić z podniesioną głową. Obaj przeżyliście. Tylko zrobiliście to zupełnie inaczej. <Doktor spogląda na Crowe’a.> On uciekł w ciszę. Ty uciekłeś w legendę. Silas założył maskę na twarz. Ty nosiłeś swoją przez pół życia i kazałeś milionom ludzi nazywać się Madmanem. I teraz ją zdjąłeś. To właśnie mnie fascynuje, River. Nie to, czy jesteś słaby. Nie to, czy mogę cię przestraszyć. Chcę wiedzieć, co stanie się z człowiekiem, który po latach przestaje korzystać z mechanizmu, który pozwolił mu przetrwać. Bo być może masz rację. Być może River jest prawdziwy. Być może właśnie po raz pierwszy od lat stoisz przede mną bez żadnej maski. Ale wtedy pojawia się znacznie ciekawsze pytanie. Czy człowiek znajdujący się pod nią jest wystarczająco silny, żeby przeżyć to, co nadchodzi?

The Uncured zatrzymuje się obok doktora. Doktor sięga do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyciąga niewielką strzykawkę. River momentalnie napina całe ciało i robi krok do tyłu. Silas natychmiast rusza do przodu i jednym ruchem ogromnej dłoni chwyta Watersa, zatrzymując go w miejscu. River próbuje się wyrwać, ale Crowe nawet nie drgnie. Kline podchodzi spokojnie, jakby wszystko odbywało się dokładnie według planu.

Dr Victor Kline: Spokojnie, River. Powiedziałeś, że chcesz zrozumieć swoje lęki. Więc przestańmy o nich rozmawiać.

River ponownie próbuje się wyrwać, jednak Silas trzyma go bez najmniejszego problemu. Kline szybko podaje mu tajemniczy zastrzyk.Doktor cofa się o krok, a na jego twarzy pojawia się spokojny uśmiech

Dr Victor Kline: Kolejny etap terapii. Czas start,

River patrzy na niego z niedowierzaniem, próbując ponownie ruszyć w jego stronę, ale wtedy Silas odwraca głowę w stronę kamery. The Uncured podchodzi bezpośrednio do operatora, po czym jego ogromna dłoń całkowicie zasłania obiektyw. Obraz natychmiast znika.

Singles Match
Derek Halloway vs Edgar Dickinson

Końcówka pojedynku. Derek Halloway stoi przy linach i przez chwilę łapie oddech, podczas gdy Edgar Dickinson podnosi się po drugiej stronie ringu. Obaj są już wyraźnie zmęczeni, po chwili ruszają do zwarcia. Halloway szybko wykorzystuje przewagę siły, spycha rywala w stronę narożnika i wbija mu bark w brzuch. Edgar próbuje odpowiedzieć Forearmem, ale Derek przechwytuje go w pasie, odciąga od lin i wykonuje Belly-to-Belly Suplex! Dickinson ląduje na plecach, a The Truth Seeker przez moment pozostaje na jednym kolanie. Dopiero po chwili podnosi Edgara i próbuje Sidewalk Slamu, jednak The Poet zsuwa się za jego plecy. Forearm Smash w kark! Drugi! Halloway odwraca się i natychmiast odpowiada Big Bootem, ale Edgar odsuwa głowę w ostatniej chwili. Derek traci równowagę, a Dickinson wykorzystuje sytuację i trafia Dropkickiem w plecy, posyłając większego przeciwnika na liny. Edgar próbuje pójść za ciosem, lecz Halloway odwraca się i przechwytuje go przy kolejnej szarży. SAMOAN DROP! Obaj zostają na macie. W końcu były mistrz Eternal pierwszy wraca na nogi. Chwyta Dickinsona, ustawia go pod Powerbomb i wynosi, ale Crow Prince zaczyna uderzać go krótkimi Punchami w głowę. Halloway traci stabilność i musi puścić rywala. Edgar ląduje na nogach, ale Derek natychmiast próbuje Clothesline'u. Dickinson schyla się, odbija od lin i wraca z Powieścią!(Sling Blade) powala Hallowaya! Gdy Halloway wraca do stójki, Dickinson rusza z Plot Twist!(Rolling Elbow )trafia prosto w szczękę, ale Derek nie pada, tylko zatacza się kilka kroków. Edgar próbuje jeszcze Superkicku, jednak Halloway przechwytuje nogę, odpycha ją na bok i odpowiada STO! 1... 2... NIE! Dickinson podnosi bark. Derek nie traci czasu na protesty. Podnosi przeciwnika, zapina chwyt pod Pumphandle i szykuje Awakeing! Edgar zaczyna jednak walczyć jeszcze przed pełnym wyniesieniem, uderza łokciem w bok głowy i wyślizguje się z uchwytu. Halloway odwraca się DDT! Derek pada na matę, ale Edgar również potrzebuje chwili, zanim będzie w stanie ruszyć dalej. The Poet podnosi głowę, widzi leżącego przeciwnika i podejmuje decyzję. Powoli wspina się na narożnik. Halloway zaczyna się poruszać, lecz wciąż leży na plecach. Edgar stabilizuje pozycję, bierze głęboki oddech i skacze. THE END!(180-degree Shooting Star Press) Trafione mamy pin 1... 2... 3! Edgar Dickinson wygrywa po bardzo wyrównanej, fizycznej walce, kończąc ją jednym perfekcyjnie wykonanym finishem.

Obaj zawodnicy leżą wyczerpani na macie, pojedynek kosztował ich tak wiele, że nawet jego zwycięzca nie ma siły od razu wstać i świętować, a jedynie kładzie się na plecach oddycha ciężko. Publiczność wiwatuje, jest absolutnie zachwycona widowiskiem, które mogła oglądać. Nagle jednak reakcja się zmienia. Na krótką chwilę na jakby wszystkich zmroził strach, trybuny umilkły, kiedy Tony Leone pojawił się na rampie. Don wychodzi sam, uśmiechnięty jak zawsze, z rękami założonymi za plecami. Naprawdę powolnym krokiem zmierza w kierunku ringu, a LPW Universe w końcu się budzi i zaczyna buczeć. To alarmuje zawodników w ringu, zmuszają się, żeby dźwignąć się z maty. Pomagają sobie wstać i podtrzymują się, bo ledwo stoją. Czekają na przybycie do ringu Włocha, spodziewając się ataku. Il Padrino korzysta ze schodów, wchodzi do ringu i ustawia się dokładnie przed Hallowayem i Dickinsonem, jednak nie podchodzi blisko. Leone uśmiecha się do nich czule, głęboko wzdycha i uspokaja gestem dłoni. Daje znać, że nie zamierza się nawet do nich zbliżyć i macha w kierunku strefy technicznej, prosząc o mikrofon. Nagle jednak zza przez barierki przeskakują Vizzini oraz Sacrale i błyskawicznie wślizgują się do ringu. Derek i Edgar nie mają najmniejszych szans na reakcję, zbyt mocno skupili się na Donie. Poeta odwraca się w ich stronę jako pierwszy i na dzień dobry inkasuje Luparę! Irlandczyk pada jak rażony piorunem, co wywołuje jeszcze większe zaskoczenie na twarzy wolniejszego Poszukiwacza Prawdy. Ten z kolei otrzymuje Discus Forearm od Vincenzo, po którym Enzo przechwytuje go na barki i dokłada Blackbird Falls! Angelo Della Morte już wskakuje na narożnik i wykonuje Divine Departure na byłym mistrzu Eternal! To jednak absolutnie nie oznacza końca problemów uczestników walki wieczoru. Sacrale zaczyna okopywać Dereka, zaś Vincenzo łapie Edgara w partnerze i zaczyna się nad nim znęcać. Halloway i Dickinson już w zasadzie nie reagują, ale to wciąż za mało. Tony gestem nakazuje przytrzymać Irlandczyka. Consigliere wraz z Capo podnoszą go, usatawiają w pozycji półsiedzącej, a i tak muszę go podtrzymywać, aby nie upadł. Tony robi pierwszy krok rozbiegu w kierunku lin, kiedy nagle uderza Bodies! Mike Brutal wbiega na rampę i pędzi prosto do ringu. Zaciśnięte zęby i pięści jasno dają do zrozumienia, że negocjacji nie będzie. The Outfit puszcza Poetę, a ten bezwładnie pada na matę. King of Hardcore od razu wślizguje się do ringu, zrywa się na równe nogi i natychmiast rzuca się na Leone! Jednak nic z tego! Tuż przed zadaniem ciosu Enzo wyłania się zza swojego Dona i przechwytuje Amerykanina. The Godfather nawet nie drgnął, nie mrugnął, a uśmiech nie znikł z jego twarzy. W mgnieniu oka do zawodnika z Messiny dołącza zawodnik z Katanii i wspólnymi siłami sprawnie pacyfikują Extremaniaca, lecz go nie biją. Trzymają go krótko, na kolanach i mimo, że Brutal próbuje się szarpać to tylko pogarsza tym swoją sytuację. Dopiero teraz Don opuszcza ring, aby zajrzeć pod niego i wyciągnąć łom. Leone przez chwilę z ekscytacją przygląda się broni, a następnie zabiera mikrofon ze strefy technicznej. Z tak skompletowanym zestawem wraca do ringu, zatrzymuje się tuż przed Concrete Saintem i jeszcze raz z ekscytacją wpatruje się w łom. Unosi łom, spogląda ofierze głęboko w oczy... i rzuca narzędzie pod jego nogi. Publika natychmiast milknie, a Don nachyla się do Brutala.

Tony Leone: *spokojnie, z autentyczną troską w głosie, niemalże szeptem* Mike... pozwól, że oszczędzę nam obu fatygi podtrzymywania tej osobliwej mistyfikacji. Doprawdy nikt już nie daje się zwieść. Ani publiczność, ani Twoi przeciwnicy, ani - co z całą pewnością najbardziej Cię frustruje - Ty sam. W głębi duszy doskonale wiesz kim jesteś. I żadna ilość dobrych intencji, żadna deklaracja przemiany nie wymaże tego, co stanowi istotę Twojego charakteru. *Leone zerka na łom* Twoim nieszczęściem nie jest natura, z którą przyszedłeś na świat. Jest nim Twoja uporczywa, niemal tragiczna ambicja, by się jej wyprzeć. Spójrz na owoce swoich wysiłków, Mike. Zamiast zyskać szacunek, gromadzisz rozczarowanie. Zamiast budować reputację, pozwalasz, by inni coraz śmielej kwestionowali Twoją wartość. Powiedz mi zatem... jak długo zamierzasz jeszcze prowadzić tę jałową wojnę przeciwko samemu sobie? *Leone poprawia chustę na czole Brutala, po czym cofa dłoń* Nie jesteśmy tutaj po to, by rozpamiętywać dawne niesnaski. Nie po to, by żądać od Ciebie pokuty. Przychodzę do Ciebie z propozycją nie do odrzucenia. Propozycją, której nie należy mylić z jałmużną. Ofiarowuję Ci możliwość odzyskania tego, co roztrwoniłeś - reputacji, sprawczości i miejsca, które niegdyś zajmowałeś w hierarchii na zapleczu i świadomości widzów. *Leone wskazuje na leżący łom* Edgar i Derek wciąż pozostają na Twojej drodze, ograniczają Cię, jak kajdany. Obaj mają swoje ambicje, swoje urojenia, swoje przekonania jak powinien wyglądać ten świat. Ty zaś masz przed sobą sposobność, by raz jeszcze przypomnieć im, że wiat nie zawsze podporządkowuje się słowom, teoriom czy literackim fantazjom. Czasem wystarczy zdecydowanie, by przywrócić rzeczom właściwy porządek.

Leone skinieniem wydaje rozkaz puszczenia Brutala i dokładnie to się dzieje. Extremaniac chyba jest w takim samym szoku jak widownia, bo pozostaje jeszcze na kolanach, podpierając się rękami o matę, przez co nie widzimy jego twarzy. The Outfit przechodzi dalej, ustawia się przed leżącymi Hallowayem i Dickinsonem, bokiem do Extremely Mad Doga. Widzimy obrazek, w którym z lewej strony ringu tuż przed łomem klęczy Brutal. Dalej stoi The Outfit - Don w środku, jego prawa ręka z prawej strony, z drugiej zaś Capo. Przed nimi leżą uczestnicy walki wieczoru.

Tony Leone: Podnieś ten łom, Mike. Nie traktuj tego jako kapitulacji przed własnymi słabościami. Potraktuj to jako pojednanie z samym sobą. Dokończ dzieła, które od tak dawna próbujesz stłumić. Pozwól, by Twoje czyny ponownie przemówiły tam, gdzie słowa okazały się bezsilne. A ja dopilnuje, by ten wieczór nie przeszedł bez echa. Nie oczekuję wdzięczności. Wdzięczność jest walutą ludzi, którzy nie potrafią odwdzięczyć się w inny sposób. Oczekuję jedynie, że rozpoznasz wartość przedstawionej Ci propozycji. Nie każdy otrzymuje ode mnie sposobność naprawienia swoich błędów. Nie każ mi żałować, że postanowiłem wyciągnąć do Ciebie rękę.

Mike przez dłuższą chwilę wpatruje się w leżący przed nim łom. Powoli podnosi głowę i spogląda na Hallowaya, a następnie na Dickinsona. Zaciska zęby. Widać, jak bardzo walczy sam ze sobą. W końcu chwyta metalowy przedmiot i wstaje. Brutal podchodzi do Dereka, staje nad nim i unosi łom. Przez kilka sekund wygląda, jakby rzeczywiście zamierzał spełnić życzenie Tony'ego. Jego dłonie drżą, a z trybun rozlegają się głośne gwizdy. King of Hardcore opuszcza broń, kopie w narożnik i uderza się pięścią w głowę, wyraźnie wściekły na samego siebie. Nagle odwraca się w stronę Sacrale i z całej siły uderza go łomem w żebra! Włoch zgina się wpół, ale Brutal nie daje mu chwili wytchnienia, raz po raz opuszczając łom na jego korpus! Leone i Vizzini błyskawicznie wycofują się z ringu, nie chcąc mieć do czynienia z maniakiem z bronią (która sami mu podarowali). Enzo odtacza się do lin, a reszta Włochów stojąca poza ringiem chwytają za ręce swojego kompana - łapią Enzo za ręce i nogi, po czym na siłę wyciągają go spod lin.  Sacrale jest wręcz bezwładny i nie potrafi samodzielnie się podnieść. The Outfit zabiera go ze sobą, pospiesznie wycofując się w stronę rampy. South Philly Scumbag nie rusza za nimi. Stoi na środku ringu z łomem w dłoni, gotowy na kolejną konfrontację, gdyby któryś z nich odważył się wrócić. Z trybun dobiega potężny cheer. Mike odrzuca łom na bok, po czym podchodzi do leżących Hallowaya i Dickinsona. Przez chwilę patrzy na nich w milczeniu, a następnie podnosi mikrofon.

Mike F'N Brutal: Hey, motherfuckers! Myślicie, że możecie mi wmawiać kim mam być?! Że możecie mi wskazywać kogo mam nienawidzić i komu mam rozwalić łeb na kwaśne jabłko?! Tony, możesz sobie wsadzać te swoje pierdolone propozycje w dupę! A teraz posłuchajcie mnie uważnie! Moje błedy są moje! Moje porażki są moje! I nie potrzebuję żadnego z was, żeby decydować co z nimi zrobię! Mam dość tego, że ludzie płacą za moje błędy. Mam dość tego, że kiedy tracę kontrolę cierpią ci, którzy na to nie zasłużyli. Nikt więcej nie będzie wykorzystywał mnie do załatwiania swoich porachunków!

Publiczność ponownie wybucha głośnym aplauzem. Brutal na moment opuszcza mikrofon, spogląda po trybunach i kiwa głową z dumą i uznaniem na twarzy, jakby dopiero teraz docierało do niego, że ludzie naprawdę stoją po jego stronie.

Mike F'N Brutal: Spójrzcie tylko na to! Możecie mieć swoich pachołków na ulicach, możecie trząść interesami w Little Italy czy na jakimś pierdolonym Giovanni Street. Ale nigdy nie zbierzecie takiej armii Extrememaniaków jak ta, która stoi dziś za mną! *mocny cheer od publiki* Enzo, właśnie się przekonałeś, co się dzieje, kiedy próbujesz mnie kontrolować. A ty, Vincenzo... nie będziesz wiecznie chował się za swoim tatuśkiem! Danse Macabre. Ty i ja. Philadelphia Trick or Treat Street Fight Match! Żadnych wymówek, żadnego wysyłania pachołków do brudnej roboty. Chciałeś zobaczyć starego Brutala? To go dostaniesz! Ale tym razem będę walczył na własnych zasadach. I rozjebię cię tak, że twój sugar daddy będzie musiał zbierać cię z podłogi! Sprawiliście, że lokomotywa ruszyła! The Extreme Train is coming through! Get the fuck off the tracks!

Brutal rzuca mikrofon na matę. Z głośników wybrzmiewa „Bodies”, a hala wypełnia się głośnym aplauzem. Mike wspina się na narożnik i unosi pięść, przyjmując reakcję publiczności. Po raz pierwszy od dawna nie wygląda jak człowiek walczący z całym światem. Wygląda jak ktoś, kto wreszcie sam zdecydował, po której stronie chce stać.
Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.10.2026, 21:35 przez Jakub.

Ben Zamora
Streak: 3/0/1
Last Match: lost vs Kenneth Riddle (Last Man Standing)

James Wallace
Streak: 4/0/1
Last Match: win vs WRECKD via Pinfall

Vincenzo Vizzini
Streak: 3/0/3
Last Match: lost vs Mike F'N Brutal via Pinfall

Elias Shadow
Streak: 2/0/11
Last Match: lost vs Jean-Pierre Dolnick (Battle Royal)
Odpowiedz
Cytuj
Jakub
Moderatorzy
18.10.2026, 21:35 #2
Void in Blue na arenie! Soczyste gwizdy oraz buczenie witają LPW World Championa. Po kilku sekundach na rampie zjawia się on, mistrz, wielki człowiek... Jose Lopez! Ubrany jest już w swój strój do walki. Hiszpan z pasem na ramieniu spogląda na reakcję fanów, która przyprawia go o lekki uśmiech. Jose spokojnym krokiem zmierza w kierunku ringu, przed wejściem do niego odbiera mikrofon i ostatecznie z gracją wchodzi po schodkach do kwadratowego pierścienia. Lopezzo chwilę stoi przysłuchując się wszystkiemu, mając ten swój lekki, nonszalancki uśmieszek. Gdy fani przestają chociaż trochę buczeć, wtedy Jose zabiera głos.

Jose Lopez: Jeśli ktokolwiek łudził się, że schowam głowę w piasek po tym, co wydarzyło się w domu u pewnej jakże zarozumiałej staruszki.. to jest naprawdę naiwny. *wredny uśmiech* Jest tak samo naiwny jak Blaze i jego rodzicielka. *ogromne buczenie* Naprawdę wierzycie, że wpadłem w pułapkę i wszystko poszło zgodnie z ich planem? Co za bzdura! Osiągnąłem to, czego CHCIAŁEM, wyjawiając... tajemnicę poliszynela? *uśmiecha się, jednocześnie będąc poirytowanym* Czekałem na odpowiedni moment i ten moment dostałem, a bardziej... sam sobie go zorganizowałem. KTO byłby lepszym kandydatem do usłyszenia, że zamierzam skrzywdzić mu bliską osobę i robiłem to przez cały ten czas niż matka Axela? *heat* Może udawać... tak jak jej synalek, uwielbiają zakładać maski i grać twardzieli, to nic nie zmienia! W głębi musiało ją to ruszyć! Będzie o tym rozmyślała i miała to z tyłu głowy, a Blaze? Widziałem to w jego oczach... widziałem tę iskierkę nienawiści, którą rozpalałem wielokrotnie. Nasz taniec na Danse Macabre będzie niesamowity... *gada to wręcz obsesyjnym tonem* Możecie uważać to wszystko, co robię za złe... za absolutnie zepsute i niemoralne. MACIE RACJĘ. Jestem z siebie CHOLERNIE dumny! *heat* Jeśli to dla was było maksimum, to wiedzcie, że to dopiero początek. *wredny uśmiech* Dla swoich marzeń nadal będę czynił, co uznam za stosowne, a każdy pokonany przeze mnie rywal, którego tymi okropnościami raczyłem... będzie mi kibicował, by jego przelana krew nie poszła na marne! *ogromne buczenie, Jose patrzy się z szaleństwem w oczach* Zatem czas na ostatni przystanek przed prawdziwą wojną, nie czekajmy dłużej!

Lopez podchodzi do lin i oddaje mikrofon oraz pas mistrzowski pracownikom. Zaczyna się rozgrzewać przed walką, do której tutaj zaraz dojdzie. Zapraszamy na reklamy.

REKLAMY

Tag Team Match
Jose Lopez & Derrick Mantel vs Axel Blaze & Maxwell Ransom

Końcówka pojedynku. Derrick Mantel trzyma Maxwella Ransoma w narożniku swojej drużyny i dobija go krótkimi ciosami w korpus, po czym zmienia się z Jose Lopezem. Hiszpan wchodzi do ringu, a obaj przez moment pracują razem - Mantel przytrzymuje rywala, Lopez trafia Running Corner Clothesline'em i dopiero wtedy sędzia odsyła Derricka na apron. Ransom wychodzi z narożnika chwiejnym krokiem, ale gdy Lopez próbuje dołożyć Swinging Neckbreaker, Maxwell odpycha go od siebie i odpowiada Running Lariatem! Obaj padają na matę. Przez kilka sekund nikt nie jest w stanie wstać, a partnerzy wyciągają ręce ze swoich narożników. Lopez łapie Maxwella za nogę, próbując zatrzymać go przed zmianą, lecz Big Handsome Man obraca się i odpycha Hiszpana drugim butem. Skok do narożnika - HOT TAG! Axel Blaze wpada do ringu! Lopez również próbuje zmiany, ale jest o moment za wolny. Running Clothesline od Axela! Jose podnosi się - Bicycle Knee! Lopez zatacza się do narożnika, a Blaze rusza za nim i dokłada mocny Corner Clothesline. Wyciąga rywala na środek, próbuje Ushigoroshi, lecz Spanish Star zaczyna uderzać łokciem w bok głowy i zsuwa się za jego plecy. Axel odwraca się - La Patada de Las Palmas! Flying Chuck Kick trafia czysto i Blaze pada na jedno kolano. Lopez natychmiast rusza po Shining Wizard, jednak Axel w ostatniej chwili odchyla głowę! Jose przelatuje obok, a Blaze łapie go od tyłu i próbuje Reverse Alabama Slamu. Hiszpan szarpie się i zsuwa z uchwytu, po czym błyskawicznie kieruje się do swojego narożnika. Zmiana! Mantel wchodzi do środka i od razu rzuca się na Axela z Discus Lariatem, ale Blaze schyla się pod ramieniem. Derrick obraca się - Facebreaker Knee! Mantel cofa się kilka kroków, lecz nie pada. Axel próbuje pójść za ciosem, ale Ego Top odpowiada Spin Kickiem w brzuch i natychmiast dorzuca DDT! Ransom wyciąga rękę po zmianę, jednak Lopez zeskakuje z apronu i rusza w jego stronę. Maxwell również schodzi na podłogę i obaj zaczynają się przepychać przy barierkach. Sędzia wychyla się przez liny i krzyczy, żeby wracali do swoich narożników, lecz konflikt szybko przeradza się w wymianę Forearmów. W ringu Mantel wykorzystuje zamieszanie i próbuje zaskoczyć Axela Running Knee, ale Blaze odsuwa się w bok! Derrick wpada na liny, odbija się od nich i wraca prosto na Powerslam! Axel podnosi się jednak bardzo powoli i zamiast od razu kontynuować ofensywę, opiera się na jednym kolanie, łapiąc oddech. Tymczasem poza ringiem Ransom odpycha Lopeza w apron i wraca do swojego narożnika. Mantel widzi sytuację, podnosi się i rusza w stronę lin, podczas gdy Blaze również wraca do stójki. Mamy unik i zmianę z Ransomem! Maksiu powala Clotheslinem Mantela... Jednak jego, oraz sędziego uwagę odwraca Lopez, który czai się za Blazem i chce go zaatakować! Sędzia jednak patrzy w jego kierunku i zaczyna się z nim kłócić. Całe to zamieszanie wykorzystuje Derrick, wytaczając się z ringu po krzesełko... I atakując nim Maxwella... Unik! ALE SĘDZIA DOSTAJE W PLECY! I pada jak rażony piorunem! Ex-Wilgotniak od razu kopie rywala w brzuch, wynosi go na barki i wykonuje Torn Picture! Rozgląda się dookoła... I rozstawia stalowe krzesełko w centrum ringu! Ponownie podnosi przeciwnika do góry, jednak ten jakimś cudem uwalnia się z uchwytu i ostatkiem sił doskakuje po zmianę z Lopezem! Hiszpan szarżuje na Ransoma, ale ten unika... Fade to Black na krzesełko! Blaze jakimś cudem wtargnął do ringu by wspomóc swojego partnera! Axel wyrzuca nielegalny przedmiot z ringu i próbuje przywrócić do życia sędziego, a Ransom dokłada jeszcze Wolf Inside! Mamy pin! Sędzia w końcu doczołgał się do zawodników! Ale liczy bardzo powoli! 1... 2... 3... Tak jest! Koniec walki!

Ransom jeszcze przez chwilę nie przerywa pinu, tak jakby nie wierzył, że to możliwe, żeby odliczył MISTRZA LPW, ale Blaze z uśmiechem na twarzy podbiega do niego i pomaga mu wstać. Następnie z dumą kładzie rękę na jego ramieniu i mówi, że trzeba było dać mu się ostatnio wypowiedzieć do końca, a nie mówić, żeby nie odpowiadał. Maxwell wyraźnie nie wie co powiedzieć, ani co ze sobą zrobić, za to Axel wręcz przeciwnie. Staje obok partnera i unosi jego rękę w geście triumfu, a drugą ręką zachęca publiczność do jeszcze bardziej żywiołowej reakcji. Fani z jednej strony hali przeciągle skandują "MAXWEEEEEEEELL!", zaś druga strona odpowiada szybkim i rytmicznym okrzykiem "Axel Blaze!". Ex-Wilgotniak buduje się coraz bardziej z każdą kolejną chwilą, nawet jakby bardziej wyprostował swoją posturę i wypiął klatę. W końcu Mr. Forever przyjaźnie lekko popycha go w stronę wyjścia, jakby chciał oddać mu spotlight, a sam wytacza się z ringu. Maxwell jeszcze przez chwilę żegna się z widzami i powoli udaje się na zaplecze, ale Blaze wraca do ringu z mikrofonem w ręku. Na jego twarzy nie ma śladu po uśmiechu. Zgarnia stojące w ringu krzesełko, rozstawia je nad leżącym środku ringu Lopezem, oparciem na wysokości jego szyi. Były mistrz siada na krześle okrakiem, opierając ręce na oparciu. Blaze przenosi ciężar ciała do przodu, opierając go jeszcze bardziej na oparciu. Wychyla się i patrzy w dół - prosto w oczy swojego rywala, jednocześnie jeszcze bardziej dociskając go krzesłem do maty. Teraz publiczność żwawo skanduje "Blaze! Blaze! Blaze!", przyspieszając coraz bardziej z każdym kolejnym okrzykiem. Przez kilka sekund Real Rock'n'Roller przygląda się Lopezowi,  pozwala trybunom dokończyć. W końcu zaczyna z pogardą szturchać mistrza nogą, aby ten się ocknął. Zawodnik z Wysp Kanaryjskich powoli otwiera oczy, ale mimo wszystko nie ma szans na ucieczkę.

Axel Blaze: Posłuchaj mnie uważnie, Lopez, bo nie będę dwa razy powtarzać. Po pierwsze - nigdy nie waż się przeklinać przy mojej matce! *cheer* A po drugie... ostatnie tygodnie były dla Ciebie tak spokojne tylko dlatego, że taki dostałem odgórny przykaz. I co do jednego muszę Ci przyznać rację. Mój spokój był totaaaaaaaaalnie udawany. I nawet nie zdajesz sobie sprawy jak cholernie trudno było się powstrzymać przed skopaniem Ci dupska. Zrobiłem to tylko i wyłącznie dlatego, że wiedziałem, że Ty się nie zatrzymasz. Zabrniesz za daleko i popełnisz błąd. I dokładnie to zrobiłeś u mojej matki! *Blaze obficie spluwa w twarz Lopeza* Ale teraz wszystko się zmienia, KURWO! *WHOA!* Przestań się tak dziwić, przecież sam tego chciałeś! Chciałeś potwora?! Dostaniesz potwora! Myślałeś, że jak zabierzesz mi pas to zabierzesz mi wszystko?! Myślałeś, że kiedy upokorzysz mnie przed całym światem to już nigdy się nie podniosę?! NIE MA, KURWA, OPCJI! *cheer* Jestem z Teksasu! Dorastałem w przekonaniu, że kiedy życie rzuca Cię na kolana, wstajesz, otrzepujesz kurz i idziesz dalej! A jeśli ktoś próbuje podpalić Ci dom, nie stoisz na ganku i nie pytasz po co przyniósł zapałki! Chwytasz skurwiela za fraki i robisz z niego przynętę na sępy!

Axel zatrzymuje się, oddycha coraz ciężej i cały czas patrzy na Lopeza z pogardą. Publiczność wykorzystuje przerwę, żeby okazać swoje wsparcie i rytmicznie ryczą "Blaze! Blaze! Blaze!". Z czasem były mistrz się uspokaja i wyrównuje oddech, a kiedy znowu zbliża mikrofon do ust fani momentalnie milkną.

Axel Blaze: W niedzielę zabieram Cię na przejażdżkę w jedną stronę autostradą do piekła. I gwarantuję, że nie wrócisz z tej podróży taki sam. Każda pierdolona sekunda będzie męczarnią. Będziesz błagał o litość, kiedy będziesz klepał. Zapłacisz za wszystko co zrobiłeś. I obiecuję Ci, że poznasz ból, o którym do tej pory nie miałeś pojęcia. Dopilnuję tego, choćbym miał tam skonać!

Blaze odrzuca mikrofon, a publiczność dosłownie eksploduje. Słyszymy "I gotsa get paid", a obraz z kamery powoli gaśnie.

Kamera przenosi nas ponownie do sierocińca, który odwiedził dziś River i widzimy, że biegnie on pomiędzy korytarzami, po chwili zbiega na dół, gdzie widzimy jakieś pozamykane sale, jakąś stołówkę i teraz na końcu korytarza ukazują nam się otwarte drzwi, możemy dostrzec tam nawet jakąś postać, która siedzi przy biurku. River powoli podchodzi bliżej, a my słyszymy każdy jego oddech i każdy krok. W końcu mamy już pewność. W otwartym gabinecie czeka Dr Kline. “Montana Kid” rozgląda się woķół nerwowo, a następnie wchodzi do środka i ma zamiar coś powiedzieć, ale to Kline zabiera głos.

Dr Victor Kline: Wiedziałem, że przyjdziesz. I zanim zaczniesz sobie wmawiać, że właśnie udowodniłeś mi swoją odwagę... nie. Nie chodzi o to, że wróciłeś tutaj z własnej woli. Zrobiłeś to już wcześniej. Właśnie dlatego wiedziałem, że wystarczy tak niewiele.<Kline powoli podnosi się zza biurka. > Pierwsza wizyta była twoją decyzją. Chciałeś spojrzeć przeszłości w twarz. Chciałeś udowodnić sobie, że potrafisz wejść do tego budynku, a wychodząc z niego pogodzić się z tym wszystkim co było.<Doktor robi kilka spokojnych kroków w stronę Rivera> Ale potem wystarczyła jedna koperta. Kilka zdań. Sugestia, że coś dzieje się właśnie tutaj. I przybiegłeś. Widzisz różnicę? Za pierwszym razem to Ty wybrałeś miejsce. Tym razem to miejsce wybrało Ciebie.

River robi krok w stronę doktora

River: Gdzie on jest?

Uśmiech Kline’a staje się jeszcze wyraźniejszy.

Dr Victor Kline: Doskonale.

Doktor spogląda gdzieś ponad ramieniem Rivera.

Dr Victor Kline: Silas.

Z ciemności jednego z bocznych pomieszczeń wyłania się The Uncured. Najpierw widzimy jedynie jego potężną sylwetkę, później charakterystyczną maskę. Crowe zatrzymuje się w przejściu, pozostając całkowicie nieruchomo. Waters odruchowo ustawia się tak, aby mieć w zasięgu wzroku zarówno doktora, jak i jego podopiecznego.

Dr Victor Kline: Spokojnie. Gdybym chciał, żeby cię zaatakował, ta rozmowa nie miałaby miejsca. Nie interesuje mnie fakt, że potrafisz tutaj wejść. To już wiem. Interesuje mnie to, dlaczego wystarczyła myśl, że my tu jesteśmy, żeby wszystko inne natychmiast przestało mieć znaczenie. <Kline przygląda się Riverowi przez dłuższą chwilę.> Powiedziałeś tym dzieciom, że nie chodzi o uciekanie przed lękiem. Że trzeba go zrozumieć i nauczyć się z nim walczyć. Piękne słowa. Teraz przekonamy się, czy nadal w nie wierzysz, kiedy twoje największe lęki stoją z tobą w jednym pomieszczeniu. Wróciłeś tutaj, aby odzyskać kawałek siebie, ale czy jesteś na to tak naprawdę gotowy?

Doktor milknie. Ani on, ani Silas nie zamierzają opuszczać pomieszczenia.

River: *spogląda raz na Kline’a, raz na Silasa” Widzisz, to co wmawiam tym dzieciakom, Viktorze…to coś, co Tobie powinien ktoś powiedzieć bardzo dawno temu. Widzę, że moja natura, moje zachowanie niezwykle Cię intryguje. Ciągle zadajesz mi pytania, a co jeśli na chwilę odwrócimy role i to ja zadam Ci pytanie? Bo widzisz, ja nie jestem kolejnym Twoim eksperymentem. Chciałbyś żebym był, ale nie jestem. Ja i Silas rywalizujemy w LPW, gdzie jesteśmy WRESTLERAMI. Wiem, że dla Ciebie to wszystko tylko gra, ale ja naprawdę skupiam się na swojej karierze i może właśnie dlatego tak bardzo interesuje mnie co robi mój rywal. *patrzy z niesmakiem na Silasa* A skoro on nie potrafi się komunikować, to cóż…została mi gra z Tobą. Nie wiem jednak czego dalej nie zrozumiałeś, bo wszystko masz podane jak na tacy. Tak, byłem człowiekiem, który budował swoją “legendę” na sztucznym wytworze. Tak, zostałem zraniony. To co mi zrobiliście również mnie zabolało, ale skoro postanawiam się odsłonić, to naprawdę myślisz, że te gierki psychologiczne zrobią na mnie wrażenie? Naprawdę myślisz, że wszyscy są tak prosto zaprogramowani? *uśmiecha się lekko* Viktorze, to co dla Ciebie jest fascynującym obiektem badań, dla mnie od dawna jest codziennością. Nie przestraszysz mnie Silasem, bo ja sypiam z gorszymi rzeczami od lat. *mierzy wzrokiem Crowe’a, następnie gwałtownie obraca się do Kline’a* Przestań wmawiać sobie, że jesteś doktorem, bo tak naprawdę jesteś nadal tym małym człowiekiem, który z pewnością kiedyś obudził się z wrzaskiem z podobnego snu, powiedz mi…kim jest twój Errol? Czym jest twoje Golden Gate? Tak bardzo starasz się przeanalizować mój umysł, że zapominasz o tym, że w Twoim wciąż tkwi dziecko, które musiało ulepić sobie potwora z błota i cudzego cierpienia *znowu mierzy Silasa wzrokiem*, by móc w ogóle stanąć naprzeciw MNIE.

Kline przez kilka sekund nie odpowiada. Na jego twarzy powoli pojawia się uśmiech, wygląda jakby River właśnie powiedział dokładnie to, na co doktor czekał. Victor zerka w stronę Silasa, a następnie ponownie na swojego rozmówcę.

Dr Victor Kline: Widzisz, Silas? Właśnie dlatego jest interesujący.<Crowe nie reaguje. Kline robi jeszcze jeden krok w stronę Rivera.> Nie. Nie jesteś kolejnym eksperymentem. Gdybyś nim był, prawdopodobnie już dawno byś mnie znudził. Eksperyment ma określone warunki, zmienne, przewidywalne reakcje. Ty natomiast za każdym razem, kiedy wydaje mi się, że znam odpowiedź, zmieniasz pytanie. A teraz próbujesz zrobić ze mną dokładnie to, co ja robię z tobą. Chcesz znaleźć mojego Errola. Moje Golden Gate. Chcesz uwierzyć, że gdzieś pod garniturem, tytułem i wszystkimi tymi metodami siedzi przestraszone dziecko, które potrzebowało stworzyć sobie potwora, żeby poczuć się silne. <Kline spogląda na Silasa.> Piękna teoria. Tylko że popełniasz jeden błąd. Patrzysz na niego i widzisz moje dzieło. Ja patrzę na niego i widzę człowieka, którego złamano.<River na moment przenosi wzrok na Silasa.> Blackridge zrobiło to w sposób, którego prawdopodobnie nigdy nie zrozumiesz. Zniszczono człowieka którym był, kawałek po kawałku, aż zostało coś, czego nie potrafili już nazwać. Dlatego dostał numer.

Na te ostatnie słowa Silas bardzo powoli podnosi głowę.

Dr Victor Kline: A potem okazało się, że ich porażka to początek czegoś wielkiego. I właśnie dlatego ty jesteś tak cholernie interesujący. Bo świat zrobił z tobą coś bardzo podobnego. Jego złamało Blackridge. Ciebie złamał sierociniec. Ludzie, którzy odeszli. Ulica. Uzależnienie. Wszystkie te momenty, o których teraz potrafisz mówić z podniesioną głową. Obaj przeżyliście. Tylko zrobiliście to zupełnie inaczej. <Doktor spogląda na Crowe’a.> On uciekł w ciszę. Ty uciekłeś w legendę. Silas założył maskę na twarz. Ty nosiłeś swoją przez pół życia i kazałeś milionom ludzi nazywać się Madmanem. I teraz ją zdjąłeś. To właśnie mnie fascynuje, River. Nie to, czy jesteś słaby. Nie to, czy mogę cię przestraszyć. Chcę wiedzieć, co stanie się z człowiekiem, który po latach przestaje korzystać z mechanizmu, który pozwolił mu przetrwać. Bo być może masz rację. Być może River jest prawdziwy. Być może właśnie po raz pierwszy od lat stoisz przede mną bez żadnej maski. Ale wtedy pojawia się znacznie ciekawsze pytanie. Czy człowiek znajdujący się pod nią jest wystarczająco silny, żeby przeżyć to, co nadchodzi?

The Uncured zatrzymuje się obok doktora. Doktor sięga do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyciąga niewielką strzykawkę. River momentalnie napina całe ciało i robi krok do tyłu. Silas natychmiast rusza do przodu i jednym ruchem ogromnej dłoni chwyta Watersa, zatrzymując go w miejscu. River próbuje się wyrwać, ale Crowe nawet nie drgnie. Kline podchodzi spokojnie, jakby wszystko odbywało się dokładnie według planu.

Dr Victor Kline: Spokojnie, River. Powiedziałeś, że chcesz zrozumieć swoje lęki. Więc przestańmy o nich rozmawiać.

River ponownie próbuje się wyrwać, jednak Silas trzyma go bez najmniejszego problemu. Kline szybko podaje mu tajemniczy zastrzyk.Doktor cofa się o krok, a na jego twarzy pojawia się spokojny uśmiech

Dr Victor Kline: Kolejny etap terapii. Czas start,

River patrzy na niego z niedowierzaniem, próbując ponownie ruszyć w jego stronę, ale wtedy Silas odwraca głowę w stronę kamery. The Uncured podchodzi bezpośrednio do operatora, po czym jego ogromna dłoń całkowicie zasłania obiektyw. Obraz natychmiast znika.

Singles Match
Derek Halloway vs Edgar Dickinson

Końcówka pojedynku. Derek Halloway stoi przy linach i przez chwilę łapie oddech, podczas gdy Edgar Dickinson podnosi się po drugiej stronie ringu. Obaj są już wyraźnie zmęczeni, po chwili ruszają do zwarcia. Halloway szybko wykorzystuje przewagę siły, spycha rywala w stronę narożnika i wbija mu bark w brzuch. Edgar próbuje odpowiedzieć Forearmem, ale Derek przechwytuje go w pasie, odciąga od lin i wykonuje Belly-to-Belly Suplex! Dickinson ląduje na plecach, a The Truth Seeker przez moment pozostaje na jednym kolanie. Dopiero po chwili podnosi Edgara i próbuje Sidewalk Slamu, jednak The Poet zsuwa się za jego plecy. Forearm Smash w kark! Drugi! Halloway odwraca się i natychmiast odpowiada Big Bootem, ale Edgar odsuwa głowę w ostatniej chwili. Derek traci równowagę, a Dickinson wykorzystuje sytuację i trafia Dropkickiem w plecy, posyłając większego przeciwnika na liny. Edgar próbuje pójść za ciosem, lecz Halloway odwraca się i przechwytuje go przy kolejnej szarży. SAMOAN DROP! Obaj zostają na macie. W końcu były mistrz Eternal pierwszy wraca na nogi. Chwyta Dickinsona, ustawia go pod Powerbomb i wynosi, ale Crow Prince zaczyna uderzać go krótkimi Punchami w głowę. Halloway traci stabilność i musi puścić rywala. Edgar ląduje na nogach, ale Derek natychmiast próbuje Clothesline'u. Dickinson schyla się, odbija od lin i wraca z Powieścią!(Sling Blade) powala Hallowaya! Gdy Halloway wraca do stójki, Dickinson rusza z Plot Twist!(Rolling Elbow )trafia prosto w szczękę, ale Derek nie pada, tylko zatacza się kilka kroków. Edgar próbuje jeszcze Superkicku, jednak Halloway przechwytuje nogę, odpycha ją na bok i odpowiada STO! 1... 2... NIE! Dickinson podnosi bark. Derek nie traci czasu na protesty. Podnosi przeciwnika, zapina chwyt pod Pumphandle i szykuje Awakeing! Edgar zaczyna jednak walczyć jeszcze przed pełnym wyniesieniem, uderza łokciem w bok głowy i wyślizguje się z uchwytu. Halloway odwraca się DDT! Derek pada na matę, ale Edgar również potrzebuje chwili, zanim będzie w stanie ruszyć dalej. The Poet podnosi głowę, widzi leżącego przeciwnika i podejmuje decyzję. Powoli wspina się na narożnik. Halloway zaczyna się poruszać, lecz wciąż leży na plecach. Edgar stabilizuje pozycję, bierze głęboki oddech i skacze. THE END!(180-degree Shooting Star Press) Trafione mamy pin 1... 2... 3! Edgar Dickinson wygrywa po bardzo wyrównanej, fizycznej walce, kończąc ją jednym perfekcyjnie wykonanym finishem.

Obaj zawodnicy leżą wyczerpani na macie, pojedynek kosztował ich tak wiele, że nawet jego zwycięzca nie ma siły od razu wstać i świętować, a jedynie kładzie się na plecach oddycha ciężko. Publiczność wiwatuje, jest absolutnie zachwycona widowiskiem, które mogła oglądać. Nagle jednak reakcja się zmienia. Na krótką chwilę na jakby wszystkich zmroził strach, trybuny umilkły, kiedy Tony Leone pojawił się na rampie. Don wychodzi sam, uśmiechnięty jak zawsze, z rękami założonymi za plecami. Naprawdę powolnym krokiem zmierza w kierunku ringu, a LPW Universe w końcu się budzi i zaczyna buczeć. To alarmuje zawodników w ringu, zmuszają się, żeby dźwignąć się z maty. Pomagają sobie wstać i podtrzymują się, bo ledwo stoją. Czekają na przybycie do ringu Włocha, spodziewając się ataku. Il Padrino korzysta ze schodów, wchodzi do ringu i ustawia się dokładnie przed Hallowayem i Dickinsonem, jednak nie podchodzi blisko. Leone uśmiecha się do nich czule, głęboko wzdycha i uspokaja gestem dłoni. Daje znać, że nie zamierza się nawet do nich zbliżyć i macha w kierunku strefy technicznej, prosząc o mikrofon. Nagle jednak zza przez barierki przeskakują Vizzini oraz Sacrale i błyskawicznie wślizgują się do ringu. Derek i Edgar nie mają najmniejszych szans na reakcję, zbyt mocno skupili się na Donie. Poeta odwraca się w ich stronę jako pierwszy i na dzień dobry inkasuje Luparę! Irlandczyk pada jak rażony piorunem, co wywołuje jeszcze większe zaskoczenie na twarzy wolniejszego Poszukiwacza Prawdy. Ten z kolei otrzymuje Discus Forearm od Vincenzo, po którym Enzo przechwytuje go na barki i dokłada Blackbird Falls! Angelo Della Morte już wskakuje na narożnik i wykonuje Divine Departure na byłym mistrzu Eternal! To jednak absolutnie nie oznacza końca problemów uczestników walki wieczoru. Sacrale zaczyna okopywać Dereka, zaś Vincenzo łapie Edgara w partnerze i zaczyna się nad nim znęcać. Halloway i Dickinson już w zasadzie nie reagują, ale to wciąż za mało. Tony gestem nakazuje przytrzymać Irlandczyka. Consigliere wraz z Capo podnoszą go, usatawiają w pozycji półsiedzącej, a i tak muszę go podtrzymywać, aby nie upadł. Tony robi pierwszy krok rozbiegu w kierunku lin, kiedy nagle uderza Bodies! Mike Brutal wbiega na rampę i pędzi prosto do ringu. Zaciśnięte zęby i pięści jasno dają do zrozumienia, że negocjacji nie będzie. The Outfit puszcza Poetę, a ten bezwładnie pada na matę. King of Hardcore od razu wślizguje się do ringu, zrywa się na równe nogi i natychmiast rzuca się na Leone! Jednak nic z tego! Tuż przed zadaniem ciosu Enzo wyłania się zza swojego Dona i przechwytuje Amerykanina. The Godfather nawet nie drgnął, nie mrugnął, a uśmiech nie znikł z jego twarzy. W mgnieniu oka do zawodnika z Messiny dołącza zawodnik z Katanii i wspólnymi siłami sprawnie pacyfikują Extremaniaca, lecz go nie biją. Trzymają go krótko, na kolanach i mimo, że Brutal próbuje się szarpać to tylko pogarsza tym swoją sytuację. Dopiero teraz Don opuszcza ring, aby zajrzeć pod niego i wyciągnąć łom. Leone przez chwilę z ekscytacją przygląda się broni, a następnie zabiera mikrofon ze strefy technicznej. Z tak skompletowanym zestawem wraca do ringu, zatrzymuje się tuż przed Concrete Saintem i jeszcze raz z ekscytacją wpatruje się w łom. Unosi łom, spogląda ofierze głęboko w oczy... i rzuca narzędzie pod jego nogi. Publika natychmiast milknie, a Don nachyla się do Brutala.

Tony Leone: *spokojnie, z autentyczną troską w głosie, niemalże szeptem* Mike... pozwól, że oszczędzę nam obu fatygi podtrzymywania tej osobliwej mistyfikacji. Doprawdy nikt już nie daje się zwieść. Ani publiczność, ani Twoi przeciwnicy, ani - co z całą pewnością najbardziej Cię frustruje - Ty sam. W głębi duszy doskonale wiesz kim jesteś. I żadna ilość dobrych intencji, żadna deklaracja przemiany nie wymaże tego, co stanowi istotę Twojego charakteru. *Leone zerka na łom* Twoim nieszczęściem nie jest natura, z którą przyszedłeś na świat. Jest nim Twoja uporczywa, niemal tragiczna ambicja, by się jej wyprzeć. Spójrz na owoce swoich wysiłków, Mike. Zamiast zyskać szacunek, gromadzisz rozczarowanie. Zamiast budować reputację, pozwalasz, by inni coraz śmielej kwestionowali Twoją wartość. Powiedz mi zatem... jak długo zamierzasz jeszcze prowadzić tę jałową wojnę przeciwko samemu sobie? *Leone poprawia chustę na czole Brutala, po czym cofa dłoń* Nie jesteśmy tutaj po to, by rozpamiętywać dawne niesnaski. Nie po to, by żądać od Ciebie pokuty. Przychodzę do Ciebie z propozycją nie do odrzucenia. Propozycją, której nie należy mylić z jałmużną. Ofiarowuję Ci możliwość odzyskania tego, co roztrwoniłeś - reputacji, sprawczości i miejsca, które niegdyś zajmowałeś w hierarchii na zapleczu i świadomości widzów. *Leone wskazuje na leżący łom* Edgar i Derek wciąż pozostają na Twojej drodze, ograniczają Cię, jak kajdany. Obaj mają swoje ambicje, swoje urojenia, swoje przekonania jak powinien wyglądać ten świat. Ty zaś masz przed sobą sposobność, by raz jeszcze przypomnieć im, że wiat nie zawsze podporządkowuje się słowom, teoriom czy literackim fantazjom. Czasem wystarczy zdecydowanie, by przywrócić rzeczom właściwy porządek.

Leone skinieniem wydaje rozkaz puszczenia Brutala i dokładnie to się dzieje. Extremaniac chyba jest w takim samym szoku jak widownia, bo pozostaje jeszcze na kolanach, podpierając się rękami o matę, przez co nie widzimy jego twarzy. The Outfit przechodzi dalej, ustawia się przed leżącymi Hallowayem i Dickinsonem, bokiem do Extremely Mad Doga. Widzimy obrazek, w którym z lewej strony ringu tuż przed łomem klęczy Brutal. Dalej stoi The Outfit - Don w środku, jego prawa ręka z prawej strony, z drugiej zaś Capo. Przed nimi leżą uczestnicy walki wieczoru.

Tony Leone: Podnieś ten łom, Mike. Nie traktuj tego jako kapitulacji przed własnymi słabościami. Potraktuj to jako pojednanie z samym sobą. Dokończ dzieła, które od tak dawna próbujesz stłumić. Pozwól, by Twoje czyny ponownie przemówiły tam, gdzie słowa okazały się bezsilne. A ja dopilnuje, by ten wieczór nie przeszedł bez echa. Nie oczekuję wdzięczności. Wdzięczność jest walutą ludzi, którzy nie potrafią odwdzięczyć się w inny sposób. Oczekuję jedynie, że rozpoznasz wartość przedstawionej Ci propozycji. Nie każdy otrzymuje ode mnie sposobność naprawienia swoich błędów. Nie każ mi żałować, że postanowiłem wyciągnąć do Ciebie rękę.

Mike przez dłuższą chwilę wpatruje się w leżący przed nim łom. Powoli podnosi głowę i spogląda na Hallowaya, a następnie na Dickinsona. Zaciska zęby. Widać, jak bardzo walczy sam ze sobą. W końcu chwyta metalowy przedmiot i wstaje. Brutal podchodzi do Dereka, staje nad nim i unosi łom. Przez kilka sekund wygląda, jakby rzeczywiście zamierzał spełnić życzenie Tony'ego. Jego dłonie drżą, a z trybun rozlegają się głośne gwizdy. King of Hardcore opuszcza broń, kopie w narożnik i uderza się pięścią w głowę, wyraźnie wściekły na samego siebie. Nagle odwraca się w stronę Sacrale i z całej siły uderza go łomem w żebra! Włoch zgina się wpół, ale Brutal nie daje mu chwili wytchnienia, raz po raz opuszczając łom na jego korpus! Leone i Vizzini błyskawicznie wycofują się z ringu, nie chcąc mieć do czynienia z maniakiem z bronią (która sami mu podarowali). Enzo odtacza się do lin, a reszta Włochów stojąca poza ringiem chwytają za ręce swojego kompana - łapią Enzo za ręce i nogi, po czym na siłę wyciągają go spod lin.  Sacrale jest wręcz bezwładny i nie potrafi samodzielnie się podnieść. The Outfit zabiera go ze sobą, pospiesznie wycofując się w stronę rampy. South Philly Scumbag nie rusza za nimi. Stoi na środku ringu z łomem w dłoni, gotowy na kolejną konfrontację, gdyby któryś z nich odważył się wrócić. Z trybun dobiega potężny cheer. Mike odrzuca łom na bok, po czym podchodzi do leżących Hallowaya i Dickinsona. Przez chwilę patrzy na nich w milczeniu, a następnie podnosi mikrofon.

Mike F'N Brutal: Hey, motherfuckers! Myślicie, że możecie mi wmawiać kim mam być?! Że możecie mi wskazywać kogo mam nienawidzić i komu mam rozwalić łeb na kwaśne jabłko?! Tony, możesz sobie wsadzać te swoje pierdolone propozycje w dupę! A teraz posłuchajcie mnie uważnie! Moje błedy są moje! Moje porażki są moje! I nie potrzebuję żadnego z was, żeby decydować co z nimi zrobię! Mam dość tego, że ludzie płacą za moje błędy. Mam dość tego, że kiedy tracę kontrolę cierpią ci, którzy na to nie zasłużyli. Nikt więcej nie będzie wykorzystywał mnie do załatwiania swoich porachunków!

Publiczność ponownie wybucha głośnym aplauzem. Brutal na moment opuszcza mikrofon, spogląda po trybunach i kiwa głową z dumą i uznaniem na twarzy, jakby dopiero teraz docierało do niego, że ludzie naprawdę stoją po jego stronie.

Mike F'N Brutal: Spójrzcie tylko na to! Możecie mieć swoich pachołków na ulicach, możecie trząść interesami w Little Italy czy na jakimś pierdolonym Giovanni Street. Ale nigdy nie zbierzecie takiej armii Extrememaniaków jak ta, która stoi dziś za mną! *mocny cheer od publiki* Enzo, właśnie się przekonałeś, co się dzieje, kiedy próbujesz mnie kontrolować. A ty, Vincenzo... nie będziesz wiecznie chował się za swoim tatuśkiem! Danse Macabre. Ty i ja. Philadelphia Trick or Treat Street Fight Match! Żadnych wymówek, żadnego wysyłania pachołków do brudnej roboty. Chciałeś zobaczyć starego Brutala? To go dostaniesz! Ale tym razem będę walczył na własnych zasadach. I rozjebię cię tak, że twój sugar daddy będzie musiał zbierać cię z podłogi! Sprawiliście, że lokomotywa ruszyła! The Extreme Train is coming through! Get the fuck off the tracks!

Brutal rzuca mikrofon na matę. Z głośników wybrzmiewa „Bodies”, a hala wypełnia się głośnym aplauzem. Mike wspina się na narożnik i unosi pięść, przyjmując reakcję publiczności. Po raz pierwszy od dawna nie wygląda jak człowiek walczący z całym światem. Wygląda jak ktoś, kto wreszcie sam zdecydował, po której stronie chce stać.
Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.10.2026, 21:35 przez Jakub.

Ben Zamora
Streak: 3/0/1
Last Match: lost vs Kenneth Riddle (Last Man Standing)

James Wallace
Streak: 4/0/1
Last Match: win vs WRECKD via Pinfall

Vincenzo Vizzini
Streak: 3/0/3
Last Match: lost vs Mike F'N Brutal via Pinfall

Elias Shadow
Streak: 2/0/11
Last Match: lost vs Jean-Pierre Dolnick (Battle Royal)
Odpowiedz
Cytuj
19.10.2026, 19:40
#3
Pisanie tego segmentu to było przyjemność, duża tego zasługa to właśnie to, jakie Remik mi dał pole do popisu i jak zmusił mnie wręcz, żebym utrzymywał poziom opisów. Super to jest rozpisane z jego strony i przyjemnie mi się wlazło we wspólne budowanie tego segmentu. Bardzo to filmowe wyszło i jestem zadowolony z całości, z perfidności Lopeza, ze spokoju mamuśki, która bardzo porządnie jest rozpisana. No myślę, że to ogólnie jest mocny początek gali, aczkolwiek nie zdziwię się, jeśli ktoś się przyczepi o motyw broni czy coś.

Debata to fajna rzecz przy tylu wrestlerach, wystarczy się tutaj jak RVD nie zachowywać i będzie dobrze. Aldis dobrze to rozpoczyna, do niego to raczej nie ma się co czepiać. Tony sprytnie, bardzo sprytnie, to jest takie fałszywe z jego strony, a on tak dobrze gra, że przecież w sumie to wszystko jest w porząsiu i on to szanuje każdego. Jeszcze ta szpilka na koniec. xD No fajna, kwestia, bardzo fajna. Dawny Maksio to by się tam zarumienił po tym. Derek widzę mocne pole do popisu dostał przez piramidkę, o rany... xD No też przyjemna kwestia, dla każdego coś znalazł i zrobił to w swoim stylu, Edgar oszczędzony, ale no ostatnio dużo, dużo wspólnego mają ze sobą i jak na razie Dickinson jeszcze nic podejrzanego nie zrobił i raczej nie zrobi. Także spoko panie Derek, dajesz pan radę. Mantel mocna hipokryzja na początku, patrząc, co on do Maxwella gadał i jak mu do łba wchodził, ale heelowi hipokryzję sie wybacza. Reszta speechu w porządku, ale raczej ni grzeje ni ziębi. Odlepiony Edgar osrał niektórych, ale cóż. Jest odlepiony, więc ma prawo. Ogólnie fajna kwestia, skupił się na panach, z którymi jest w jednym story i bardzo ładnie, kwieciśnie nam ich opisał. Król szczurów Leone brzmi konkretnie. Reakcja Aldisa na tego Edgara mnie rozbawiła, ale jest adekwatna. xD Underdog Maxwell, tak można to opisać, ale rozsądnie, mega rozsądnie. Takie właśnie odczucia powinny mu towarzyszyć i lepiej, żeby nie zlekceważyli go zbyt mocno. Miła kwestia. Edgar świetnie wykorzystał to drugie pytanie, klasa. Idealnie sobie dopasował każdą tą pozycję do Leone, mądrze. Sam bym pewnie uderzył w taki klimat na jego miejscu, ładna kwestia. Derek spoko, pyszałkowato. Dobrze, że tutaj działa poszły w Ransoma, skoro no niezbyt fajną historię dopiero co za sobą mają. Jeszcze uznanie siebie za faworyta i czarnego konia, no pasuje to do niego. Tutaj już lepiej Mantelowi poszło. Leone znowu spryciarz, pasuje to do niego, on jest inteligentny gość, aczkolwiek, że aż tak to Dereka rozjuszyło? Imo to nie był aż taki pocisk, że akurat teraz powinny lejce mu puścić, ale też doceniam to, bo ten segment trwałby w nieskończoność, jakby pozwolić im dalej debatować. Nie byłaby to jakaś tragedia, bo poziom był naprawdę fajny i pytania dobre i też to, jacy tutaj wszyscy są różnorodni i jakie inne perspektywy mają. To bardzo dobrze zadziałało przez co leciało się z ciekawością, ale też jakby zrobić z tego jakiś tasiemiec, to zaraz nikomu by się gali nie chciało komentować. Dobra robota wszyscy uczestnicy i Pan Aldis, który to ładnie nadzorował, zapodał fajne pytania i dopełniał całość.

Macie grubasa swojego zajebanego, wrócił. Od razu wpierdol zebrał, warto było wracać? Tatsu niehonorowo swojego przyjaciela obrał sobie za cel i wyleciał, klasa. Battle Royal Specialist leci jako pierwszy, macie, co chcieliście. Brutal wywalający Eliasa to dosyć symboliczna rzecz. Ogólnie doceniam te pogrubienia tekstu. Dobrze się to czyta, story są tutaj pchane, na przykład niesnaski z uniwersum Lorda i reszty. Japończyka urodzonego w Brazylii. xD Brutal mocno na koniec wypada, dosłownie wypada hehe, ale no w oczach zyskał, co by nie mówić. Fajnie to rozpisane, czytelnie i te pogrubienia dużo dały. Dolnick wygrywa po raz 1 w tej federacji, niesamowite zwycięstwo.

Śmiesznie czyta się moralizatora Watersa, mając go w pamięci, jaki był w WCW, ale lata minęły, swoją drogę przeszedł i czuć, że jest inny, wszystko co mówi ma sens. Taka gadka na pewno by się tym dzieciakom przydała, pomijając, że potem jest plot twist i sam RIVER nie do końca w to wierzy. Właśnie ta cała zmiana dynamiki segmentu przez jakieś złe wspomnienia (albo on tam Silasa widział hehe) zadziała tu bardzo fajnie. Opisy ładne, dialogi również, zamysł. No jestem na tak, to dobry segment był, nie ma się co tutaj przyczepić, wysoki poziom. Też dobry pokaz tego, że on psychicznie nie jest jakimś terminatorem nagle i nie da się tak szybko uleczyć swojej psychiki.

Mam nadzieję, że podobała się kolejna odsłona uniwersum Yoshiego i Eliasa, bo Dolnicka to tam jebać. Kolejne typowe motywy anime, bardzo dobrze się w tym czuję, a sam Shadow jako przerysowany villain bawi niesamowicie.

Fajny cytat, ale musiałem googlować, bo nie znałem. Pasuje, a walka? Demolka, Sabre to tutaj taki wpierdol dostał, że to głowa mała.

XDDDD Dobra, to już przeginka, wiedziałem, że ta postać niebawem się zjawi, ale to jest tak głupie, że i tak uderza. Dawno rasizmu tutaj nie było, Dolnick nie będzie w tym sam. Super segment.

Się rozjuszył Rocks konkretnie, no wkurw dobrze oddany, co by nie było. Czy świat się zawalił? No nie, ale niektórzy mają różne ambicje i różnie do tego podchodzą, a on raczej nie wygląda normalnego, spokojnego chłopa. Jeszcze sobie gada z przyjacielem wymyślonym, spoko kwestia. Chris, to jest prawdziwy chill guy, został nazwany żałosnym śmieciem, tamten mu grozi, a on totalnie niewzruszony. Plusik za nawiązanie do kultowej bajki z Cartoon Network. No już pomijając, że jego luz aż troche przegięty jest, no to jeśli on jest rzeczywiście taką osoba, która ma chill do wszystkiego, no to spoko kwestia, może i to mądra taktyka z jego strony, bo jak podejdziesz spokojnie do takiego narwańca, to go wkurwisz jeszcze bardziej i też tak było, także pod tym względem bardziej Surfera rozumiem. Mocno naplute na koniec, oj będzie musiał się Chris zrewanżować, a to też chyba zapowiada story między nimi, bo nie pozostanie to bez odpowiedzi. Ogólnie to spoko segment, obaj dali radę.

Paddy chłopiec na posyłki part 50. Dobry zamysł, czyli on tam rzeczywiście tak naprawdę mógł Silasa już wtedy widzieć. List od Kline'a też dobrze napisany. No budują coraz większe zainteresowanie, chociaż już i tak jest ogromne.

Cóż za prace społeczne mają panowie. xD Super rozmowa, można było się tego spodziewać, w końcu można coś więzej niż skorupę Vincenzo zobaczyć, mimo, że on twierdzi inaczej. Bardzo ładnie nakreślone różnice między nimi, zwłaszcza to, jak Enzo jest emocjonalny, a Vizzini no niezbyt. Same ich teksty też dobre, fajnie się to czytało, nie dłużyło się ani trochę i pewnie nie miałbym pretensji, gdyby jeszcze sobie gadali, bo po prostu dobre to było, ale też temat wyczerpali AKTUALNIE. Słuchanie piosenek tamtych to też kara?

Najważniejszy pas w historii właśnie wleciał na rejony. Tautu Hogan, okej, grubo się zaczyna. Salvador przerywający pin. xDDD Kurwa, no piękne mistrzostwa roll-upów, naprawdę, czytane z bananem na ryjcu. Brown jako pierwszy mistrz, oj może ten pas długo potrzymać.

Pod wrażeniem jestem, bo to chyba jedna z lepszych rzeczy od Lorda. Ten lag w jego mózgu, że jak mu się tak Rob mógł sprzeciwić, dobrze zbudował ten segment, bo to jest pasujące do Sebastiena. Jego przydupas dobrze tutaj wypadał, jako ten głos rozsądku, który trzyma się narzuconej narracji. Rob też ładnie to zakończył i wyjaśnił, nadal nie porzuca bycia zawodnikiem i sobie to obrócił na swoją korzyść. Rigcz z jego strony. Ogólnie to wszystko tutaj bardzo spoko wypadło i jestem zadowolony, bo często segmenty z tego uniwersum niezbyt powalają, tak tutaj to w sumie nie mam się co czepiać i mi się to dobrze czytało.

Odkljenia Lopeza ciąg dalszy, żeby go to przypadkiem nie zgubiło kiedyś.

Mam i swoją pierwszą porażkę, jeszcze pin zgarniam, raczej nikt się nie spodziewał, że to Lopez będzie pinowany. Raczej wszyscy strzelali w Mantela i Ransoma, to liczę, że macie miłą niespodzianke. Rozpisana walka w porządku.

Dewastacja na Lopezie, totalnie upokorzony, to przyciśnięcie go krzesłem, naplucie na niego, no jest ten wywołany potwór, o którym sam Axel mówi. Sam speech to jest konkretny ogień, naprawdę, zupełnie inny Blaze niż kiedykolwiek, tyle trzymania tego w sobie, w końcu ma ten swój moment, gdzie to on ma kontrolę nad wszystkim, bardzo mocny segment, emocje, upokarzanie Lopeza, nawet te przekleństwa, które dobrze tutaj działają, bo on nie używa ich zbyt często. Tutaj użył najostrzejszych, adekwadnie do tego, jaka była sytuacja. No bardzo mocna rzecz od Blaze'a i jak te dwa poprzednie Elysium, to ten feud nie powalał, tak tutaj Axel zajebał bombe. Będzie się działo na PPV, mocarnie ex, potencjalnie przyszły mistrz tutaj wypadł. Super robota.

Ulala, ależ to ma klimat jakiegoś ciężkiego filmu, Kline jak prawdziwy villain tutaj wygląda, a RIVER jak główny bohater tego filmu. Nie chce mi się tutaj rozdrabniać na poszczególne kwestie, bo było to na tyle mocne, żebym skupił się i czytał całościowo wszystko. Mega robota, świetny segment, kolejny już w tym story. Rysiek lepszego tworu niż ten Doktorek raczej nigdy nie miał, bo to wychodzi mu zdecydowanie najlepiej, ale do tego potrzebuje też Rivera, który zgrywa się świetnie z tym wszystkim i jego historia życiowa to idealny fundament był, żeby zbudować to story. Pięknie obaj tańczyli w tym segmencie. Spodobało mi się to porównanie Crowe'a do Watersa i że obaj są pokrzywdzeni. Świetne story jak na razie, bardzo siadają mi takie klimaty. River face jest nawet ciekawszy niż tamten heel, który był obudowany Revenge i miał łatwiej, teraz jak jest trudniej, wychodzi jeszcze więcej atutów. Ślicznie panowie.

Mocno intensywna walka. Na tyle, że ładnie to nakreślono po niej. Don jaki wabik. Kurde, banger za bangerem, co segment, bo Leone też świetna kwestia, Ależ on mu tu namieszał we łbie, jeszcze takie ładne słownictwo użyte, tak dobrze to jest zbudowane, tak wierci mu w tym baniaku i to wszystko tak pasuje, no klasa, naprawdę klasa. Świetnie tutaj Don to zrobił. Teraz Brutal, dobrze, że to poprawione zostało, bo ja widziałem jak mogło to wyglądać. Ma swój wielki moment, naprawdę wielki, może te jednak porażki nie były tak złe, jak mogło się wydawać, skoro kończy tak mocną galę swoim mocnym postawieniem się The Outfit? Dobrze tutaj wygląda Mike, emocjonalne to wszystko, nakręcone, to tutaj siedzi, aczkolwiek te angielskie wstawki w tekście, gdzie docelowo i tak wszystko jest po angielsku imo zbędne i już wielokrotnie byly dyskusje o tym, ale no nie niszczy mi to obrazu tego segmentu, wielki moment Mike'a i dobrze tutaj wyglądał. Nie był to poziom Leone, ale Brutalowa tutaj serio emocjami ładnie grała.

Giga dobra gala, tier Elysium 4. Na spokojnie można je obie ze sobą zestawić i próbować analizować, która lepsza, bo oba wydania świetne. Przepis na sukces? Czekać na ostatnie Elysium przed PPV. Tyle tutaj bangerów było, brawo.

[Obrazek: bIo9o.gif]
Jose Lopez
8/0/1
1x LPW World Champion
Nathan Martin
5/0/2
Odpowiedz
Cytuj
Carnival
World Champion
19.10.2026, 19:40 #3
Pisanie tego segmentu to było przyjemność, duża tego zasługa to właśnie to, jakie Remik mi dał pole do popisu i jak zmusił mnie wręcz, żebym utrzymywał poziom opisów. Super to jest rozpisane z jego strony i przyjemnie mi się wlazło we wspólne budowanie tego segmentu. Bardzo to filmowe wyszło i jestem zadowolony z całości, z perfidności Lopeza, ze spokoju mamuśki, która bardzo porządnie jest rozpisana. No myślę, że to ogólnie jest mocny początek gali, aczkolwiek nie zdziwię się, jeśli ktoś się przyczepi o motyw broni czy coś.

Debata to fajna rzecz przy tylu wrestlerach, wystarczy się tutaj jak RVD nie zachowywać i będzie dobrze. Aldis dobrze to rozpoczyna, do niego to raczej nie ma się co czepiać. Tony sprytnie, bardzo sprytnie, to jest takie fałszywe z jego strony, a on tak dobrze gra, że przecież w sumie to wszystko jest w porząsiu i on to szanuje każdego. Jeszcze ta szpilka na koniec. xD No fajna, kwestia, bardzo fajna. Dawny Maksio to by się tam zarumienił po tym. Derek widzę mocne pole do popisu dostał przez piramidkę, o rany... xD No też przyjemna kwestia, dla każdego coś znalazł i zrobił to w swoim stylu, Edgar oszczędzony, ale no ostatnio dużo, dużo wspólnego mają ze sobą i jak na razie Dickinson jeszcze nic podejrzanego nie zrobił i raczej nie zrobi. Także spoko panie Derek, dajesz pan radę. Mantel mocna hipokryzja na początku, patrząc, co on do Maxwella gadał i jak mu do łba wchodził, ale heelowi hipokryzję sie wybacza. Reszta speechu w porządku, ale raczej ni grzeje ni ziębi. Odlepiony Edgar osrał niektórych, ale cóż. Jest odlepiony, więc ma prawo. Ogólnie fajna kwestia, skupił się na panach, z którymi jest w jednym story i bardzo ładnie, kwieciśnie nam ich opisał. Król szczurów Leone brzmi konkretnie. Reakcja Aldisa na tego Edgara mnie rozbawiła, ale jest adekwatna. xD Underdog Maxwell, tak można to opisać, ale rozsądnie, mega rozsądnie. Takie właśnie odczucia powinny mu towarzyszyć i lepiej, żeby nie zlekceważyli go zbyt mocno. Miła kwestia. Edgar świetnie wykorzystał to drugie pytanie, klasa. Idealnie sobie dopasował każdą tą pozycję do Leone, mądrze. Sam bym pewnie uderzył w taki klimat na jego miejscu, ładna kwestia. Derek spoko, pyszałkowato. Dobrze, że tutaj działa poszły w Ransoma, skoro no niezbyt fajną historię dopiero co za sobą mają. Jeszcze uznanie siebie za faworyta i czarnego konia, no pasuje to do niego. Tutaj już lepiej Mantelowi poszło. Leone znowu spryciarz, pasuje to do niego, on jest inteligentny gość, aczkolwiek, że aż tak to Dereka rozjuszyło? Imo to nie był aż taki pocisk, że akurat teraz powinny lejce mu puścić, ale też doceniam to, bo ten segment trwałby w nieskończoność, jakby pozwolić im dalej debatować. Nie byłaby to jakaś tragedia, bo poziom był naprawdę fajny i pytania dobre i też to, jacy tutaj wszyscy są różnorodni i jakie inne perspektywy mają. To bardzo dobrze zadziałało przez co leciało się z ciekawością, ale też jakby zrobić z tego jakiś tasiemiec, to zaraz nikomu by się gali nie chciało komentować. Dobra robota wszyscy uczestnicy i Pan Aldis, który to ładnie nadzorował, zapodał fajne pytania i dopełniał całość.

Macie grubasa swojego zajebanego, wrócił. Od razu wpierdol zebrał, warto było wracać? Tatsu niehonorowo swojego przyjaciela obrał sobie za cel i wyleciał, klasa. Battle Royal Specialist leci jako pierwszy, macie, co chcieliście. Brutal wywalający Eliasa to dosyć symboliczna rzecz. Ogólnie doceniam te pogrubienia tekstu. Dobrze się to czyta, story są tutaj pchane, na przykład niesnaski z uniwersum Lorda i reszty. Japończyka urodzonego w Brazylii. xD Brutal mocno na koniec wypada, dosłownie wypada hehe, ale no w oczach zyskał, co by nie mówić. Fajnie to rozpisane, czytelnie i te pogrubienia dużo dały. Dolnick wygrywa po raz 1 w tej federacji, niesamowite zwycięstwo.

Śmiesznie czyta się moralizatora Watersa, mając go w pamięci, jaki był w WCW, ale lata minęły, swoją drogę przeszedł i czuć, że jest inny, wszystko co mówi ma sens. Taka gadka na pewno by się tym dzieciakom przydała, pomijając, że potem jest plot twist i sam RIVER nie do końca w to wierzy. Właśnie ta cała zmiana dynamiki segmentu przez jakieś złe wspomnienia (albo on tam Silasa widział hehe) zadziała tu bardzo fajnie. Opisy ładne, dialogi również, zamysł. No jestem na tak, to dobry segment był, nie ma się co tutaj przyczepić, wysoki poziom. Też dobry pokaz tego, że on psychicznie nie jest jakimś terminatorem nagle i nie da się tak szybko uleczyć swojej psychiki.

Mam nadzieję, że podobała się kolejna odsłona uniwersum Yoshiego i Eliasa, bo Dolnicka to tam jebać. Kolejne typowe motywy anime, bardzo dobrze się w tym czuję, a sam Shadow jako przerysowany villain bawi niesamowicie.

Fajny cytat, ale musiałem googlować, bo nie znałem. Pasuje, a walka? Demolka, Sabre to tutaj taki wpierdol dostał, że to głowa mała.

XDDDD Dobra, to już przeginka, wiedziałem, że ta postać niebawem się zjawi, ale to jest tak głupie, że i tak uderza. Dawno rasizmu tutaj nie było, Dolnick nie będzie w tym sam. Super segment.

Się rozjuszył Rocks konkretnie, no wkurw dobrze oddany, co by nie było. Czy świat się zawalił? No nie, ale niektórzy mają różne ambicje i różnie do tego podchodzą, a on raczej nie wygląda normalnego, spokojnego chłopa. Jeszcze sobie gada z przyjacielem wymyślonym, spoko kwestia. Chris, to jest prawdziwy chill guy, został nazwany żałosnym śmieciem, tamten mu grozi, a on totalnie niewzruszony. Plusik za nawiązanie do kultowej bajki z Cartoon Network. No już pomijając, że jego luz aż troche przegięty jest, no to jeśli on jest rzeczywiście taką osoba, która ma chill do wszystkiego, no to spoko kwestia, może i to mądra taktyka z jego strony, bo jak podejdziesz spokojnie do takiego narwańca, to go wkurwisz jeszcze bardziej i też tak było, także pod tym względem bardziej Surfera rozumiem. Mocno naplute na koniec, oj będzie musiał się Chris zrewanżować, a to też chyba zapowiada story między nimi, bo nie pozostanie to bez odpowiedzi. Ogólnie to spoko segment, obaj dali radę.

Paddy chłopiec na posyłki part 50. Dobry zamysł, czyli on tam rzeczywiście tak naprawdę mógł Silasa już wtedy widzieć. List od Kline'a też dobrze napisany. No budują coraz większe zainteresowanie, chociaż już i tak jest ogromne.

Cóż za prace społeczne mają panowie. xD Super rozmowa, można było się tego spodziewać, w końcu można coś więzej niż skorupę Vincenzo zobaczyć, mimo, że on twierdzi inaczej. Bardzo ładnie nakreślone różnice między nimi, zwłaszcza to, jak Enzo jest emocjonalny, a Vizzini no niezbyt. Same ich teksty też dobre, fajnie się to czytało, nie dłużyło się ani trochę i pewnie nie miałbym pretensji, gdyby jeszcze sobie gadali, bo po prostu dobre to było, ale też temat wyczerpali AKTUALNIE. Słuchanie piosenek tamtych to też kara?

Najważniejszy pas w historii właśnie wleciał na rejony. Tautu Hogan, okej, grubo się zaczyna. Salvador przerywający pin. xDDD Kurwa, no piękne mistrzostwa roll-upów, naprawdę, czytane z bananem na ryjcu. Brown jako pierwszy mistrz, oj może ten pas długo potrzymać.

Pod wrażeniem jestem, bo to chyba jedna z lepszych rzeczy od Lorda. Ten lag w jego mózgu, że jak mu się tak Rob mógł sprzeciwić, dobrze zbudował ten segment, bo to jest pasujące do Sebastiena. Jego przydupas dobrze tutaj wypadał, jako ten głos rozsądku, który trzyma się narzuconej narracji. Rob też ładnie to zakończył i wyjaśnił, nadal nie porzuca bycia zawodnikiem i sobie to obrócił na swoją korzyść. Rigcz z jego strony. Ogólnie to wszystko tutaj bardzo spoko wypadło i jestem zadowolony, bo często segmenty z tego uniwersum niezbyt powalają, tak tutaj to w sumie nie mam się co czepiać i mi się to dobrze czytało.

Odkljenia Lopeza ciąg dalszy, żeby go to przypadkiem nie zgubiło kiedyś.

Mam i swoją pierwszą porażkę, jeszcze pin zgarniam, raczej nikt się nie spodziewał, że to Lopez będzie pinowany. Raczej wszyscy strzelali w Mantela i Ransoma, to liczę, że macie miłą niespodzianke. Rozpisana walka w porządku.

Dewastacja na Lopezie, totalnie upokorzony, to przyciśnięcie go krzesłem, naplucie na niego, no jest ten wywołany potwór, o którym sam Axel mówi. Sam speech to jest konkretny ogień, naprawdę, zupełnie inny Blaze niż kiedykolwiek, tyle trzymania tego w sobie, w końcu ma ten swój moment, gdzie to on ma kontrolę nad wszystkim, bardzo mocny segment, emocje, upokarzanie Lopeza, nawet te przekleństwa, które dobrze tutaj działają, bo on nie używa ich zbyt często. Tutaj użył najostrzejszych, adekwadnie do tego, jaka była sytuacja. No bardzo mocna rzecz od Blaze'a i jak te dwa poprzednie Elysium, to ten feud nie powalał, tak tutaj Axel zajebał bombe. Będzie się działo na PPV, mocarnie ex, potencjalnie przyszły mistrz tutaj wypadł. Super robota.

Ulala, ależ to ma klimat jakiegoś ciężkiego filmu, Kline jak prawdziwy villain tutaj wygląda, a RIVER jak główny bohater tego filmu. Nie chce mi się tutaj rozdrabniać na poszczególne kwestie, bo było to na tyle mocne, żebym skupił się i czytał całościowo wszystko. Mega robota, świetny segment, kolejny już w tym story. Rysiek lepszego tworu niż ten Doktorek raczej nigdy nie miał, bo to wychodzi mu zdecydowanie najlepiej, ale do tego potrzebuje też Rivera, który zgrywa się świetnie z tym wszystkim i jego historia życiowa to idealny fundament był, żeby zbudować to story. Pięknie obaj tańczyli w tym segmencie. Spodobało mi się to porównanie Crowe'a do Watersa i że obaj są pokrzywdzeni. Świetne story jak na razie, bardzo siadają mi takie klimaty. River face jest nawet ciekawszy niż tamten heel, który był obudowany Revenge i miał łatwiej, teraz jak jest trudniej, wychodzi jeszcze więcej atutów. Ślicznie panowie.

Mocno intensywna walka. Na tyle, że ładnie to nakreślono po niej. Don jaki wabik. Kurde, banger za bangerem, co segment, bo Leone też świetna kwestia, Ależ on mu tu namieszał we łbie, jeszcze takie ładne słownictwo użyte, tak dobrze to jest zbudowane, tak wierci mu w tym baniaku i to wszystko tak pasuje, no klasa, naprawdę klasa. Świetnie tutaj Don to zrobił. Teraz Brutal, dobrze, że to poprawione zostało, bo ja widziałem jak mogło to wyglądać. Ma swój wielki moment, naprawdę wielki, może te jednak porażki nie były tak złe, jak mogło się wydawać, skoro kończy tak mocną galę swoim mocnym postawieniem się The Outfit? Dobrze tutaj wygląda Mike, emocjonalne to wszystko, nakręcone, to tutaj siedzi, aczkolwiek te angielskie wstawki w tekście, gdzie docelowo i tak wszystko jest po angielsku imo zbędne i już wielokrotnie byly dyskusje o tym, ale no nie niszczy mi to obrazu tego segmentu, wielki moment Mike'a i dobrze tutaj wyglądał. Nie był to poziom Leone, ale Brutalowa tutaj serio emocjami ładnie grała.

Giga dobra gala, tier Elysium 4. Na spokojnie można je obie ze sobą zestawić i próbować analizować, która lepsza, bo oba wydania świetne. Przepis na sukces? Czekać na ostatnie Elysium przed PPV. Tyle tutaj bangerów było, brawo.

[Obrazek: bIo9o.gif]
Jose Lopez
8/0/1
1x LPW World Champion
Nathan Martin
5/0/2
Odpowiedz
Cytuj
21.10.2026, 11:23
#4
Opener Segment - mega jestem zadowolony z tego segmentu, Jakub miał przezajebisty pomysł, fajnie to wszystko kliknęło i mnie trochę obudził z tym pisaniem Blaze'em. Ale o tym później xD Tutaj miało być filmowo i wyszło zajebiście filmowo. Mamuśka miała być konkretna i moim zdaniem wyszła bardzo konkretna. Lopez wyszedł tutaj jak klasyczny villain, że przychodzi i opowiada o swoim złowieszczym planie, no i psychologicznie jak to gra, że Lopez posuwa się aż tak głęboko w prywatę Blaze'a, żeby go dojechać ostatecznie, żeby tam z tej psychy nie zostało już nic. Żeby raz na zawsze nie tylko pokonać Blaze'a, ale spuścić go w kiblu, żeby już więcej nie było zagrożenia z jego strony. W ogóle muszę przyznać, że zostałem fanem segmentów, gdzie mamy takie krótsze wymiany między postaciami, to wygląda imo bardziej naturalnie. W tej części rywalizacji po Heatwave to zdecydowanie najlepsze co wyszło. Wszystko tutaj kliknęło, zgrało się ze sobą, wszystkie wydarzenia na przestrzeni całości story spięły się klamrą. Niby każdy się domyślał, że tak było, ale dobrze jednak mieć oficjalne potwierdzenie. Poza tym, wiadomo, że to do czegoś będzie prowadzić na gali. Kapitalny segment i jeszcze raz brawa za pomysł. Nie no, drugi raz aż czytam, ale tu Lopez zrobił robotę jako villain, no mega mi się to podoba. Bardzo mocne otwarcie gali.

Debata - to też miałem okazję czytać wcześniej, więc w zasadzie teraz tylko sobie odświeżam. Podczas pisania miałem gigantyczne wrażenie, że totalnie wszyscy się skupiają na Leone tak szczególnie i relowałem z Maksiem, że to zauważył. Teraz czytam to znowu i widzę, że wcale mi się nie wydawało. Tylko to też nie jest nic niezwykłego, jak tak sobie myślę. No bo w sumie z Edgarem i Hallowayem to od ładnych kilku tygodni się biją, Maksiu jest fejsem, więc z automatu miałby prawo się czepiać, Mantel imo nie powinien, ale i tak postanowił. W sumie Tony na pewno na papierze jest faworytem, ma pas, no jest groźny, więc to normalne, że jest atakowany. Od razu powiem, że Edgar zrobił na mnie największe wrażenie w tym segmencie i według mnie to on jest faworytem do zdobycia wygrania walki i zdobycia walizki. O ile jest na bieżąco z komentarzami i nie będzie miał straty za aktywność to stawiam na to kasę. No uwielbiam te jego wypowiedzi, mega klimat, super precyzja, świetna zabawa słowem - bardzo to doceniam. Halloway dostał duże ułatwienie z piramidką i wykorzystał ją w pełni, mocno odpalony ten Halloway, ale tak powinno być, wkurzony po stracie pasa, musi się chcieć odbić. Tutaj też jestem pod wrażeniem, że dało się znaleźć i utrzymać ten złoty środek, dzięki któremu mamy poważną postać, która jest specjalistą od torii spiskowych. No nie spodziewałem się, że da się to zrobić tak dobrze. Dlatego też dobrze, że to właśnie on się odpala po wypowiedzi Leone, żeby jeszcze bardziej podkreślić, że jest drażliwy na jego punkcie, no bo w końcu kosztował go pas. Maksiu jaki podbudowany na początku, nie wiem czy nie trochę za szybko, bo przed chwilą nie chciał dać dokończyć Blaze'owi co o nim myśli, a tutaj nagle już wierzy w to, że traktują go poważnie. Gdyby to było po walce tagowej to bym rozumiał, a tak to dla mnie troszeczkę za szybko ta podbudowa. Mantel wyszedł ok, nie było to złe, ale nie było też świetne. Było po prostu ok. Jest dobrze oddany gimmick, jest hipokryzja, która przy takiej postaci musi się pojawić. Więc na pewno niczego nie brakuje. Żeby był fajerwerki to chyba po prostu oczekiwałbym ładniej złożonych zdań, bo tutaj trochę odstaje od pozostałych. Poziom całości jest bardzo wysoki, bardzo fajnie i szybko się to czyta. Aldis pokazał jak się prowadzi debaty, można brać przykład. Ma wszystko pod kontrolą, ale jednocześnie nie jest gwiazdą tego segmentu. No cholernie mocny początek Elysium.

Powrót Dolnicka i Rumble - No i jest nasz kochany Grubasek. Szczerze to myślałem, że będzie mi go mocniej brakować, ale przy takim nagromadzeniu świetnych postaci, jakie mamy na Elysium, które są dobrze uzupełniane komediowymi to jednak nawet nie zauważyłem specjalnie jego braku xD No ale jak wraca to mordka się cieszy, nie powiem. Wiem też jaki jest mniej więcej na niego plan i podoba się to dla mnie. Ciekawie będzie patrzeć na nich z innej perspektywy, ale mimo wszystko będę tęsknić. Maksiu też jest teraz super, ale no, dalej będę tęsknił za zarumienionym przystojniakiem z wilgotnymi włosami. Zobaczymy jaki będzie odbiór ostatecznie. Bardzo doceniam pogubienie najważniejszych fragmentów, a w zasadzie nawet eliminacji. Bardzo przejrzyście to zabookowane, wszystko z sensem. Honorowy Japoniec musiał wylecieć pierwszy, więc jestem spełniony. Bardzo dobrze to zostało rozplanowane, bo tu serio story mają swoje odzwierciedlenie i to, co dzieje się w ringu serio ma znaczenie. Pcha fabułę do przodu. A to niby tylko mały Rumble. Naprawdę gratuluję przemyślenia. Z najważniejszych rzeczy to muszę zwrócić uwagę, że Brutal został bardzo mocno zabookowany, ale to nie jest nowość. On niby wszystko przegrywa, ale totalnie nie traci na przebiegu walki. Ta końcówka giga heroiczna w jego wykonaniu. I to wszystko, co się wydarzyło tutaj jest idealną przepustką do wydarzeń z zakończenia gali. Jak to się pięknie klei. Ale o samym Brutalu później, nie chcę się potem przy ostatnim segmencie powtarzać. Dolnick ostatnim zawodnikiem, zobaczymy jak pójdzie wszystkim na BS, ale ja tam nawet mam konkretną wizję jak to powinno wyglądać i wszyscy powinni być zadowoleni. Bo jak tak sobie myślę to dla postronnego widza to może nie być jakaś świetna informacja i taki Dolnick może mieć za mały star power, żeby dołączyć do takiego grona. Ale spokojnie, dobrym planem wszystko się obroni.

River - Ehh… no ja rozumiem, że to ma być face z jajami, ale uważam, że w oficjalnym wystąpieniu do dzieci przeklinanie jest wręcz niedopuszczalne. I bardzo mnie to kłuje w oczy. Naprawdę River by nic na tym, nie stracił, jakby tego przekleństwa nie było, a z kolei stracił na jego obecności. Naprawdę nie trzeba budować charakteru postaci na przekleństwach. I ten fragment jak wychowawczyni gada, że to prawda i go znała osobiście imo do wywalenia, bo tak sztucznie to brzmi. Ponarzekałem to teraz w drugą stronę, bo mocnych rzeczy jest zdecydowanie więcej. Bardzo podoba mi się to co się dzieje z Riverem, bardzo fajnie to zostało odegrane. Fajnie, że przy okazji story z Kline'em akurat wyrzuca z siebie takie rzeczy, mega to pasuje dla mnie. Klimat jest absolutnie zajebsity, nawet ta Budka Suflera się tu wpasowała całkiem nieźle. Ogólnie to czuję w całości taki klimat Stephena Kinga, to mówienie o "duchu" woźnego, o wsłuchiwaniu się w budynek, bardzo mam tutaj vibe Kinga i doceniam, bo uwielbiam jego dzieła, także jak coś mi się z nimi kojarzy to zawsze jest plus. Podoba mi się też, że dalej na spokojnie opowiadamy historię Rivera, mimo tego, że zaraz PPV i można byłoby chcieć przyspieszyć, żeby to dopchnąć do walki. A tak, wiemy już, że to się przeciągnie, zdecydowanie się przeciągnie. I bardzo mnie to cieszy, bo z przyjemnością się to czyta. No kurde, nie schodzimy z poziomem od samego początku, ale to jest peak cały czas. Aż nie wiem, czy nie byłoby dobrze wrzucić tu już jakiegoś komediowego segmentu, bo za długo widz ma peak i taki 67 mango musztarda kukuryna ejoyer już by trafił na oddział ratunkowy z przebodźcowania xD na szczęście ja jeszcze nie mam zgniłego mózgu, więc daję radę i się świetnie bawię xD


Paddy i Dolnick - od razu widzimy, że Dolnick wchodzi na poważnie. Potrzebny był imo ten segment, żeby to zaznaczyć. Podoba mi się ten zabieg, jak takim krótkim segmentem, w którym Dolnick nie wypowiada ani jednego słowa, można pokazać przemianę zawodnika. Brawo.

Elias i Tatsu - Ale ten Yoshi to jest jednak niehonorowa kurwa. Najpierw kłamie o łatwej walce, potem obiera za cel swojego ucznia, a teraz go jeszcze niecharakternie z zaskoczenia straszy. Ale on będzie siadać na butlę w kryminale, oj będzie. Powrót skibi toilet, od razu jestem ukontentowany. Skąd tam się wzięła ta aluminiowa konstrukcja? xD ale mocno animcowa ta końcówka, mentor wierzący w swojego ucznia i uczeń, który nawet nie wie jak tego dokonał, nice. No śmiechłem, co mam powiedzieć xD bardzo sympatyczny przerywnik xD

Eli - rodzina Elich rośnie w siłę. Moc (i wąsy) są w nich silne. Skoro już są w komplecie to teraz ogoleni chłopcy mogą czuć strach. Ja bym się bał. Na szczęście zarówno IRL, jak i moje postacie, jesteśmy zarośnięci, więc czuję się bezpieczny. Zero presji. Zero potrzeb. Teraz czekam na ich wspólny segment. "Eli dołącza do Elich" powinno wejść na stałe do ich repertuaru xD

Rock/Finnegan - no zaś tym Fineganem w łeb dostaniesz. Co ma kurwa stypulacja do tego? To, że walczyli o miejsce w EC niczego nie zmienia, jakby w singles marchu mieli tą samą stypulację, czyli walkę o miejsce w EC Matchu to co by to zmieniło? To, że byłby to inny gimmick match… to już prędzej. No ale podsumowując całość to bardzo dobrze oddane emocje Rocksa. On na każdym kroku pokazuje, że jest strasznym raptusem i tutaj konsekwentnie się tego trzyma. A porażka w ważnej walce jak najbardziej może być bodźcem do takiego odpalenia się. W dalszym ciągu bardzo mnie intryguje jego relacja z Eddiem, będę bardzo intensywnie śledzić rozwój, bo to wydaje się mega ciekawe. Jest potencjał. Ale spoko wyszła ta "rozmowa", bardzo naturalnie, jeśli można tak powiedzieć o rozmowie z wymyślonym przyjacielem. Finnegan to ma esse xD to jest dokładnie to, co mówiłem ostatnie, że on jest taki bezgranicznie dobry, co by się nie działo. Chłop jest obrażany kolejny raz, lecą groźby, a on jeszcze pociesza Rocksa xD zajebisty kontrast jest między nimi i cudownie się płynie przez ten segment. Co prawda przy tym zaproszeniu na surfowanie już myślałem, że chłop leci z sarkazmem i jednak nie jest taki cukierkowy, ale walnąłem się w łeb i jestem pewny, że to było jednak dopełnienie tej jego dobroci totalnej. Ale on będzie wyzwaniem dla Heeli, żeby z nim prowadzić rozmowę bez bicia go xD ale dobra robota, bardzo gimmickowo. A Rocks jakie zakończenie, przysięgam, że zaczynając to czytać nie spodziewałem się, że to się kończy rękoczynami. Fajny nawiązanie do śmieci i domu. No Chris się o to prosił xD Rocks jest w pełni usprawiedliwiony. Przyjemny segmencik.

River i Paddy - River kontynuuje swoją tajemniczą grę. Domyślam się, że to oznacza, że Kline i Silas są w sierocińcu. Skoro River mówił, że ma wrażenie, że nie może z niego wyjść to na bank będzie jeszcze bardzo ważne miejsce. Paddy znowu się bawi w chłopca na posyłki, ale on tak pasuje w tej roli chłopca od wywiadów i chłopca na posyłki xD w sensie, to tak całkiem fajnie dopełnia rolę tej postaci na Elysium. Może nie jest to bangerek, jak jego poprzednik segment, ale jest to bardzo przyjemny łącznik między wydarzeniami. Potrzebny łącznik, jak najbardziej. Czytało się szybko i przyjemnie. Wcześniej mówiłem o Kingu, teraz już bardziej jest klimat detektywistyczny/kryminalny, także jest inaczej, ale w dalszym ciągu ciekawie.

Sacrale i Vizzini - Niby segment karniaczek, który w zasadzie mógłby niewiele wnosić, a tutaj się bardzo przyjemny dialog wywiązał. Bardzo podoba mi się jak się rozwijają relacje w The Outfit. To cały czas idzie do przodu, każdy segment coś wnosi i daje do myślenia. Super gra tutaj różnica charakterów obu zawodników, Sacrale jak zwykle bardzo emocjonalny, targają nim te emocje, jak zawsze ma coś do powiedzenia, martwi się, ma wątpliwości, a Vizzini robi swoje, bo i tak trzeba to zrobić, a potem wrócić do realizacji planu, bo każdy krok jest w nim ważny. Na spokojnie, na chłodno, bo przecież denerwowanie się w tej sytuacji nic nie da. Klasa. Bardzo fajnie mi się to czytało, świetne słownictwo tutaj zostało użyte i bardzo fajna dynamika dialogów. Niby taki segment przerywnik, ale serio zrobił fajną robotę.

Loserweight - No cóż, to była moja inicjatywa, żeby ten piękny pas wprowadzić. Odkąd się dowiedziałem, że coś takiego istnieje to się zakochałem w tym pomyśle i uważam, że przy takiej ilości komediowych postaci to wręcz idealnie pasuje na Elysium, bo komediowo to ma dosłownie nieograniczony potencjał. Bardzo się cieszę, że chłopaki się zgodzili i mam nadzieję, że się spodoba, bo zakładam, że dla większości to będzie nowy koncept. Brown jest świetnym pierwszym posiadaczem. Co prawda liczyłem na Yoshiego w Battle Royalu, ale ciężko byłoby zabookować tak, żeby przegrać i zdobyć pas xD

Arystokracja - No proszę, proszę. To Zdecydowanie najlepszy segment tego składu od czasu pobitych garów, gdzie McŁowicz przygotowywał kanapkę. Robcio znowu znalazł w sobie trochę ognia, tutaj już widziałem bardziej początkowego McŁowicza, ale to jeszcze nie był do końca on. Mimo wszystko wypadł tutaj dobrze, bardzo naturalnie. Arystokraci też naprawdę dobrze, Alistair taki głos rozsądku, wszystko tłumaczy logicznie, rozumiem już czemu został doradcą. Bardzo sprawnie potrafił przekazać Lordowi, że nie dowiózł sportowo w taki sposób, żeby ten się o to nie obraził, mega szanuję. Do tej pory uważałem go za zbędny dodatek, ale tutaj wypadł naprawdę fajnie. No i Lord też bardzo ładnie poleciał, miał dużo materiału, żeby na nim pracować i bardzo ładnie go wykorzystał. Są odpowiednie emocje, odpowiednie słownictwo, dotknięte zostały odpowiednie tematy. Jak najpierw patrzyłem na ten segment to wydawało mi się, że będzie długi, ale absolutnie nie jest. Przeszedłem przez niego bardzo sprawnie i naprawdę dobrze się bawiłem. Brawo, super robota Panowie.

Lopez - Ależ Lopez nam tutaj odleciał, no ale jako heel i główny mistrz ma do tego prawo i to pasuje. Żałuję, że nie miałem okazji zobaczyć tego przed napisaniem speecha Blaze'a, bo bym się do tego odniósł i byłoby to bardziej spójne. Ale i tak się wszystko spasowało, więc nie ma na co narzekać. Wracając do tematu to spodziewałem się tutaj fajerwerków i je dostałem. Lopez w dalszym ciągu jest villainem ostatecznym, który w tym momencie porzucił już gierki. W zasadzie to jest już na tym etapie, że w sumie nie mam dla niego żadnego znaczenia, czy ktoś zna jego plan, czy nie. Równie dobrze może się z niego wysprzęglić przed całym światem, bo jest tak bardzo pewny, że już nikt nie jest w stanie go powstrzymać i przed odpaleniem broni ostatecznej rozpoczyna odliczanie. A wiadomo, że zawsze w czasie odliczania ponawiaja się bohater, który go powstrzyma xD Cały czas, od momentu zdobycia, aż do teraz, w każdym segmencie, każdy opis i ton wypowiedzi Lopeza jest dla mnie bardzo spójny. Czyli ma srogi syndrom niedocenienia, szuka uznania i akceptacji, cholernie widać jak mu tego brakuje. I na tej gali to Blaze wychodzi upper handem, więc widać jak to go odpala, widać jak odlatuje, czuć jak puszczają mu hamulce, jak popada w szaleństwo byle tylko nie być postrzeganym jak ktoś komu coś nie wyszło, tłumaczy się, żeby w swojej głowie czuć się usprawiedliwiony przed innymi. Ta obsesja już go całkowicie opanowała. Bardzo dobry speech, bardzo mocno czuć w nim emocje i to zatracenie Lopeza. Na początku myślałem, że on się będzie kreować na gościa, który ma wyjebane, ale jest dokładnie odwrotnie. Widać jak kurewsko mu zależy. I ja to bardzo doceniam. Bardzo dobry segment, mega szybko przez niego przeszedłem i świetnie uzupełnia historię. Kapitalna robota

Blaze - Aż wstyd się przyznać, ale 4 razy siadałem do tego segmentu i pisałem go od nowa. Najpierw odjebałem pobite gary i wyszedł mi segment na 1500 słów, bo pierwszy raz od dawna znowu wróciła mi mega przyjemność z pisania Blaze'a, więc trzeba było poprawić, w drugiej wersji nie czułem ognia w ogóle, a trzecia znowu była za długa xD to jak wyszło to miałem wrażenie, że znowu za krótkie było, bo to jednak ostatnia przemowa na zakończenie bardzo długiego story, ale już nie chciało mi się przerabiać i wysłałem. Parząc po długości speecha Lopeza to była dobra decyzja. Ostatecznie jestem bardzo zadowolony z tego segmentu. Miał być ogień, jest ogień. Blaze był ciśnięty i stawiany pod ścianą przez większość tego story (umyślnie) i trzeba było dać mu się odbić, żeby go znowu uwiarygodnić przed tym rewanżem. I tak, ja też używam przekleństw jak pisze segmenty. Tylko jaki jest wydźwięk, jak Blaze pierwszy raz od powstania federacji przeklina na zakończenie długiego i mega personalnego konfliktu, a jak to się pojawia dosłownie w każdym segmencie. No ale wróciła radocha z pisania Blaze'em, głównie przez zajebisty pomysł na to zakończenie. Udało się przywrócić ogień tej postaci. Dziękuję, naprawdę - bardzo dziękuję. I najlepszym dowodem na to jest właśnie to, że zajebałem srogiego tasiemca na początku xD dwa tygodnie temu jeszcze nie byłbym w stanie tego zrobić.

Kline i River - Mocny towar. Dalej bardzo podoba mi się kontrast, jak Kline precyzyjnie mówi, wręcz mechanicznie, jak maszyna, która została zaprogramowana na badanie i analizę, z kolei u Watersa emocje aż wylewają się z każdej wypowiedzi. Bardzo psychologiczna rozgrywka i to też bardzo mi siedzi. Zagaduję, że zastrzyk oznacza, że nie będziemy mieć walki PPV, ale pociągniemy to do kolejnej gali. I bardzo dobrze, bo feud nie osiągnął jeszcze peaku. Tutaj jest potencjał jeszcze na poważny rozwój i naprawdę interesujące rzeczy mogą się tu jeszcze wydarzyć. Tym bardziej, że domyślam się, że teraz Waters zostanie porwany, poddany jakiejś brutalnej próbie, a na kolejnej gali uda mu się uciec i będzie podejmował próbę odwetu, żeby znowu na ostatniej gali przed PPV byli even przed walką. Żeby było widać, że Silas może zgnieść Rivera jak robaka, ale żeby było wiadomo, że River też może zrobić krzywdę Silasowi. Tak mi się wydaję, tak to widzę. Mocne strzały tutaj lecą z obu stron, bardzo równy ten segment wyszedł. Naprawdę świetna robota.

zakończenie - jestem odpowiedzialny za całość od początku wydarzeń po walce, aż do ostatniej wypowiedzi Leone i jestem wręcz kurewsko zadowolony z tego jak to wyszło. To jest jedna z lepszych rzeczy, jakie wyszły spod mojej ręki, moim zdaniem oczywiście. A uważam tak, bo jeszcze nigdy nie prowadziłem takiej postaci, zawsze jak był to heel to był to albo rozpierdalacz, albo ewentualnie mroczna postać, więc to była dla mnie totalnie nowa rola, żeby tak namawiać kogoś do złamania się. Do tej pory moje postacie korzystały rczej ze strachu lub siły, a tutaj musiałem to psychologicznie ugryźć. Starałem się dobrać idealne słownictwo, uderzyć w odpowiednie tony. Szeptać do uszka jak diabełek i moim zdaniem wyszło bardzo przekonująco. Co do drugiej części to powiem tylko tyle, że widziałem obie wersje i były całkowicie nieakceptowalne. Nie wiem, chyba trochę wyobraźni zabrakło, jak to by wyglądało IRL, ale ostatecznie widzę, że @brother Jakub poprawił i weszła akceptowalna wersja ostatecznie. Dopełnienie Brutalowego face turnu ostatecznie wyszło mega mocno, bo Brutal fajnie na początku pokazał rozterki, dzięki czemu widać, że liryczny wysiłek Leone nie poszedł na marne. Potem sobie spuszczając poważny wpierdol Sacrale, ostatecznie sam przepędził całe Outfit z ringu. Może nie bez sprzętu, ale tak to by się właśnie nie mogło wydarzyć, musiał mieć coś, co pozwoli mu ich przestraszyć. I odbija sobie tutaj bardzo dużo tego szurania po dnie. Jak mniemam teraz będziemy mieli stopniowe wstawanie z kolan i wystrzał w górę. Tak przynajmniej to powinno wyglądać, bo cała historia Brutala, w zasadzie od story z Eliasem zmierzało w tym kierunku. Mieliśmy gigantyczny kryzys, face turn, ale taki nie do końca, porażkę za porażką, wszystko żeby dopełnić ten face turn. Kapitalnie to zostało zaplanowane. Wszystko ma gigantyczny sens i jest to wspaniałe redemption story. Co do jakości samego tekstu, atak wyszedł akceptowalnie po poprawkach, szkoda, że tak musiało być, bo tutaj był duży potencjał, żeby to fajnie rozpisać. A co do samej wypowiedzi to jest ok. Jest dużo emocji, tak powinno być, ale nie ma fajerwerków. No i te angielskie wstawki są do wyjebania, strasznie to dziwnie wygląda. Skoro Brutal nagle mówi po angielsku, to w jakim języku mówi później? Po Polsku? Do angielskiej publiczności? No komicznie to wygląda po prostu i psuje odbiór. Poza tym, szanujmy się. Hej, Matkojebcy brzmi mega potężniej niż cipkowate Hey, motherfuckers. Aż się początkowy Elias przypomina. No i to Leone mówił o starym Brutalu, nie Vizzini, także też nieprecyzyjne podanie. Obrazek mocarny, tylko wykonanie trochę kuleje.

Podsumowanie - ogólnie to czuję się oszukany, że @brother Panter ma problem, że Leone jest za dużo na gali i musi jak najkrócej, ale z tym, że Rivera jest jeszcze więcej to totalny luz. Ale już abstrahując od tej ewidentnej potwarzy to muszę przeprosić za swoją małą wiarę. Jak dwa tygodnie temu usłyszałem, że ta gala to może wyjść lepiej niż #4 to hardo twierdziłem, że nie ma szans, bo tam to były bangery. No i muszę przyznać, że naprawdę nie doceniłem poziomu wtedy. Nie jestem w stanie określić, czy gala wyszła lepiej, czy gorzej, ale na pewno wyszła porównywalnie. A jeśli da się ją porównywać z #4 to jest turbo sztos. Czapki z głów i autentycznie przepraszam, bo byłem pewny, że do tego poziomu już nie damy rady doskoczyć. Gala jest absolutnym sztosiwem, trzyma zajebiście wysoki poziom od początku do końca. Mamy mega mocny obrazek na rozpoczęcie. Mega mocny obrazek na zakończenie. No gniecie jaja ta gala. Tu było tyle bangarów, że szok xD i jeszcze wszystko poukładane i spięte ze sobą odpowiednio. Szkoda szczempić ryja, naprawdę wybitna gala.

[Obrazek: 4295.png]
9/0/2
1x LPW World Champion

[Obrazek: 6651.png]
4/0/0
1x Eternal Champion [current]
Odpowiedz
Cytuj
Remik
Eternal Champion
21.10.2026, 11:23 #4
Opener Segment - mega jestem zadowolony z tego segmentu, Jakub miał przezajebisty pomysł, fajnie to wszystko kliknęło i mnie trochę obudził z tym pisaniem Blaze'em. Ale o tym później xD Tutaj miało być filmowo i wyszło zajebiście filmowo. Mamuśka miała być konkretna i moim zdaniem wyszła bardzo konkretna. Lopez wyszedł tutaj jak klasyczny villain, że przychodzi i opowiada o swoim złowieszczym planie, no i psychologicznie jak to gra, że Lopez posuwa się aż tak głęboko w prywatę Blaze'a, żeby go dojechać ostatecznie, żeby tam z tej psychy nie zostało już nic. Żeby raz na zawsze nie tylko pokonać Blaze'a, ale spuścić go w kiblu, żeby już więcej nie było zagrożenia z jego strony. W ogóle muszę przyznać, że zostałem fanem segmentów, gdzie mamy takie krótsze wymiany między postaciami, to wygląda imo bardziej naturalnie. W tej części rywalizacji po Heatwave to zdecydowanie najlepsze co wyszło. Wszystko tutaj kliknęło, zgrało się ze sobą, wszystkie wydarzenia na przestrzeni całości story spięły się klamrą. Niby każdy się domyślał, że tak było, ale dobrze jednak mieć oficjalne potwierdzenie. Poza tym, wiadomo, że to do czegoś będzie prowadzić na gali. Kapitalny segment i jeszcze raz brawa za pomysł. Nie no, drugi raz aż czytam, ale tu Lopez zrobił robotę jako villain, no mega mi się to podoba. Bardzo mocne otwarcie gali.

Debata - to też miałem okazję czytać wcześniej, więc w zasadzie teraz tylko sobie odświeżam. Podczas pisania miałem gigantyczne wrażenie, że totalnie wszyscy się skupiają na Leone tak szczególnie i relowałem z Maksiem, że to zauważył. Teraz czytam to znowu i widzę, że wcale mi się nie wydawało. Tylko to też nie jest nic niezwykłego, jak tak sobie myślę. No bo w sumie z Edgarem i Hallowayem to od ładnych kilku tygodni się biją, Maksiu jest fejsem, więc z automatu miałby prawo się czepiać, Mantel imo nie powinien, ale i tak postanowił. W sumie Tony na pewno na papierze jest faworytem, ma pas, no jest groźny, więc to normalne, że jest atakowany. Od razu powiem, że Edgar zrobił na mnie największe wrażenie w tym segmencie i według mnie to on jest faworytem do zdobycia wygrania walki i zdobycia walizki. O ile jest na bieżąco z komentarzami i nie będzie miał straty za aktywność to stawiam na to kasę. No uwielbiam te jego wypowiedzi, mega klimat, super precyzja, świetna zabawa słowem - bardzo to doceniam. Halloway dostał duże ułatwienie z piramidką i wykorzystał ją w pełni, mocno odpalony ten Halloway, ale tak powinno być, wkurzony po stracie pasa, musi się chcieć odbić. Tutaj też jestem pod wrażeniem, że dało się znaleźć i utrzymać ten złoty środek, dzięki któremu mamy poważną postać, która jest specjalistą od torii spiskowych. No nie spodziewałem się, że da się to zrobić tak dobrze. Dlatego też dobrze, że to właśnie on się odpala po wypowiedzi Leone, żeby jeszcze bardziej podkreślić, że jest drażliwy na jego punkcie, no bo w końcu kosztował go pas. Maksiu jaki podbudowany na początku, nie wiem czy nie trochę za szybko, bo przed chwilą nie chciał dać dokończyć Blaze'owi co o nim myśli, a tutaj nagle już wierzy w to, że traktują go poważnie. Gdyby to było po walce tagowej to bym rozumiał, a tak to dla mnie troszeczkę za szybko ta podbudowa. Mantel wyszedł ok, nie było to złe, ale nie było też świetne. Było po prostu ok. Jest dobrze oddany gimmick, jest hipokryzja, która przy takiej postaci musi się pojawić. Więc na pewno niczego nie brakuje. Żeby był fajerwerki to chyba po prostu oczekiwałbym ładniej złożonych zdań, bo tutaj trochę odstaje od pozostałych. Poziom całości jest bardzo wysoki, bardzo fajnie i szybko się to czyta. Aldis pokazał jak się prowadzi debaty, można brać przykład. Ma wszystko pod kontrolą, ale jednocześnie nie jest gwiazdą tego segmentu. No cholernie mocny początek Elysium.

Powrót Dolnicka i Rumble - No i jest nasz kochany Grubasek. Szczerze to myślałem, że będzie mi go mocniej brakować, ale przy takim nagromadzeniu świetnych postaci, jakie mamy na Elysium, które są dobrze uzupełniane komediowymi to jednak nawet nie zauważyłem specjalnie jego braku xD No ale jak wraca to mordka się cieszy, nie powiem. Wiem też jaki jest mniej więcej na niego plan i podoba się to dla mnie. Ciekawie będzie patrzeć na nich z innej perspektywy, ale mimo wszystko będę tęsknić. Maksiu też jest teraz super, ale no, dalej będę tęsknił za zarumienionym przystojniakiem z wilgotnymi włosami. Zobaczymy jaki będzie odbiór ostatecznie. Bardzo doceniam pogubienie najważniejszych fragmentów, a w zasadzie nawet eliminacji. Bardzo przejrzyście to zabookowane, wszystko z sensem. Honorowy Japoniec musiał wylecieć pierwszy, więc jestem spełniony. Bardzo dobrze to zostało rozplanowane, bo tu serio story mają swoje odzwierciedlenie i to, co dzieje się w ringu serio ma znaczenie. Pcha fabułę do przodu. A to niby tylko mały Rumble. Naprawdę gratuluję przemyślenia. Z najważniejszych rzeczy to muszę zwrócić uwagę, że Brutal został bardzo mocno zabookowany, ale to nie jest nowość. On niby wszystko przegrywa, ale totalnie nie traci na przebiegu walki. Ta końcówka giga heroiczna w jego wykonaniu. I to wszystko, co się wydarzyło tutaj jest idealną przepustką do wydarzeń z zakończenia gali. Jak to się pięknie klei. Ale o samym Brutalu później, nie chcę się potem przy ostatnim segmencie powtarzać. Dolnick ostatnim zawodnikiem, zobaczymy jak pójdzie wszystkim na BS, ale ja tam nawet mam konkretną wizję jak to powinno wyglądać i wszyscy powinni być zadowoleni. Bo jak tak sobie myślę to dla postronnego widza to może nie być jakaś świetna informacja i taki Dolnick może mieć za mały star power, żeby dołączyć do takiego grona. Ale spokojnie, dobrym planem wszystko się obroni.

River - Ehh… no ja rozumiem, że to ma być face z jajami, ale uważam, że w oficjalnym wystąpieniu do dzieci przeklinanie jest wręcz niedopuszczalne. I bardzo mnie to kłuje w oczy. Naprawdę River by nic na tym, nie stracił, jakby tego przekleństwa nie było, a z kolei stracił na jego obecności. Naprawdę nie trzeba budować charakteru postaci na przekleństwach. I ten fragment jak wychowawczyni gada, że to prawda i go znała osobiście imo do wywalenia, bo tak sztucznie to brzmi. Ponarzekałem to teraz w drugą stronę, bo mocnych rzeczy jest zdecydowanie więcej. Bardzo podoba mi się to co się dzieje z Riverem, bardzo fajnie to zostało odegrane. Fajnie, że przy okazji story z Kline'em akurat wyrzuca z siebie takie rzeczy, mega to pasuje dla mnie. Klimat jest absolutnie zajebsity, nawet ta Budka Suflera się tu wpasowała całkiem nieźle. Ogólnie to czuję w całości taki klimat Stephena Kinga, to mówienie o "duchu" woźnego, o wsłuchiwaniu się w budynek, bardzo mam tutaj vibe Kinga i doceniam, bo uwielbiam jego dzieła, także jak coś mi się z nimi kojarzy to zawsze jest plus. Podoba mi się też, że dalej na spokojnie opowiadamy historię Rivera, mimo tego, że zaraz PPV i można byłoby chcieć przyspieszyć, żeby to dopchnąć do walki. A tak, wiemy już, że to się przeciągnie, zdecydowanie się przeciągnie. I bardzo mnie to cieszy, bo z przyjemnością się to czyta. No kurde, nie schodzimy z poziomem od samego początku, ale to jest peak cały czas. Aż nie wiem, czy nie byłoby dobrze wrzucić tu już jakiegoś komediowego segmentu, bo za długo widz ma peak i taki 67 mango musztarda kukuryna ejoyer już by trafił na oddział ratunkowy z przebodźcowania xD na szczęście ja jeszcze nie mam zgniłego mózgu, więc daję radę i się świetnie bawię xD


Paddy i Dolnick - od razu widzimy, że Dolnick wchodzi na poważnie. Potrzebny był imo ten segment, żeby to zaznaczyć. Podoba mi się ten zabieg, jak takim krótkim segmentem, w którym Dolnick nie wypowiada ani jednego słowa, można pokazać przemianę zawodnika. Brawo.

Elias i Tatsu - Ale ten Yoshi to jest jednak niehonorowa kurwa. Najpierw kłamie o łatwej walce, potem obiera za cel swojego ucznia, a teraz go jeszcze niecharakternie z zaskoczenia straszy. Ale on będzie siadać na butlę w kryminale, oj będzie. Powrót skibi toilet, od razu jestem ukontentowany. Skąd tam się wzięła ta aluminiowa konstrukcja? xD ale mocno animcowa ta końcówka, mentor wierzący w swojego ucznia i uczeń, który nawet nie wie jak tego dokonał, nice. No śmiechłem, co mam powiedzieć xD bardzo sympatyczny przerywnik xD

Eli - rodzina Elich rośnie w siłę. Moc (i wąsy) są w nich silne. Skoro już są w komplecie to teraz ogoleni chłopcy mogą czuć strach. Ja bym się bał. Na szczęście zarówno IRL, jak i moje postacie, jesteśmy zarośnięci, więc czuję się bezpieczny. Zero presji. Zero potrzeb. Teraz czekam na ich wspólny segment. "Eli dołącza do Elich" powinno wejść na stałe do ich repertuaru xD

Rock/Finnegan - no zaś tym Fineganem w łeb dostaniesz. Co ma kurwa stypulacja do tego? To, że walczyli o miejsce w EC niczego nie zmienia, jakby w singles marchu mieli tą samą stypulację, czyli walkę o miejsce w EC Matchu to co by to zmieniło? To, że byłby to inny gimmick match… to już prędzej. No ale podsumowując całość to bardzo dobrze oddane emocje Rocksa. On na każdym kroku pokazuje, że jest strasznym raptusem i tutaj konsekwentnie się tego trzyma. A porażka w ważnej walce jak najbardziej może być bodźcem do takiego odpalenia się. W dalszym ciągu bardzo mnie intryguje jego relacja z Eddiem, będę bardzo intensywnie śledzić rozwój, bo to wydaje się mega ciekawe. Jest potencjał. Ale spoko wyszła ta "rozmowa", bardzo naturalnie, jeśli można tak powiedzieć o rozmowie z wymyślonym przyjacielem. Finnegan to ma esse xD to jest dokładnie to, co mówiłem ostatnie, że on jest taki bezgranicznie dobry, co by się nie działo. Chłop jest obrażany kolejny raz, lecą groźby, a on jeszcze pociesza Rocksa xD zajebisty kontrast jest między nimi i cudownie się płynie przez ten segment. Co prawda przy tym zaproszeniu na surfowanie już myślałem, że chłop leci z sarkazmem i jednak nie jest taki cukierkowy, ale walnąłem się w łeb i jestem pewny, że to było jednak dopełnienie tej jego dobroci totalnej. Ale on będzie wyzwaniem dla Heeli, żeby z nim prowadzić rozmowę bez bicia go xD ale dobra robota, bardzo gimmickowo. A Rocks jakie zakończenie, przysięgam, że zaczynając to czytać nie spodziewałem się, że to się kończy rękoczynami. Fajny nawiązanie do śmieci i domu. No Chris się o to prosił xD Rocks jest w pełni usprawiedliwiony. Przyjemny segmencik.

River i Paddy - River kontynuuje swoją tajemniczą grę. Domyślam się, że to oznacza, że Kline i Silas są w sierocińcu. Skoro River mówił, że ma wrażenie, że nie może z niego wyjść to na bank będzie jeszcze bardzo ważne miejsce. Paddy znowu się bawi w chłopca na posyłki, ale on tak pasuje w tej roli chłopca od wywiadów i chłopca na posyłki xD w sensie, to tak całkiem fajnie dopełnia rolę tej postaci na Elysium. Może nie jest to bangerek, jak jego poprzednik segment, ale jest to bardzo przyjemny łącznik między wydarzeniami. Potrzebny łącznik, jak najbardziej. Czytało się szybko i przyjemnie. Wcześniej mówiłem o Kingu, teraz już bardziej jest klimat detektywistyczny/kryminalny, także jest inaczej, ale w dalszym ciągu ciekawie.

Sacrale i Vizzini - Niby segment karniaczek, który w zasadzie mógłby niewiele wnosić, a tutaj się bardzo przyjemny dialog wywiązał. Bardzo podoba mi się jak się rozwijają relacje w The Outfit. To cały czas idzie do przodu, każdy segment coś wnosi i daje do myślenia. Super gra tutaj różnica charakterów obu zawodników, Sacrale jak zwykle bardzo emocjonalny, targają nim te emocje, jak zawsze ma coś do powiedzenia, martwi się, ma wątpliwości, a Vizzini robi swoje, bo i tak trzeba to zrobić, a potem wrócić do realizacji planu, bo każdy krok jest w nim ważny. Na spokojnie, na chłodno, bo przecież denerwowanie się w tej sytuacji nic nie da. Klasa. Bardzo fajnie mi się to czytało, świetne słownictwo tutaj zostało użyte i bardzo fajna dynamika dialogów. Niby taki segment przerywnik, ale serio zrobił fajną robotę.

Loserweight - No cóż, to była moja inicjatywa, żeby ten piękny pas wprowadzić. Odkąd się dowiedziałem, że coś takiego istnieje to się zakochałem w tym pomyśle i uważam, że przy takiej ilości komediowych postaci to wręcz idealnie pasuje na Elysium, bo komediowo to ma dosłownie nieograniczony potencjał. Bardzo się cieszę, że chłopaki się zgodzili i mam nadzieję, że się spodoba, bo zakładam, że dla większości to będzie nowy koncept. Brown jest świetnym pierwszym posiadaczem. Co prawda liczyłem na Yoshiego w Battle Royalu, ale ciężko byłoby zabookować tak, żeby przegrać i zdobyć pas xD

Arystokracja - No proszę, proszę. To Zdecydowanie najlepszy segment tego składu od czasu pobitych garów, gdzie McŁowicz przygotowywał kanapkę. Robcio znowu znalazł w sobie trochę ognia, tutaj już widziałem bardziej początkowego McŁowicza, ale to jeszcze nie był do końca on. Mimo wszystko wypadł tutaj dobrze, bardzo naturalnie. Arystokraci też naprawdę dobrze, Alistair taki głos rozsądku, wszystko tłumaczy logicznie, rozumiem już czemu został doradcą. Bardzo sprawnie potrafił przekazać Lordowi, że nie dowiózł sportowo w taki sposób, żeby ten się o to nie obraził, mega szanuję. Do tej pory uważałem go za zbędny dodatek, ale tutaj wypadł naprawdę fajnie. No i Lord też bardzo ładnie poleciał, miał dużo materiału, żeby na nim pracować i bardzo ładnie go wykorzystał. Są odpowiednie emocje, odpowiednie słownictwo, dotknięte zostały odpowiednie tematy. Jak najpierw patrzyłem na ten segment to wydawało mi się, że będzie długi, ale absolutnie nie jest. Przeszedłem przez niego bardzo sprawnie i naprawdę dobrze się bawiłem. Brawo, super robota Panowie.

Lopez - Ależ Lopez nam tutaj odleciał, no ale jako heel i główny mistrz ma do tego prawo i to pasuje. Żałuję, że nie miałem okazji zobaczyć tego przed napisaniem speecha Blaze'a, bo bym się do tego odniósł i byłoby to bardziej spójne. Ale i tak się wszystko spasowało, więc nie ma na co narzekać. Wracając do tematu to spodziewałem się tutaj fajerwerków i je dostałem. Lopez w dalszym ciągu jest villainem ostatecznym, który w tym momencie porzucił już gierki. W zasadzie to jest już na tym etapie, że w sumie nie mam dla niego żadnego znaczenia, czy ktoś zna jego plan, czy nie. Równie dobrze może się z niego wysprzęglić przed całym światem, bo jest tak bardzo pewny, że już nikt nie jest w stanie go powstrzymać i przed odpaleniem broni ostatecznej rozpoczyna odliczanie. A wiadomo, że zawsze w czasie odliczania ponawiaja się bohater, który go powstrzyma xD Cały czas, od momentu zdobycia, aż do teraz, w każdym segmencie, każdy opis i ton wypowiedzi Lopeza jest dla mnie bardzo spójny. Czyli ma srogi syndrom niedocenienia, szuka uznania i akceptacji, cholernie widać jak mu tego brakuje. I na tej gali to Blaze wychodzi upper handem, więc widać jak to go odpala, widać jak odlatuje, czuć jak puszczają mu hamulce, jak popada w szaleństwo byle tylko nie być postrzeganym jak ktoś komu coś nie wyszło, tłumaczy się, żeby w swojej głowie czuć się usprawiedliwiony przed innymi. Ta obsesja już go całkowicie opanowała. Bardzo dobry speech, bardzo mocno czuć w nim emocje i to zatracenie Lopeza. Na początku myślałem, że on się będzie kreować na gościa, który ma wyjebane, ale jest dokładnie odwrotnie. Widać jak kurewsko mu zależy. I ja to bardzo doceniam. Bardzo dobry segment, mega szybko przez niego przeszedłem i świetnie uzupełnia historię. Kapitalna robota

Blaze - Aż wstyd się przyznać, ale 4 razy siadałem do tego segmentu i pisałem go od nowa. Najpierw odjebałem pobite gary i wyszedł mi segment na 1500 słów, bo pierwszy raz od dawna znowu wróciła mi mega przyjemność z pisania Blaze'a, więc trzeba było poprawić, w drugiej wersji nie czułem ognia w ogóle, a trzecia znowu była za długa xD to jak wyszło to miałem wrażenie, że znowu za krótkie było, bo to jednak ostatnia przemowa na zakończenie bardzo długiego story, ale już nie chciało mi się przerabiać i wysłałem. Parząc po długości speecha Lopeza to była dobra decyzja. Ostatecznie jestem bardzo zadowolony z tego segmentu. Miał być ogień, jest ogień. Blaze był ciśnięty i stawiany pod ścianą przez większość tego story (umyślnie) i trzeba było dać mu się odbić, żeby go znowu uwiarygodnić przed tym rewanżem. I tak, ja też używam przekleństw jak pisze segmenty. Tylko jaki jest wydźwięk, jak Blaze pierwszy raz od powstania federacji przeklina na zakończenie długiego i mega personalnego konfliktu, a jak to się pojawia dosłownie w każdym segmencie. No ale wróciła radocha z pisania Blaze'em, głównie przez zajebisty pomysł na to zakończenie. Udało się przywrócić ogień tej postaci. Dziękuję, naprawdę - bardzo dziękuję. I najlepszym dowodem na to jest właśnie to, że zajebałem srogiego tasiemca na początku xD dwa tygodnie temu jeszcze nie byłbym w stanie tego zrobić.

Kline i River - Mocny towar. Dalej bardzo podoba mi się kontrast, jak Kline precyzyjnie mówi, wręcz mechanicznie, jak maszyna, która została zaprogramowana na badanie i analizę, z kolei u Watersa emocje aż wylewają się z każdej wypowiedzi. Bardzo psychologiczna rozgrywka i to też bardzo mi siedzi. Zagaduję, że zastrzyk oznacza, że nie będziemy mieć walki PPV, ale pociągniemy to do kolejnej gali. I bardzo dobrze, bo feud nie osiągnął jeszcze peaku. Tutaj jest potencjał jeszcze na poważny rozwój i naprawdę interesujące rzeczy mogą się tu jeszcze wydarzyć. Tym bardziej, że domyślam się, że teraz Waters zostanie porwany, poddany jakiejś brutalnej próbie, a na kolejnej gali uda mu się uciec i będzie podejmował próbę odwetu, żeby znowu na ostatniej gali przed PPV byli even przed walką. Żeby było widać, że Silas może zgnieść Rivera jak robaka, ale żeby było wiadomo, że River też może zrobić krzywdę Silasowi. Tak mi się wydaję, tak to widzę. Mocne strzały tutaj lecą z obu stron, bardzo równy ten segment wyszedł. Naprawdę świetna robota.

zakończenie - jestem odpowiedzialny za całość od początku wydarzeń po walce, aż do ostatniej wypowiedzi Leone i jestem wręcz kurewsko zadowolony z tego jak to wyszło. To jest jedna z lepszych rzeczy, jakie wyszły spod mojej ręki, moim zdaniem oczywiście. A uważam tak, bo jeszcze nigdy nie prowadziłem takiej postaci, zawsze jak był to heel to był to albo rozpierdalacz, albo ewentualnie mroczna postać, więc to była dla mnie totalnie nowa rola, żeby tak namawiać kogoś do złamania się. Do tej pory moje postacie korzystały rczej ze strachu lub siły, a tutaj musiałem to psychologicznie ugryźć. Starałem się dobrać idealne słownictwo, uderzyć w odpowiednie tony. Szeptać do uszka jak diabełek i moim zdaniem wyszło bardzo przekonująco. Co do drugiej części to powiem tylko tyle, że widziałem obie wersje i były całkowicie nieakceptowalne. Nie wiem, chyba trochę wyobraźni zabrakło, jak to by wyglądało IRL, ale ostatecznie widzę, że @brother Jakub poprawił i weszła akceptowalna wersja ostatecznie. Dopełnienie Brutalowego face turnu ostatecznie wyszło mega mocno, bo Brutal fajnie na początku pokazał rozterki, dzięki czemu widać, że liryczny wysiłek Leone nie poszedł na marne. Potem sobie spuszczając poważny wpierdol Sacrale, ostatecznie sam przepędził całe Outfit z ringu. Może nie bez sprzętu, ale tak to by się właśnie nie mogło wydarzyć, musiał mieć coś, co pozwoli mu ich przestraszyć. I odbija sobie tutaj bardzo dużo tego szurania po dnie. Jak mniemam teraz będziemy mieli stopniowe wstawanie z kolan i wystrzał w górę. Tak przynajmniej to powinno wyglądać, bo cała historia Brutala, w zasadzie od story z Eliasem zmierzało w tym kierunku. Mieliśmy gigantyczny kryzys, face turn, ale taki nie do końca, porażkę za porażką, wszystko żeby dopełnić ten face turn. Kapitalnie to zostało zaplanowane. Wszystko ma gigantyczny sens i jest to wspaniałe redemption story. Co do jakości samego tekstu, atak wyszedł akceptowalnie po poprawkach, szkoda, że tak musiało być, bo tutaj był duży potencjał, żeby to fajnie rozpisać. A co do samej wypowiedzi to jest ok. Jest dużo emocji, tak powinno być, ale nie ma fajerwerków. No i te angielskie wstawki są do wyjebania, strasznie to dziwnie wygląda. Skoro Brutal nagle mówi po angielsku, to w jakim języku mówi później? Po Polsku? Do angielskiej publiczności? No komicznie to wygląda po prostu i psuje odbiór. Poza tym, szanujmy się. Hej, Matkojebcy brzmi mega potężniej niż cipkowate Hey, motherfuckers. Aż się początkowy Elias przypomina. No i to Leone mówił o starym Brutalu, nie Vizzini, także też nieprecyzyjne podanie. Obrazek mocarny, tylko wykonanie trochę kuleje.

Podsumowanie - ogólnie to czuję się oszukany, że @brother Panter ma problem, że Leone jest za dużo na gali i musi jak najkrócej, ale z tym, że Rivera jest jeszcze więcej to totalny luz. Ale już abstrahując od tej ewidentnej potwarzy to muszę przeprosić za swoją małą wiarę. Jak dwa tygodnie temu usłyszałem, że ta gala to może wyjść lepiej niż #4 to hardo twierdziłem, że nie ma szans, bo tam to były bangery. No i muszę przyznać, że naprawdę nie doceniłem poziomu wtedy. Nie jestem w stanie określić, czy gala wyszła lepiej, czy gorzej, ale na pewno wyszła porównywalnie. A jeśli da się ją porównywać z #4 to jest turbo sztos. Czapki z głów i autentycznie przepraszam, bo byłem pewny, że do tego poziomu już nie damy rady doskoczyć. Gala jest absolutnym sztosiwem, trzyma zajebiście wysoki poziom od początku do końca. Mamy mega mocny obrazek na rozpoczęcie. Mega mocny obrazek na zakończenie. No gniecie jaja ta gala. Tu było tyle bangarów, że szok xD i jeszcze wszystko poukładane i spięte ze sobą odpowiednio. Szkoda szczempić ryja, naprawdę wybitna gala.

[Obrazek: 4295.png]
9/0/2
1x LPW World Champion

[Obrazek: 6651.png]
4/0/0
1x Eternal Champion [current]
Odpowiedz
Cytuj
21.10.2026, 16:41
#5
Skoro Mistrz i Mistrz i Don już napisali komentarze, to czas na mnie. (Ogólnie to powinienem być pierwszy, ale nie zawsze się da) Otwieram sobie piwko, Perłę. Można się bawić. Opisy są bardzo ładne, takie żywe (czyli realistyczne) i dopracowane. Jak sobie tak popatrzycie ogólniej na forum i na to jak wygląda praca nad postaciami, budowanie ich i zaangażowanie w proces, to właśnie moim zdaniem mocno w opisach da się odczuć, kto jest dobry, a kto wybitny. Tutaj panowie raczej należą do tej drugiej kategorii ; ) Czyli do tej LEPSZEJ, żeby nikt nie pomyślał, że DRUGA ZNACZY SIĘ GORSZA. Bo tutaj niektórym (!) to trzeba łopatologicznie tłumaczyć. Powiem wam tak. Wyszło to dużo lepiej niż się spodziewałem, ja jakoś wielkim fanem takich wizyt nie jestem (chociaż sam zapierdalam po sierocińcach, tak tak) ale to dlatego, że przeważnie te postaci są tam nijakie. Matki to już w ogóle zazwyczaj są przestraszone i takie wycofane. A tu mamy fajną, konkretną babkę, która od pierwszego zdania daje nam do zrozumienia, że ani nie jest głupia, ani nie jest przestraszona. Lopez i jego obsesja JABŁKAMI jest już szeroko znana, teraz wychodzi na to, że ma też sadomasochistyczne zapędy. Szczerze? Zero zdziwienia. Ta jego wypowiedź rzeczywiście mocna, bo widać, że chłop po prostu się odkleja. To jest swego rodzaju zaburzenie, obsesja. On chce po prostu pokazać, że naprawdę jest w stanie posunąć się jeszcze dalej i na Danse Macabre możemy być tego świadkami. Ogólnie to, że Lopez od tak sobie podaje środki nasenne rywalowi i się do tego przyznaje...no cóż. Powinien mieć spore problemy. Większe niż w przypadku pokazywania trupów w TV, bo uwaga - trupy w TV się pokazuje. A to jest wrestling, na dodatek dość hardcorowy z tego co tu widać. To taka mała dygresja. Przejdźmy jednak dalej, bo segment rzeczywiście ciekawy. Grożenie bronią też grube. Chociaż to Texas, więc czy można się o to czepiać? Chyba nie xD A tak serio serio, to doceniam w ogóle jak to zostało zorganizowane. Bo pomysł jak pomysł, mógł kompletnie nie wypalić. No, a tu mamy naprawdę mocny wstęp, gdzie matka nie gra tła, ba...Axel to dopiero teraz pokaże, po kim ma jaja.

42 sekundy - tyle zajęło mi przeczytanie wypowiedzi Dereka. Jak się siłujecie na takie mądrości, że uciekacie z czasem, to sprawdzajcie tego wiarygodność. Bo potem zamiast realizmu jest głupotka.  No, a taki Edgar np. odczekuje kilka sekund, a tak naprawdę wypowiada dwa zdania. To co? Generalnie większość wypowiedzi jest za krótka, jak na to ile dostali czasu, tym bardziej, że tam przeważnie jest "koniec czasu". Ktoś może to uznać za czepianie się i pewnie tak będzie, bo z przyjmowaniem krytyki jest ciężko, ale postanowiłem po prostu to sprawdzić. Z tych pierwszych wypowiedzi to najbardziej podeszli mi Don i Maxwell, bo byli po prostu najbardziej naturalni. Edgar mógł się po prostu wysilić na coś więcej, a Derek? Złe to nie było, ale jednak taka mocno gimmickowa wypowiedź w tej konwencji wydaje się bardziej naciągania niż zwykle. On najlepiej sprawdza się w dialogach, jak jest od razu szansa, że ktoś mu powie "ale pierdolisz", a on wtedy zaczyna pierdolić jeszcze bardziej : ) W drugiej turze Edgar wyszedł już ciekawiej, to co powiedział o Leone, sprytne. Aczkolwiek koło czarnego konia to on nie stał, nie przesadzajmy. Promocja była krótka, ale tak intensywna, że większość uważa go za faworyta. Derrick w tej drugiej wypowiedzi bardziej płynie niż w pierwszej, bo tam chyba niepotrzebnie nawiązał do gabloty, przecież nie musi robić tego co galę, żeby podtrzymać gimmick. Tutaj jest dużo tej pewności siebie i konkretne pociski, jak chociażby ten w stronę Ransoma. Dobrze to wyszło. Na koniec musiała się zrobić jakaś jatka, Don w sumie sprytnie się zachował, dokładnie tak jak ON powinien zrobić to w tej sytuacji, a Derek? To też pasuje, że akurat on nie wytrzymał, bo jemu raczej wiele nie potrzeba, żeby się odpalił. Myślę, że spoko segment, czasami te odpowiedzi mocno sztampowe, ale takie rozwiązanie przed walką wieloosobową zazwyczaj się sprawdza i myślę, że tu też ogólnie trzeba to pochwalić.

Brutalnie wam powiem. Nie chcę oglądać Dolnicka. Nie tęskniłem za nim. Na PPV albo ktoś go przekupi, albo ktoś go zaatakuje, albo on coś odjebie. Nie wierzę w to, że serio znajdzie się w tej walce. Może być też tak, że się znajdzie i pomoże Maxwellowi wygrać, ale wątpię w to. Ogólnie ta jego wygrana to musi być jakiś mocny element show, że się tak wyrażę.

Tak. Tutaj jest parę rozwiązań, które będą dość istotne w przyszłości. Odniosę się do Remika, bo on tam pisał o tym przekleństwie i ja tylko chciałbym zwrócić uwagę, że on tutaj cytuje te dzieciaki, które generalnie często są z patologicznych rodzin, często miały złe wzorce, wiec tutaj wydaje mi się, że to akurat jak najbardziej jest na miejscu. Jakby se tak rzucał mięsem sam dla siebie, to bym przyznał rację, a tak to CHCĘ SIĘ POKŁÓCIĆ. Nie, no - każdy ma coś w głowie tworząc te swoje segmenty, więc wolę wytłumaczyć, co miałem ja. A odbierać też każdy może to jak chce, takie piękno demokracji i forum.

Kongusek nerwusek xD Ja jebie, ale mnie to wzięło. Eklerki to jego ulubiene chyba, nie? Święty Skibidi Toilet xD Kolejne złoto, oj mamy MVP gali chyba. Boże xD Jaki to był dobry i głupi segment. Ta końcówka to w ogóle majstersztyk. Ciało ruszyło się samo, rozumiecie? Czyli on jest DOBRY. Wewnątrz to dobry chłopak! Teraz czekać jak Tatsu dotrze do niego...w sensie poprzez penetrację. (umysłu) i będziemy mieć wielką przemianę bohatera.

Pogrubiony tekst jest dosyć ważny. Co nie, Panterka?

Cottonpicker to już poważne działo. Czyli generalnie chodzi o to, że to jest mu*** i zapierdala za miskę ryżu? XD

Rocks i Surfer. Oj, dośc mocne to było. Widać, że Xebec to ambitny chłop, bo tak jak powiedział Chris - teoretycznie nic wielkiego się nie stało, wypadł z Battle Royal i tyle. No, ale fajnie, że jest taki segment, bo to pokazuje, że Rocks rzeczywiście chciał to wygrać i wiedział, że ma realną szansę. Takimi małymi rzeczami można sporo zbudować. A tutaj ewidentnie się w ogóle feud kreuje coraz bardziej, więc to też spoko. Surfer będzie miał mam nadzieje okazję się odgryźć, bo tutaj na razie mieliśmy to dość jednostronnie przedstawione. Co akurat było słusznym zabiegiem, bo czasami lepiej pokazać wyraźniej jedną osobę niż dwie nijak.

"Oni tam są" - to było zbędne, celujmy w inteligentnych czytelników, raczej większość by ogarnęła. A tak to uważam, że spoko przerywnik. Dość intensywnie gadaliśmy o tym, jak to wszystko upchnąć na tej gali, stąd w ogóle jej lokalizacja. (!)

BOŻE RAGU, A NIE BOLOGNESE. BRAWO PANOWIE. Jest nadzieja w narodzie. Zauważyliście co ten Vizzini puścił? Bo ja zauważyłem. No, tak...Edgar wisi nad nimi bardziej niż niektórymi się może wydawać. Ogólnie to bardzo przyjemna muzyczka, bo sobie puściłem. Jakoś 6 lat temu trochę słuchałem Avatara, a potem kompletnie o tym zapomniałem, więc dzięki za przypomnienie. Wracając jednak do sensu segmentu xD To jak oni są innymi ludźmi to jest świetne i idealnie sprawdza się właśnie w takiej konwencji i dialogach. Najbardziej tutaj uderza ten tekst o braku drugiej strony i ta odpowiedź Vincenzo. Myślę, że to się bardzo mocno rozwinie po PPV. Ciekawi mnie naprawdę jak się dalej potoczą losy The Outfit, bo te postaci są coraz bardziej krwiste i domyślam się też, że plany są tam konkretne. Więc chociażby dlatego chciałbym, żeby to chwilę jeszcze przetrwało. Tak do świąt, chociażby. Dobry segment całościowo, pokazuje wprost, że jest porażka - jest kara, a jak widać można ją odbierać różnie.

Pas przegrywa to mocna i absurdalna rzecz. Przeczytałem walkę i no cóż...oni pasują tam idealnie. XD Ja bym chyba tu wprowadził zasadę 24/7, można byłoby to fajnie używać na zapleczu, np. przy komediowych segmentach. Chociaż jak to logicznie ogarnąć, skoro ktoś musi dać się spinować? Chore, panowie, chore. Mam nadzieje, że chociaż trochę pijecie.

KURWA. XD Jak ktoś mi nazwie Hrabiego kopią Lorda Sebastiena, to niech sobie poczyta tego człowieka. Bo tu nie ma już żadnej absolutnie arystokracji. Tak szczerze to McŁowicz ich dobrze podsumował xD Bo oni sobie tam mogą pierdolić, ale fakty są takie, że no od dłuższego czasu są raczej pośmiewiskiem i tego się absolutnie nie da odratować. Tego się nie powinno ratować, to się powinno wypierdolić. Teraz w tej dynamice to można by nawet pomyśleć, że McŁowicz ma nad nimi przewagę, przynajmniej tę psychiczną, po tym co się stało w Battle Royal. No i myślę, że on generalnie na dłuższą metę to se z nimi poradzi i tego mu życzę. Albo niech ich River udusi. UDUSI, nie pobije. (JAKUBIE, ja mam po prostu problem z duszeniem, taka sytuacja)

Boże, jaki ten Lopez jest przebodźcowany. Próbowałem to przeczytać w ten sposób, żeby pasowało do opisu i jest to rzeczywiście coraz mocniejszy psychol, jakby się tak wsłuchać nie tylko w słowa. On ma taką narrację, że co by się nie stało, co by kto mu nie powiedział, to on generalnie do tego dążył i wychodzi na niego. To bardzo wygodne w przypadku heela, ale nie ukrywajmy - dość pospolite. Więc mnie tutaj bardziej jara to, że jemu ewidentnie zaczyna się coś odpinać i może są to wrotki, a może mózg. Dobrze też, że pojawiło się coś takiego, bo on jednak w dalszym ciągu musi być przedstawiony mocno, w końcu w całym tym feudzie to on nadawał kierunek i teraz dostał mocną kontrę, ale to nie jest typ człowieka, który będzie teraz płakał, tylko musi udowodnić chociażby widzom, że "generalnie to osiągnąłem co chciałem, no dobra...może nie to, co chciałem, ale osiągnąłem coś innego i zobaczycie, że pomoże mi to w walce na PPV". 

Super rozwiązanie z tą walką TT. To daje nam naprawdę niezłe możliwości i jest też WIELKIM, momentem dla Ransoma. Co mnie osobiście bardzo cieszy. W ogóle cała koncepcja po walce super wyszła, brawo. A Lopez w końcu stał się gwiazdą, na którą długo aspirował. Wygrane z nimi dają momentum, a przegrane? Przegrane...OTWIERAJĄ DROGĘ. #Carcosa Tak - Blaze super wyszedł, jako ktoś, kto rzeczywiście w pełni pęka, a jednocześnie jest najbardziej "whole" od dłuższego czasu. I tak, tutaj to "KURWO!" wybrzmiało świetnie, mogę się pod tym podpisać. Bardzo emocjonalny i pasujący do całej sytuacji speech, który dodatkowo podgrzewa sytuację przed PPV. I widać to, o czym pisał Remik, że rzeczywiście tym Blazem oddał najlepsze rzeczy od dłuższego czasu. I to nie tak, że tamte były jakoś bardzo złe, bo on poniżej pewnego poziomu nie zejdzie. *popija sobie piwko, rozmyślając jak to kiedyś pięknie się wyzywali na WCW*

Super to Ryśkowi wyszło. Ja tutaj miałem proste zadanie, bo generalnie mam przygotowane z Riverem wszystko na kolejne tygodnie, może nawet miesiące. A widzę, że on oprócz tego, że ma jakiś konkretny plan na relację Kline/Silas i na te postaci, to jeszcze świetnie złapał kontakt z tym, co ja tworzę. Bo tworzę rzeczywiście dość mocno, mrocznie i filmowo. Cieszę się, że to zauważacie, bo odczuwam pełną satysfakcję właśnie z tego, że coś ktoś wyłapał. To czy wszystkim to pasuje, to już drugorzędna sprawa. Świetnie Kline tutaj gra na takiej bardzo niebezpiecznej płaszczyźnie z Silasem, bo on zdaje sobie sprawę z tego, że go kontroluje, a jednocześnie umiejętnie wykorzystuje go do tego, żeby River czuł również to fizycznie zagrożenie, które przecież dla niego przeważnie nie było problemem. Moim zdaniem naprawdę udało się rozwinąć bardzo te trzy postacie i uważam ten program za więcej niż udany. Tutaj raz jeszcze pochwalę Bartłomieja, bo może to zabrzmi jakbym serio miał wyjebane EGO (mam) ale pisanie ze mną i feudowanie takie na 100% to nie jest takie hop siup, bo o ile mi nie zależy na tym, żeby to "moje zawsze było na wierzchu" to jednak mimowolnie potrafię zdominować rywala. (intensywność i głębia) A tutaj tego nie ma i to jest super.

SUPER. Zakończenie idealne wręcz. Ten opis po walce wyszedł naprawdę dobrze, a to też nie jest takie łatwe, bo sporo się tam działo w tle. Leone i jego podejście do sprawy Brutala i tego jak on się zachowuje - idealnie w to wszedł, idealnie podsumował to co Brutal ostatnio robi, ten tekst o wypieraniu natury? Świetny. Do tego ta propozycja. Taka bardzo we włoskim stylu. "Ja Ci w dalszym ciągu daje możliwości, to ty jesteś kowalem swojego losu" No i wybrał Brutal, wybrał tak jak na ten moment się spodziewałem, bo PPV coraz bliżej. Tylko co tam się wydarzy? Tam może się wydarzyć wszystko w klatce. Dlatego właśnie uważam, że to było "Super" bo my przed PPV mamy mnóstwo odpowiedzi, naprawdę. A mimo tego nie wiemy tak naprawdę nic i żyjemy w przeświadczeniu, że najlepsze jeszcze przed nami. Te wypowiedzi Mike'a też spoko, on właśnie powinien korzystać z tej energii od publiczności i być takim kolesiem, którego niełatwo jest złamać, a który potrzebuje pojedynków jak powietrza. Dobrze to wyszło.

Rzeczywiście bardzo dobra gala, tutaj wyżej panowie przywoływali Elysium #4 i tak, to jest ten poziom. Cieszę się, że mogłem być tego częścią. No i gratulacje dla CT za ten twór, a także dla wszystkich, którzy dołożyli do tego cegiełkę.
Odpowiedz
Cytuj
The Game
Valor Champion
21.10.2026, 16:41 #5
Skoro Mistrz i Mistrz i Don już napisali komentarze, to czas na mnie. (Ogólnie to powinienem być pierwszy, ale nie zawsze się da) Otwieram sobie piwko, Perłę. Można się bawić. Opisy są bardzo ładne, takie żywe (czyli realistyczne) i dopracowane. Jak sobie tak popatrzycie ogólniej na forum i na to jak wygląda praca nad postaciami, budowanie ich i zaangażowanie w proces, to właśnie moim zdaniem mocno w opisach da się odczuć, kto jest dobry, a kto wybitny. Tutaj panowie raczej należą do tej drugiej kategorii ; ) Czyli do tej LEPSZEJ, żeby nikt nie pomyślał, że DRUGA ZNACZY SIĘ GORSZA. Bo tutaj niektórym (!) to trzeba łopatologicznie tłumaczyć. Powiem wam tak. Wyszło to dużo lepiej niż się spodziewałem, ja jakoś wielkim fanem takich wizyt nie jestem (chociaż sam zapierdalam po sierocińcach, tak tak) ale to dlatego, że przeważnie te postaci są tam nijakie. Matki to już w ogóle zazwyczaj są przestraszone i takie wycofane. A tu mamy fajną, konkretną babkę, która od pierwszego zdania daje nam do zrozumienia, że ani nie jest głupia, ani nie jest przestraszona. Lopez i jego obsesja JABŁKAMI jest już szeroko znana, teraz wychodzi na to, że ma też sadomasochistyczne zapędy. Szczerze? Zero zdziwienia. Ta jego wypowiedź rzeczywiście mocna, bo widać, że chłop po prostu się odkleja. To jest swego rodzaju zaburzenie, obsesja. On chce po prostu pokazać, że naprawdę jest w stanie posunąć się jeszcze dalej i na Danse Macabre możemy być tego świadkami. Ogólnie to, że Lopez od tak sobie podaje środki nasenne rywalowi i się do tego przyznaje...no cóż. Powinien mieć spore problemy. Większe niż w przypadku pokazywania trupów w TV, bo uwaga - trupy w TV się pokazuje. A to jest wrestling, na dodatek dość hardcorowy z tego co tu widać. To taka mała dygresja. Przejdźmy jednak dalej, bo segment rzeczywiście ciekawy. Grożenie bronią też grube. Chociaż to Texas, więc czy można się o to czepiać? Chyba nie xD A tak serio serio, to doceniam w ogóle jak to zostało zorganizowane. Bo pomysł jak pomysł, mógł kompletnie nie wypalić. No, a tu mamy naprawdę mocny wstęp, gdzie matka nie gra tła, ba...Axel to dopiero teraz pokaże, po kim ma jaja.

42 sekundy - tyle zajęło mi przeczytanie wypowiedzi Dereka. Jak się siłujecie na takie mądrości, że uciekacie z czasem, to sprawdzajcie tego wiarygodność. Bo potem zamiast realizmu jest głupotka.  No, a taki Edgar np. odczekuje kilka sekund, a tak naprawdę wypowiada dwa zdania. To co? Generalnie większość wypowiedzi jest za krótka, jak na to ile dostali czasu, tym bardziej, że tam przeważnie jest "koniec czasu". Ktoś może to uznać za czepianie się i pewnie tak będzie, bo z przyjmowaniem krytyki jest ciężko, ale postanowiłem po prostu to sprawdzić. Z tych pierwszych wypowiedzi to najbardziej podeszli mi Don i Maxwell, bo byli po prostu najbardziej naturalni. Edgar mógł się po prostu wysilić na coś więcej, a Derek? Złe to nie było, ale jednak taka mocno gimmickowa wypowiedź w tej konwencji wydaje się bardziej naciągania niż zwykle. On najlepiej sprawdza się w dialogach, jak jest od razu szansa, że ktoś mu powie "ale pierdolisz", a on wtedy zaczyna pierdolić jeszcze bardziej : ) W drugiej turze Edgar wyszedł już ciekawiej, to co powiedział o Leone, sprytne. Aczkolwiek koło czarnego konia to on nie stał, nie przesadzajmy. Promocja była krótka, ale tak intensywna, że większość uważa go za faworyta. Derrick w tej drugiej wypowiedzi bardziej płynie niż w pierwszej, bo tam chyba niepotrzebnie nawiązał do gabloty, przecież nie musi robić tego co galę, żeby podtrzymać gimmick. Tutaj jest dużo tej pewności siebie i konkretne pociski, jak chociażby ten w stronę Ransoma. Dobrze to wyszło. Na koniec musiała się zrobić jakaś jatka, Don w sumie sprytnie się zachował, dokładnie tak jak ON powinien zrobić to w tej sytuacji, a Derek? To też pasuje, że akurat on nie wytrzymał, bo jemu raczej wiele nie potrzeba, żeby się odpalił. Myślę, że spoko segment, czasami te odpowiedzi mocno sztampowe, ale takie rozwiązanie przed walką wieloosobową zazwyczaj się sprawdza i myślę, że tu też ogólnie trzeba to pochwalić.

Brutalnie wam powiem. Nie chcę oglądać Dolnicka. Nie tęskniłem za nim. Na PPV albo ktoś go przekupi, albo ktoś go zaatakuje, albo on coś odjebie. Nie wierzę w to, że serio znajdzie się w tej walce. Może być też tak, że się znajdzie i pomoże Maxwellowi wygrać, ale wątpię w to. Ogólnie ta jego wygrana to musi być jakiś mocny element show, że się tak wyrażę.

Tak. Tutaj jest parę rozwiązań, które będą dość istotne w przyszłości. Odniosę się do Remika, bo on tam pisał o tym przekleństwie i ja tylko chciałbym zwrócić uwagę, że on tutaj cytuje te dzieciaki, które generalnie często są z patologicznych rodzin, często miały złe wzorce, wiec tutaj wydaje mi się, że to akurat jak najbardziej jest na miejscu. Jakby se tak rzucał mięsem sam dla siebie, to bym przyznał rację, a tak to CHCĘ SIĘ POKŁÓCIĆ. Nie, no - każdy ma coś w głowie tworząc te swoje segmenty, więc wolę wytłumaczyć, co miałem ja. A odbierać też każdy może to jak chce, takie piękno demokracji i forum.

Kongusek nerwusek xD Ja jebie, ale mnie to wzięło. Eklerki to jego ulubiene chyba, nie? Święty Skibidi Toilet xD Kolejne złoto, oj mamy MVP gali chyba. Boże xD Jaki to był dobry i głupi segment. Ta końcówka to w ogóle majstersztyk. Ciało ruszyło się samo, rozumiecie? Czyli on jest DOBRY. Wewnątrz to dobry chłopak! Teraz czekać jak Tatsu dotrze do niego...w sensie poprzez penetrację. (umysłu) i będziemy mieć wielką przemianę bohatera.

Pogrubiony tekst jest dosyć ważny. Co nie, Panterka?

Cottonpicker to już poważne działo. Czyli generalnie chodzi o to, że to jest mu*** i zapierdala za miskę ryżu? XD

Rocks i Surfer. Oj, dośc mocne to było. Widać, że Xebec to ambitny chłop, bo tak jak powiedział Chris - teoretycznie nic wielkiego się nie stało, wypadł z Battle Royal i tyle. No, ale fajnie, że jest taki segment, bo to pokazuje, że Rocks rzeczywiście chciał to wygrać i wiedział, że ma realną szansę. Takimi małymi rzeczami można sporo zbudować. A tutaj ewidentnie się w ogóle feud kreuje coraz bardziej, więc to też spoko. Surfer będzie miał mam nadzieje okazję się odgryźć, bo tutaj na razie mieliśmy to dość jednostronnie przedstawione. Co akurat było słusznym zabiegiem, bo czasami lepiej pokazać wyraźniej jedną osobę niż dwie nijak.

"Oni tam są" - to było zbędne, celujmy w inteligentnych czytelników, raczej większość by ogarnęła. A tak to uważam, że spoko przerywnik. Dość intensywnie gadaliśmy o tym, jak to wszystko upchnąć na tej gali, stąd w ogóle jej lokalizacja. (!)

BOŻE RAGU, A NIE BOLOGNESE. BRAWO PANOWIE. Jest nadzieja w narodzie. Zauważyliście co ten Vizzini puścił? Bo ja zauważyłem. No, tak...Edgar wisi nad nimi bardziej niż niektórymi się może wydawać. Ogólnie to bardzo przyjemna muzyczka, bo sobie puściłem. Jakoś 6 lat temu trochę słuchałem Avatara, a potem kompletnie o tym zapomniałem, więc dzięki za przypomnienie. Wracając jednak do sensu segmentu xD To jak oni są innymi ludźmi to jest świetne i idealnie sprawdza się właśnie w takiej konwencji i dialogach. Najbardziej tutaj uderza ten tekst o braku drugiej strony i ta odpowiedź Vincenzo. Myślę, że to się bardzo mocno rozwinie po PPV. Ciekawi mnie naprawdę jak się dalej potoczą losy The Outfit, bo te postaci są coraz bardziej krwiste i domyślam się też, że plany są tam konkretne. Więc chociażby dlatego chciałbym, żeby to chwilę jeszcze przetrwało. Tak do świąt, chociażby. Dobry segment całościowo, pokazuje wprost, że jest porażka - jest kara, a jak widać można ją odbierać różnie.

Pas przegrywa to mocna i absurdalna rzecz. Przeczytałem walkę i no cóż...oni pasują tam idealnie. XD Ja bym chyba tu wprowadził zasadę 24/7, można byłoby to fajnie używać na zapleczu, np. przy komediowych segmentach. Chociaż jak to logicznie ogarnąć, skoro ktoś musi dać się spinować? Chore, panowie, chore. Mam nadzieje, że chociaż trochę pijecie.

KURWA. XD Jak ktoś mi nazwie Hrabiego kopią Lorda Sebastiena, to niech sobie poczyta tego człowieka. Bo tu nie ma już żadnej absolutnie arystokracji. Tak szczerze to McŁowicz ich dobrze podsumował xD Bo oni sobie tam mogą pierdolić, ale fakty są takie, że no od dłuższego czasu są raczej pośmiewiskiem i tego się absolutnie nie da odratować. Tego się nie powinno ratować, to się powinno wypierdolić. Teraz w tej dynamice to można by nawet pomyśleć, że McŁowicz ma nad nimi przewagę, przynajmniej tę psychiczną, po tym co się stało w Battle Royal. No i myślę, że on generalnie na dłuższą metę to se z nimi poradzi i tego mu życzę. Albo niech ich River udusi. UDUSI, nie pobije. (JAKUBIE, ja mam po prostu problem z duszeniem, taka sytuacja)

Boże, jaki ten Lopez jest przebodźcowany. Próbowałem to przeczytać w ten sposób, żeby pasowało do opisu i jest to rzeczywiście coraz mocniejszy psychol, jakby się tak wsłuchać nie tylko w słowa. On ma taką narrację, że co by się nie stało, co by kto mu nie powiedział, to on generalnie do tego dążył i wychodzi na niego. To bardzo wygodne w przypadku heela, ale nie ukrywajmy - dość pospolite. Więc mnie tutaj bardziej jara to, że jemu ewidentnie zaczyna się coś odpinać i może są to wrotki, a może mózg. Dobrze też, że pojawiło się coś takiego, bo on jednak w dalszym ciągu musi być przedstawiony mocno, w końcu w całym tym feudzie to on nadawał kierunek i teraz dostał mocną kontrę, ale to nie jest typ człowieka, który będzie teraz płakał, tylko musi udowodnić chociażby widzom, że "generalnie to osiągnąłem co chciałem, no dobra...może nie to, co chciałem, ale osiągnąłem coś innego i zobaczycie, że pomoże mi to w walce na PPV". 

Super rozwiązanie z tą walką TT. To daje nam naprawdę niezłe możliwości i jest też WIELKIM, momentem dla Ransoma. Co mnie osobiście bardzo cieszy. W ogóle cała koncepcja po walce super wyszła, brawo. A Lopez w końcu stał się gwiazdą, na którą długo aspirował. Wygrane z nimi dają momentum, a przegrane? Przegrane...OTWIERAJĄ DROGĘ. #Carcosa Tak - Blaze super wyszedł, jako ktoś, kto rzeczywiście w pełni pęka, a jednocześnie jest najbardziej "whole" od dłuższego czasu. I tak, tutaj to "KURWO!" wybrzmiało świetnie, mogę się pod tym podpisać. Bardzo emocjonalny i pasujący do całej sytuacji speech, który dodatkowo podgrzewa sytuację przed PPV. I widać to, o czym pisał Remik, że rzeczywiście tym Blazem oddał najlepsze rzeczy od dłuższego czasu. I to nie tak, że tamte były jakoś bardzo złe, bo on poniżej pewnego poziomu nie zejdzie. *popija sobie piwko, rozmyślając jak to kiedyś pięknie się wyzywali na WCW*

Super to Ryśkowi wyszło. Ja tutaj miałem proste zadanie, bo generalnie mam przygotowane z Riverem wszystko na kolejne tygodnie, może nawet miesiące. A widzę, że on oprócz tego, że ma jakiś konkretny plan na relację Kline/Silas i na te postaci, to jeszcze świetnie złapał kontakt z tym, co ja tworzę. Bo tworzę rzeczywiście dość mocno, mrocznie i filmowo. Cieszę się, że to zauważacie, bo odczuwam pełną satysfakcję właśnie z tego, że coś ktoś wyłapał. To czy wszystkim to pasuje, to już drugorzędna sprawa. Świetnie Kline tutaj gra na takiej bardzo niebezpiecznej płaszczyźnie z Silasem, bo on zdaje sobie sprawę z tego, że go kontroluje, a jednocześnie umiejętnie wykorzystuje go do tego, żeby River czuł również to fizycznie zagrożenie, które przecież dla niego przeważnie nie było problemem. Moim zdaniem naprawdę udało się rozwinąć bardzo te trzy postacie i uważam ten program za więcej niż udany. Tutaj raz jeszcze pochwalę Bartłomieja, bo może to zabrzmi jakbym serio miał wyjebane EGO (mam) ale pisanie ze mną i feudowanie takie na 100% to nie jest takie hop siup, bo o ile mi nie zależy na tym, żeby to "moje zawsze było na wierzchu" to jednak mimowolnie potrafię zdominować rywala. (intensywność i głębia) A tutaj tego nie ma i to jest super.

SUPER. Zakończenie idealne wręcz. Ten opis po walce wyszedł naprawdę dobrze, a to też nie jest takie łatwe, bo sporo się tam działo w tle. Leone i jego podejście do sprawy Brutala i tego jak on się zachowuje - idealnie w to wszedł, idealnie podsumował to co Brutal ostatnio robi, ten tekst o wypieraniu natury? Świetny. Do tego ta propozycja. Taka bardzo we włoskim stylu. "Ja Ci w dalszym ciągu daje możliwości, to ty jesteś kowalem swojego losu" No i wybrał Brutal, wybrał tak jak na ten moment się spodziewałem, bo PPV coraz bliżej. Tylko co tam się wydarzy? Tam może się wydarzyć wszystko w klatce. Dlatego właśnie uważam, że to było "Super" bo my przed PPV mamy mnóstwo odpowiedzi, naprawdę. A mimo tego nie wiemy tak naprawdę nic i żyjemy w przeświadczeniu, że najlepsze jeszcze przed nami. Te wypowiedzi Mike'a też spoko, on właśnie powinien korzystać z tej energii od publiczności i być takim kolesiem, którego niełatwo jest złamać, a który potrzebuje pojedynków jak powietrza. Dobrze to wyszło.

Rzeczywiście bardzo dobra gala, tutaj wyżej panowie przywoływali Elysium #4 i tak, to jest ten poziom. Cieszę się, że mogłem być tego częścią. No i gratulacje dla CT za ten twór, a także dla wszystkich, którzy dołożyli do tego cegiełkę.
Odpowiedz
Cytuj
23.10.2026, 17:40
#6
ET

Kurczę, generalnie widzę, że to ET jest bardzo chwalone, ja mam odrobinę mieszane odczucia. W sensie, wiadomo, że e-federacje rządzą się swoimi prawami, ale w połączeniu z segmentami River&Kline na tej gali, zrobiło się na już naprawdę sporo elementów filmowych i mam wewnętrzną rozterkę czy to dobrze, czy też wręcz przeciwnie.

Ale skupiając się na samym segmencie. Kurde trochę mi to wszystko przypomina drugi sezon fargo. Lopez wypada tutaj na kogoś komu się już dość wyraźnie zaczyna odklejać, tj. w pierwszych chwilach wygląda na spokojnego i konkretnego, ale im dalej w las tym bardziej zaczyna odpinać wrotki. Jestem aż trochę ciekaw w jakie nastroje wpadnie jeśli straci pas, bo u niego lekko dwubiegunową pachnie.

Kreacja Pani mamy na potrzeby segmentu chyba jest jego najmocniejszym punktem i osią, jak mówiłem przypomina mi babkę z S2 Fargo, ale zakładam że jednak bardziej z Yellowstone było coś czerpane. Solidna babka, wierząca twardo w syna aż bym ją zobaczył na czele jakiejś stajni xd użycie broni jako elementu mnie osobiście nie uraża, jest uzasadnione i jest tylko straszakiem, nikt tutaj pojedynku rewolwerowego nie urządza.

Hm w sumie nie wiem czy do końca kupuję ten zabieg z dyktafonem, no bo jedna sprawa, że słusznie jak się Lopez odgryza to i tak tajemnica poliszynela, a dwa że czy mamy to traktować jak film czy jednak jako część wrestling show. W sensie no tam są kamery, to się i tak nagrywa nie? No jakoś mnie nie przekonało to domknięcie z dyktafonem, chyba wolałbym żeby Blaze się tam po prostu pojawił z kolegami grzecznie poprosić pana Lopeza żeby wypierdzielał do siebie. Tak czy siak, finalnie dobrze się to czytało, mimo czasu rywalizacji panowie dalej dowożą wysoki poziom i potrafia wymyśleć coś nowego.


DEBATA

O jezu ale się Game uczepił tych czasów wypowiedzi xd a może Derek przeciąga zgłoski i robi długie dramatyczne pauzy?

Debatę oglądałem jako jej uczestnik w tworzeniu i uważam, że przy tylu zawodnikach była bardzo rozsądnym wyjściem, w jednym segmencie zamykamy temat elimation chamber, każdy ma okazje dodać swoje 3 grosze i fajnie.
Nie mam wrażenia, żeby ktoś się jakoś super mocno wyróżnił, na pewno docenię Aldisa bo bardzo zgrabnie poszło mu prowadzenie debaty i jakieś lekkie szpileczki dodawał w przejściach.
Leone wypadał bez zdziwienia mocno na poziomie, nie dał sie sprowokować i trzymał fason w trakcie całości. Mantel jak wszyscy wspominają lekka hipokryzja ale u takiej postaci to na miejscu, ja docenię, że chyba jako jedyny wyraźnie dawał znać że w sumie to mimo że ma swój zatarg to on jest tutaj wygrać główną nagrodę.
Maxwell też na poziomie w pełni wykorzystuje swoją pozycje face underdoga i dobrze, bo w takich starciach to sie dobrze sprzedaje, jakby był od pierwszej pary i jeśli nie ma wygrać to odpadł gdzieś pod koniec to bardzo ładnie pod swoją historię .
Derek, o jezu jak wleciał z tą piramidką Leone xd no Derek jest sobą, może chwilami mógł delikatnie zejść z gimmicku i być bardziej merytorycznym ale nie mam mu tego za złe jest piękny taki jaki jest.

A Edgar to ja nie wiem, ten chłop chyba jakiś odklejony buja w obłokach.

/Battle Royal/
Przede wszystkim zaskoczenie powrotu Grubasa z konga, co prawda znałem akurat ten sekret. ALE widzę, że Grubas lekko odmieniony, naoglądał się chyba hehe BLACK pill i docina z asystentka u boku, no zobaczymy.

Sam przebieg to tak, doceniam bardzo pogrubienie eliminacji, łatwiej się w tekście zoorientować.
Naprawdę ładnie ta walka zadbała o popchnięcie wszystkich rywalizacji.
Po 1 Brutal mimo porażki jest MVP starcia i robi młyniec, zaliczając giga mocny występ, a jednak dalej przegrywa. Co oczywiście ciagnie streak jego porażek pod zmiany mentalne. Jednocześnie psując w walce dużo krwi the Outfit.

Kolega Surfer i kolega z zmyślonym kolega (Chris i Xebec) dokręcają napięcie między nimi

Ekipa Lordowska w końcu wchodzi chyba w właściwy tor swojej rywalizacji zaczynając mieć problem z samowolką swojego nadwornego kucharza.

Yoshi i Eliasa to generalne potężne iks de, ale to bez zmian. Jakim cudem battle royal specialist i jego padawan tego nie wygrali? Nie wiem.

A w tym wszystkim jakoś uchował się Grubas i leci do klatki (tam gdzie jego miejsce, co?) to się Maxwell ucieszy.

River

Złapię sobie dla płynności oba segmenty Rivera i Kline w jedno okienko komentarza.

UA dużo mamy Watersa i Kline z potworem na tej gali.
Ale po kolei
Pierwszy etap czyli Waters i dzieci. Nie dziwię się, że przyciąga na mysł Kinga ogólny wygląd tego wszystkiego. Chociaż ja poczułem też nuty True Detective s1 i s3. Wulgaryzm którego tam rzucił mnie nie boli, to też specyficzna młodzież i takim zabiegiem jest mu łatwiej do nich dotrzeć. Generalnie dobry przekaz ma do tych dzieciaków.

ALE takie przemyślenie mam, bo sobie przypomniałem, że jak Waters był promowany do LPW to dosłownie SRAŁ pieniędzmi, więc generalnie to mógłby wszystkie te dzieciaki wysłać do Yale i im staże pozałatwiać a przynajmniej jebnąć im generalny remont tego ośrodka z basenem, kortami do padla, finansowniem wycieczek, szerszej edukacji i wsparcia karierowego. Tak tylko mówię.

Kluczowe są jednak jego odczucia względem tego miejsca, uderzenia jak rozumiemy jakiś dawnych traumatycznych wspomnień, i to jest zarysowane bardzo dobrze i właśnie tak w kingowskim klimacie to odbieram.


Ale rzeźnia na Sabre, nie do końca rozumiem ideę zakończenia tej walki, w sensie motyw z tym nagraniem, czasem mam wrażenie, że powinienem sobie tą rywalizację od początku przeczytać czy mi czasem coś nie umyka. A może to świadczy że czasem jest zbyt rozwleczona i zagmatwana, sam nie wiem.


Eh ten Paddy to jednak dzielny żołnierz, tu list zaniesie, tu wywiad zrobi, zaraz się okaże że Lopezowi buty pucuje.
Ładny ten list od doktora, Ryse widać, że się odnajduje w postaci doktora. River rusza z kopyta, zakładam że chyba bardziej z dyskomfortu psychicznego że Kline z swoim potworem przebywa w ważnym dla niego miejscu? Bo chyba nie zakładamy że Kline rozkazałby dusić wychowanków gdyby River go olał.

Końcowa sekwencja z konfrontacją chyba najlepsza, Panowie uprawiają solidną szermierkę wmawiając sobie nawzajem problemy i próbując robić wodę z mózgu.
Generalnie były krótkie momenty w których można się było zagubić o co właściwie już Panom chodzi, ale np. Wytłumaczenie istoty Silasa wyszło bardzo sensownie w końcu on też jest częścią tej historii.
Finalnie River odurzony i zabrany na eksperymenty … kojarzy mi się to z chyba każdą grą komputerową w której mamy etap w szpitalu psychiatrycznym, ale jednocześnie jestem ciekaw co tam doktor wymyślił. Czy RIver się wykaraska czy też wpadł w pułapkę jak śliwka w kompot.


Na koniec mam takie przemyślenie, że sporo tego było, mam nadzieję, że Panowie w 3 będą teraz bardziej połączeni i się dzięki temu to zbierze w bardziej pojedyncze segmenty.


Cottonpicker
Boże
Co jak dlaczego, Ja dalej nie rozumiem tej frakcji xd może w końcu jak zadebiutują to coś mi się rozjaśni (może staną naprzeciw dotychczasowych jobberów elysium). BO na ten moment mogę tylko powiedzieć, że Kongijczyk nie jest już sam. Cotton on a pole match nadchodzi.

Yoshi Mochi Matcha i Jebać dorosłość
XDD jezu potężna ta dopierdolka do Pierra, Ale sie młody odpalił. Coś czuję, że miał szczęście, że lekko odmieniony Dolnick zdecydował się go olać.

Eh wiele honoru tak po prostu dać innym wygrać, to się szanuje panie Matcha Umagi.

Hm, no i mamy na zakończenie coś nowego, młody ryzykuje życie (no może parę siniaków) żeby uratować swojego mistrza. No ciekaw jestem gdzie to zmierza, czy doczekam dnia kiedy Elias Shadow sięgnie po główny pas federacji? Kto wie

Rocks i Finnegan
Ej kurczę, ja wiem, że nie wszystkim to siedzi ale mnie kupuje ten Finnegan z tym potężnym luzem i Peace Love podejściem. Trochę mnie to bawi a trochę to coś świeżego, a do tego czasem wpada coś celnego jak nawiązanie do hitu cartoon network. Rocks może mieć twardy orzech z próbą wzruszenia surfera. Do rocksa przechodząc, No ma chłop lekkie problemy z agresją. Złość i wewnętrzne schizy dobrze oddane, a i łatwe odklejenie się z szybkim atakiem na surfera też w sumie mi pasowało. Przytuliłbym jakąś dłuższą wypowiedź do ściany od niego, żeby się nieco bardziej rozeznać. Ale generalnie to jest całkiem przyjemna mid card rywalizacja. Taka że chciałeś w trakcie gali iść do kibla ale patrzysz dobra w sumie ich warto jeszcze obejrzeć zanim pójdę.

Włoscy sprzątacze

No dziwną tam mają relację Panowie, ciekawe czy jak Leone przegra to też będzie miał karę. (Dobrze że im nie kazał założyć strojów cat girl pokojówek)
Ale w sumie z takiego segmenciku o niczym fajna dyskusja wyszła, pogłębiająca nieco panów. Że Enzo ma czasem wątpliwości to wiemy, ale zobaczcie, że Vincenzo dopuszcza, że też może się pojawić ktoś kto się przebije przez jego stoicyzm.

Ale że panowie za karę słuchają theme songów Edgara i Dereka xd no cóż może przy okazji obejrzą jakiś odcinek z archiwum x to niezły serial, a dyskografia avatara to nie taki najgorszy wyrok xd

/Pas przegranych/
Pierwszy raz słyszę o tym koncepcie, ale w sumie panowie będą mieli co robić. Sprawnie i miło mi się czytało ten festival roll upów. Przerwanie pinu highlight, no pamięć mięśniowa chłopu wleciała. Zobaczymy co dalej, pewnie parę gali można coś tam pokręcić zanim motyw się znudzi.

Kłopoty na dworze królewskim
O
I to jest coś czego cały ten wątek potrzebował jak powietrza. Rob odzyskuje trochę jajec. Grupa ma wyraźny wewnętrzny konflikt w tej swojej przedziwnej strukturze. Alistair z Lordem w sumie dalej oderwani od rzeczywistości, pięknie zwalają całe swoje niepowodzenie na kucharza. Ale kluczowa dla mnie wynikowa segmentu jest taka, że będziemy dążyć pewnie do jakiegoś rewanżu o uwolnienie Roba albo wygnanie przez to że ten w ringu zacznie im psuć coraz więcej krwi (a pamiętamy, że walczyć potrafi)

Lopez

O Marysieńko najświętsza, no jest chłop jak to mawia młodzież “delulu”
Odkleja się tutaj coraz potężniej, no jestem ciekaw jak się przełoży to na three stages of hell match, czy zacznie tam przy TLC odstawiać pojebane akcje.

/Tag Team/
Kluczowe zaskoczenie to chyba zakończenie, mało kto się spodziewał przypięcia Lopeza (a już na pewno nie ja) Oczywiście było zamieszanie, było krzesełko więc status jest obroniony, a Maxwell dostaje skrzydeł przed walką na PPV, nawet w zaistniałej sytuacji przypięcie Lopeza to jest sukces,


Blaze
Ależ sobie Blaze w końcu odbija za te wszystkie nieuprzejmości ze strony aktualnego mistrza LPW. Remik tutaj trzymał te bluzgi długo w kieszeni żeby je teraz wyciągnąć. Lopez pod krzesełkiem, wściekły i upokorzony. Mogłaby ta scena spokojnie zamykać nie tylko tygodniówkę ale i niejedno PPV. No jest nakręcona relacja między nimi, ależ oni będą się chcieli na dance macabre pozabijać.

ME plus Outfit i Brutal
Fajny dodatek do opisu walki, z objaśnianiem ruchów specjalnych, na stałe taki zabieg bym wprowadził to zdecydowanie pozwala sprawniej sobie ją zwizualizować.

Edgar zgarną wygraną walkowerem, ale wygrana to wygrana prawda, The End urasta na całkiem dobrze chroniony finisher.

Naistotniejsze jest jednak co się dzieje po starciu. The Outfit w końcu wykłada karty i łom na stół i składa Brutalowi tą słynną ofertę nie do odrzucenia. No i nasz bohater (Mike w sensie) ma w końcu długo nabudowywany swój moment. Potężnie ukazane emocje, seria porażek budująca frustrację i zwycięstwo kiełkujących własnych przekonań. Brutal kupiłby sobie publikę taką drogą absolutnie, The Outfit przepędzone z ringu, Enzo to chyba ze 3 gale będzie musiał biegać w bandażach. Troche się Brutal odkuł, za to co go spotykało ostatnimi czasy. Do tego rzucone wyzwanie do walki w końcu na swoich warunkach. No musi to wygrać generalnie. Piękny obrazek na zakończenie gali, pierwsze poważniejsze problemy the outfit (dodatkowo brak zwycięstwa w battle royal i Leone osamotniony w klatce) i scementowana opozycja Elysium zamyka galę.



Potężna to była gala, osobiście nie oceniałbym jej aż tak wysoko jak niektórzy, ale na pewno było bardzo, bardzo solidnie. Czekać na PPV zostaje bo dzieje się oj dzieje.

[Obrazek: e67dc8417560f96d92a455ae27c99c58.jpg]
Odpowiedz
Cytuj
Emiel Regis
Elysium
23.10.2026, 17:40 #6
ET

Kurczę, generalnie widzę, że to ET jest bardzo chwalone, ja mam odrobinę mieszane odczucia. W sensie, wiadomo, że e-federacje rządzą się swoimi prawami, ale w połączeniu z segmentami River&Kline na tej gali, zrobiło się na już naprawdę sporo elementów filmowych i mam wewnętrzną rozterkę czy to dobrze, czy też wręcz przeciwnie.

Ale skupiając się na samym segmencie. Kurde trochę mi to wszystko przypomina drugi sezon fargo. Lopez wypada tutaj na kogoś komu się już dość wyraźnie zaczyna odklejać, tj. w pierwszych chwilach wygląda na spokojnego i konkretnego, ale im dalej w las tym bardziej zaczyna odpinać wrotki. Jestem aż trochę ciekaw w jakie nastroje wpadnie jeśli straci pas, bo u niego lekko dwubiegunową pachnie.

Kreacja Pani mamy na potrzeby segmentu chyba jest jego najmocniejszym punktem i osią, jak mówiłem przypomina mi babkę z S2 Fargo, ale zakładam że jednak bardziej z Yellowstone było coś czerpane. Solidna babka, wierząca twardo w syna aż bym ją zobaczył na czele jakiejś stajni xd użycie broni jako elementu mnie osobiście nie uraża, jest uzasadnione i jest tylko straszakiem, nikt tutaj pojedynku rewolwerowego nie urządza.

Hm w sumie nie wiem czy do końca kupuję ten zabieg z dyktafonem, no bo jedna sprawa, że słusznie jak się Lopez odgryza to i tak tajemnica poliszynela, a dwa że czy mamy to traktować jak film czy jednak jako część wrestling show. W sensie no tam są kamery, to się i tak nagrywa nie? No jakoś mnie nie przekonało to domknięcie z dyktafonem, chyba wolałbym żeby Blaze się tam po prostu pojawił z kolegami grzecznie poprosić pana Lopeza żeby wypierdzielał do siebie. Tak czy siak, finalnie dobrze się to czytało, mimo czasu rywalizacji panowie dalej dowożą wysoki poziom i potrafia wymyśleć coś nowego.


DEBATA

O jezu ale się Game uczepił tych czasów wypowiedzi xd a może Derek przeciąga zgłoski i robi długie dramatyczne pauzy?

Debatę oglądałem jako jej uczestnik w tworzeniu i uważam, że przy tylu zawodnikach była bardzo rozsądnym wyjściem, w jednym segmencie zamykamy temat elimation chamber, każdy ma okazje dodać swoje 3 grosze i fajnie.
Nie mam wrażenia, żeby ktoś się jakoś super mocno wyróżnił, na pewno docenię Aldisa bo bardzo zgrabnie poszło mu prowadzenie debaty i jakieś lekkie szpileczki dodawał w przejściach.
Leone wypadał bez zdziwienia mocno na poziomie, nie dał sie sprowokować i trzymał fason w trakcie całości. Mantel jak wszyscy wspominają lekka hipokryzja ale u takiej postaci to na miejscu, ja docenię, że chyba jako jedyny wyraźnie dawał znać że w sumie to mimo że ma swój zatarg to on jest tutaj wygrać główną nagrodę.
Maxwell też na poziomie w pełni wykorzystuje swoją pozycje face underdoga i dobrze, bo w takich starciach to sie dobrze sprzedaje, jakby był od pierwszej pary i jeśli nie ma wygrać to odpadł gdzieś pod koniec to bardzo ładnie pod swoją historię .
Derek, o jezu jak wleciał z tą piramidką Leone xd no Derek jest sobą, może chwilami mógł delikatnie zejść z gimmicku i być bardziej merytorycznym ale nie mam mu tego za złe jest piękny taki jaki jest.

A Edgar to ja nie wiem, ten chłop chyba jakiś odklejony buja w obłokach.

/Battle Royal/
Przede wszystkim zaskoczenie powrotu Grubasa z konga, co prawda znałem akurat ten sekret. ALE widzę, że Grubas lekko odmieniony, naoglądał się chyba hehe BLACK pill i docina z asystentka u boku, no zobaczymy.

Sam przebieg to tak, doceniam bardzo pogrubienie eliminacji, łatwiej się w tekście zoorientować.
Naprawdę ładnie ta walka zadbała o popchnięcie wszystkich rywalizacji.
Po 1 Brutal mimo porażki jest MVP starcia i robi młyniec, zaliczając giga mocny występ, a jednak dalej przegrywa. Co oczywiście ciagnie streak jego porażek pod zmiany mentalne. Jednocześnie psując w walce dużo krwi the Outfit.

Kolega Surfer i kolega z zmyślonym kolega (Chris i Xebec) dokręcają napięcie między nimi

Ekipa Lordowska w końcu wchodzi chyba w właściwy tor swojej rywalizacji zaczynając mieć problem z samowolką swojego nadwornego kucharza.

Yoshi i Eliasa to generalne potężne iks de, ale to bez zmian. Jakim cudem battle royal specialist i jego padawan tego nie wygrali? Nie wiem.

A w tym wszystkim jakoś uchował się Grubas i leci do klatki (tam gdzie jego miejsce, co?) to się Maxwell ucieszy.

River

Złapię sobie dla płynności oba segmenty Rivera i Kline w jedno okienko komentarza.

UA dużo mamy Watersa i Kline z potworem na tej gali.
Ale po kolei
Pierwszy etap czyli Waters i dzieci. Nie dziwię się, że przyciąga na mysł Kinga ogólny wygląd tego wszystkiego. Chociaż ja poczułem też nuty True Detective s1 i s3. Wulgaryzm którego tam rzucił mnie nie boli, to też specyficzna młodzież i takim zabiegiem jest mu łatwiej do nich dotrzeć. Generalnie dobry przekaz ma do tych dzieciaków.

ALE takie przemyślenie mam, bo sobie przypomniałem, że jak Waters był promowany do LPW to dosłownie SRAŁ pieniędzmi, więc generalnie to mógłby wszystkie te dzieciaki wysłać do Yale i im staże pozałatwiać a przynajmniej jebnąć im generalny remont tego ośrodka z basenem, kortami do padla, finansowniem wycieczek, szerszej edukacji i wsparcia karierowego. Tak tylko mówię.

Kluczowe są jednak jego odczucia względem tego miejsca, uderzenia jak rozumiemy jakiś dawnych traumatycznych wspomnień, i to jest zarysowane bardzo dobrze i właśnie tak w kingowskim klimacie to odbieram.


Ale rzeźnia na Sabre, nie do końca rozumiem ideę zakończenia tej walki, w sensie motyw z tym nagraniem, czasem mam wrażenie, że powinienem sobie tą rywalizację od początku przeczytać czy mi czasem coś nie umyka. A może to świadczy że czasem jest zbyt rozwleczona i zagmatwana, sam nie wiem.


Eh ten Paddy to jednak dzielny żołnierz, tu list zaniesie, tu wywiad zrobi, zaraz się okaże że Lopezowi buty pucuje.
Ładny ten list od doktora, Ryse widać, że się odnajduje w postaci doktora. River rusza z kopyta, zakładam że chyba bardziej z dyskomfortu psychicznego że Kline z swoim potworem przebywa w ważnym dla niego miejscu? Bo chyba nie zakładamy że Kline rozkazałby dusić wychowanków gdyby River go olał.

Końcowa sekwencja z konfrontacją chyba najlepsza, Panowie uprawiają solidną szermierkę wmawiając sobie nawzajem problemy i próbując robić wodę z mózgu.
Generalnie były krótkie momenty w których można się było zagubić o co właściwie już Panom chodzi, ale np. Wytłumaczenie istoty Silasa wyszło bardzo sensownie w końcu on też jest częścią tej historii.
Finalnie River odurzony i zabrany na eksperymenty … kojarzy mi się to z chyba każdą grą komputerową w której mamy etap w szpitalu psychiatrycznym, ale jednocześnie jestem ciekaw co tam doktor wymyślił. Czy RIver się wykaraska czy też wpadł w pułapkę jak śliwka w kompot.


Na koniec mam takie przemyślenie, że sporo tego było, mam nadzieję, że Panowie w 3 będą teraz bardziej połączeni i się dzięki temu to zbierze w bardziej pojedyncze segmenty.


Cottonpicker
Boże
Co jak dlaczego, Ja dalej nie rozumiem tej frakcji xd może w końcu jak zadebiutują to coś mi się rozjaśni (może staną naprzeciw dotychczasowych jobberów elysium). BO na ten moment mogę tylko powiedzieć, że Kongijczyk nie jest już sam. Cotton on a pole match nadchodzi.

Yoshi Mochi Matcha i Jebać dorosłość
XDD jezu potężna ta dopierdolka do Pierra, Ale sie młody odpalił. Coś czuję, że miał szczęście, że lekko odmieniony Dolnick zdecydował się go olać.

Eh wiele honoru tak po prostu dać innym wygrać, to się szanuje panie Matcha Umagi.

Hm, no i mamy na zakończenie coś nowego, młody ryzykuje życie (no może parę siniaków) żeby uratować swojego mistrza. No ciekaw jestem gdzie to zmierza, czy doczekam dnia kiedy Elias Shadow sięgnie po główny pas federacji? Kto wie

Rocks i Finnegan
Ej kurczę, ja wiem, że nie wszystkim to siedzi ale mnie kupuje ten Finnegan z tym potężnym luzem i Peace Love podejściem. Trochę mnie to bawi a trochę to coś świeżego, a do tego czasem wpada coś celnego jak nawiązanie do hitu cartoon network. Rocks może mieć twardy orzech z próbą wzruszenia surfera. Do rocksa przechodząc, No ma chłop lekkie problemy z agresją. Złość i wewnętrzne schizy dobrze oddane, a i łatwe odklejenie się z szybkim atakiem na surfera też w sumie mi pasowało. Przytuliłbym jakąś dłuższą wypowiedź do ściany od niego, żeby się nieco bardziej rozeznać. Ale generalnie to jest całkiem przyjemna mid card rywalizacja. Taka że chciałeś w trakcie gali iść do kibla ale patrzysz dobra w sumie ich warto jeszcze obejrzeć zanim pójdę.

Włoscy sprzątacze

No dziwną tam mają relację Panowie, ciekawe czy jak Leone przegra to też będzie miał karę. (Dobrze że im nie kazał założyć strojów cat girl pokojówek)
Ale w sumie z takiego segmenciku o niczym fajna dyskusja wyszła, pogłębiająca nieco panów. Że Enzo ma czasem wątpliwości to wiemy, ale zobaczcie, że Vincenzo dopuszcza, że też może się pojawić ktoś kto się przebije przez jego stoicyzm.

Ale że panowie za karę słuchają theme songów Edgara i Dereka xd no cóż może przy okazji obejrzą jakiś odcinek z archiwum x to niezły serial, a dyskografia avatara to nie taki najgorszy wyrok xd

/Pas przegranych/
Pierwszy raz słyszę o tym koncepcie, ale w sumie panowie będą mieli co robić. Sprawnie i miło mi się czytało ten festival roll upów. Przerwanie pinu highlight, no pamięć mięśniowa chłopu wleciała. Zobaczymy co dalej, pewnie parę gali można coś tam pokręcić zanim motyw się znudzi.

Kłopoty na dworze królewskim
O
I to jest coś czego cały ten wątek potrzebował jak powietrza. Rob odzyskuje trochę jajec. Grupa ma wyraźny wewnętrzny konflikt w tej swojej przedziwnej strukturze. Alistair z Lordem w sumie dalej oderwani od rzeczywistości, pięknie zwalają całe swoje niepowodzenie na kucharza. Ale kluczowa dla mnie wynikowa segmentu jest taka, że będziemy dążyć pewnie do jakiegoś rewanżu o uwolnienie Roba albo wygnanie przez to że ten w ringu zacznie im psuć coraz więcej krwi (a pamiętamy, że walczyć potrafi)

Lopez

O Marysieńko najświętsza, no jest chłop jak to mawia młodzież “delulu”
Odkleja się tutaj coraz potężniej, no jestem ciekaw jak się przełoży to na three stages of hell match, czy zacznie tam przy TLC odstawiać pojebane akcje.

/Tag Team/
Kluczowe zaskoczenie to chyba zakończenie, mało kto się spodziewał przypięcia Lopeza (a już na pewno nie ja) Oczywiście było zamieszanie, było krzesełko więc status jest obroniony, a Maxwell dostaje skrzydeł przed walką na PPV, nawet w zaistniałej sytuacji przypięcie Lopeza to jest sukces,


Blaze
Ależ sobie Blaze w końcu odbija za te wszystkie nieuprzejmości ze strony aktualnego mistrza LPW. Remik tutaj trzymał te bluzgi długo w kieszeni żeby je teraz wyciągnąć. Lopez pod krzesełkiem, wściekły i upokorzony. Mogłaby ta scena spokojnie zamykać nie tylko tygodniówkę ale i niejedno PPV. No jest nakręcona relacja między nimi, ależ oni będą się chcieli na dance macabre pozabijać.

ME plus Outfit i Brutal
Fajny dodatek do opisu walki, z objaśnianiem ruchów specjalnych, na stałe taki zabieg bym wprowadził to zdecydowanie pozwala sprawniej sobie ją zwizualizować.

Edgar zgarną wygraną walkowerem, ale wygrana to wygrana prawda, The End urasta na całkiem dobrze chroniony finisher.

Naistotniejsze jest jednak co się dzieje po starciu. The Outfit w końcu wykłada karty i łom na stół i składa Brutalowi tą słynną ofertę nie do odrzucenia. No i nasz bohater (Mike w sensie) ma w końcu długo nabudowywany swój moment. Potężnie ukazane emocje, seria porażek budująca frustrację i zwycięstwo kiełkujących własnych przekonań. Brutal kupiłby sobie publikę taką drogą absolutnie, The Outfit przepędzone z ringu, Enzo to chyba ze 3 gale będzie musiał biegać w bandażach. Troche się Brutal odkuł, za to co go spotykało ostatnimi czasy. Do tego rzucone wyzwanie do walki w końcu na swoich warunkach. No musi to wygrać generalnie. Piękny obrazek na zakończenie gali, pierwsze poważniejsze problemy the outfit (dodatkowo brak zwycięstwa w battle royal i Leone osamotniony w klatce) i scementowana opozycja Elysium zamyka galę.



Potężna to była gala, osobiście nie oceniałbym jej aż tak wysoko jak niektórzy, ale na pewno było bardzo, bardzo solidnie. Czekać na PPV zostaje bo dzieje się oj dzieje.

[Obrazek: e67dc8417560f96d92a455ae27c99c58.jpg]
Odpowiedz
Cytuj
25.10.2026, 01:43
#7
ETW: Rywalizacja Lopeza z Blazem trwa w najlepsze i tutaj otrzymaliśmy już konkretne rozwinięcie z wmieszaniem w to rodzicielki Axela, co zdecydowanie jest czymś grubym i jednocześnie może być punktem zwrotnym dla całej rywalizacji. Bardzo mi się podoba, że poszliśmy w coś takiego. Między nimi mogły być ciche dni czy też te, w których się chcieli pozabijać, ale tego mi właśnie brakowało. Tutaj dostaliśmy bardzo mocno osobisty wątek z Lopezem, który „spowiada się” przez matką śmiertelnego wroga ze swoich występków, których dopuścić się w stronę Axela. Mamy wyjaśnienie sytuacji z jabłkiem, środkami nasennymi i całą szopkę, jaką po tym Hiszpan wywolał. Zrobiło się tutaj naprawdę grubo i ten Axel przechytrzający Jose i jego matka wymierzająca strzelbą w stronę mistrza. No ewidentnie nie poszło to po jego myśli, ale zapewne obróci on to wszystko w taki sposób, by i tak było po jego myśli.

Debata: Tutaj mógłbym się rozwinąć mniej lub bardziej, ale skoro brałem udział w debacie i miałem okazję już prędzej czytać kwestie, jakie się w niej pojawiały, nie licząc końcówki, to dam jedynie krótkie podsumowanie. Każdy tutaj miał swój moment i jakoś ciężko mi tutaj wskazać kogoś, co jakoś wybitnie wyróżniał się na tle reszty. Ogólnie spełniliśmy swoje założenia i raczej każdy zadowolony jest z tego, jak to wyglądało w ostatecznym rozrachunku. Mogę też mniej lub bardziej podzielać opinie dotyczące tego, co padało z ust Mantela, ale sam jakoś podczas pisania nie odnosiłem aż takiego wrażenia, bym jakoś mocno odstawał na tle reszty i mimo wszystko jestem zadowolony z szansy, jaką otrzymałem, bo na samą wygraną nie liczę ze względu na przepaść promową i moją bardzo małą aktywności a sam udział w takiej dużej walce to i tak wystarczająca promocja dla Derricka, który ostatnimi czasy bardzo mocno odżył i odnoszę wrażenie, że za prędko nie powinien się ten stan rzeczy zmienić.

Walka 1: Tutaj ten powrót Dolnicka jednych może cieszyć innych niezbyt. Mi mimo wszystko trochę tutaj szkoda Brutala, bo jednak zasługiwał na to, aby obsadzić go w Elimination Chamber Matchu, zwłaszcza że po Ascension zanosiło się na zdecydowanie lepsze czasy dla niego. Nie można mieć jednak wszystkiego i tutaj to idealnie pasuje do całej sytuacji. Mamy powrót Dolnicka i jego wygraną, wszystko kosztem Brutala. Jeden zyskuje inni tracą. Sama walka rozpisana została w bardzo fajny sposób i zdecydowanie plusik dla Raptora (bo on to pisał, jeśli czegoś nie pojebałem) za pogrubienia przy eliminacjach, przez co łatwiej zorientować się w tym, kto odpada w danym momencie walki. No ta końcówka niby chroni Brutala, ale nadal go trochę szkoda. Jean notuje udany powrót i znajduje się w Elimination Chamber Matchu, co może być nieco kontrowersyjne a my lecimy dalej.

ET: River pojawiający się w sierocińcu, czyli taki powrót do przeszłości w jego wykonaniu, aby móc dalej ciągnąć jego historię z Doktorkiem i Silasem. Podoba mi się rozwój całej historii, gdzie River jest obdzierany z kolejnych wartw i nawet nie jest w tego pełni świadomy. Dzieje się dokładnie to, co od samego początku zapowiadał Dr. Viktor Kline i ew. Waters wpadł w jego sidła, wykonując każdy ruch, który był od dawna przewidziany przez niego. Tutaj ta wizyta w sierocińcu i te dziwne zachowanie pod koniec mogą jasno sugerować, że ta dawna trauma Rivera wcale go nie opuściła, tylko starał się to maskować, przywdziewając kolejne maski, aby móc sprawiać pozory, że ma kontrolę. Jednak za pomocą Kline’a utracił ją bezpowrotnie i jest na nią wręcz podatny.

Próba wywiadu + Elias/Tatsu: Paddula próbował przeprowadzić wywiadu z Pierre Dolnickiem, który postanowił go olać, zostawiając go samego. No mogę się mylić, ale motyw asystentki był chyba też w WCW, gdy rywalizował z Maxwellem. Ciekawe czy też jeśli wrócimy do rywalizacji to znowu będzie heelowy Jean, który ostatecznie zgarnie łomot. Jednak mniejsza w tą. Zostawia Jacksona samego i oczywiście wpada na Eliasa, który wręcz kipi złością i by go zabił spojrzeniem, ale tego nie zrobi, bo jest jebanym gówniakiem z incydentem kałowym na widok wielkiego Dolnicka. Jeszcze żeby tego brakowało mamy pojawieniem się Tatsu, co zwiastuje peak comedy na Elysium. Ten duet to nam się nie znudzi i to takie Ransom&Dolnick z Temu, ale mimo wszystko śmieszne, co jest sporym plusikiem. Cały komizm sytuacji i ta aluminiowa konstrukcja robiąca zamach na życie Yoshiego, który zostaje uratowany przez Shadowa. Tego nie było w moim bingo, ale zdecydowanie zostałem tym złamany do reszty. Może to nie ciężar „30kg alumunium”, ale waga tego segmentu nawet jeśli większa to też swoje zrobiła.

Walka 2: Wygrana Rivera przez morderstwo. Tak można podsumować całą walkę. No przeokrutnie tutaj skasował ZSJ i nie ma o czym tutaj dyskutować. No Brytyjczyk po porzuceniu przez ShowOffa znajduje się w coraz gorszym położeniu i brakuje jeszcze tego, by Brutal pokonał go w Submission Matchu, zmuszając go do klepania po Headlocku. Jednak odpuszczając żarty przejdźmy jednak do tego, jak River bardzo popadł w obłęd pod koniec pojedynku. Ten cytat bardzo mocno podziałał na niego niczym zapalnik i po nim uświadczyliśmy już istnej rzeźni, która być może nawet i wypisała Brytola z kolejnych występów. Wywalania śmieci część kolejna i cóż więcej dodać. River odbija się po przegranym debiucie, robiąc istną egzekucję i jego story z Klinem idzie zdecydowanie naprzód.

Eli Cottonpicker: Te całe uniwersum mnie jest przerasta xDDD Aż strach pomyśleć, kto będzie kolejnym z Elich. Ten opis końcowy to już tutaj totalnie rozwalił system. „Eli dołącza do Elich” i te synchroniczne gładzenie wąsów. Ja piernicze xDDD Ja już tutaj więcej pytań nie mam.

Rocks/Finnegan: Złość Rocksa w sumie uzasadniona. Miał całkiem fajny występ podczas Battle Royalu i Outfit spowodowało, że wszystko poszło się jebać. Jego słownictwo nie każdemu się może podobać, ale przecież jego postać sama w sobie jest mocno specyficzna, więc aż tak mocno nie przywiązywałbym do tego tak wielkiej wagi. Wkurw jest i da się to zrozumieć. Postanowił się on wyżyć na sprzęcie i na losowym pracowniku. Wszystko przerywa pojawienie się Finnegana, który próbował go uspokoić a ostatecznie został przez Xebeca zmasakrowany za wetknięcie nosa tam gdzie nie powinien. W sumie był głupi to oberwał a Rocks zapewne dorobił się partnera do tańca, bo Chris nie powinien mu tego odpuścić za żadne skarby świata.

Paddy/River: Coś Paddula nie ma szczęścia do tych wywiadów. Najpierw Dolnick olał go ciepłym moczem a później robi za posłańca od Doktorka, wręczając Riverowi list, który jeszcze bardziej mu miesza w głowie. Widać, że Kline wie co robi, bo ex. Waters już ma zrobioną kompletną wodę z mózgu i sam nie wie, co jest dobra, a co jest złe.

Sacrale/Vizzini: Sprzątanie szatni jako konsekwencji porażek z poprzedniego Elysium oraz odpadnięcia z Battle Royalu? Ciekawe rozwiązanie muszę przyznać. Swoją drogą podczas tego segmentu aż nadto w oczy rzuca się to, jak bardzo kontrastują ze sobą Enzo i VincEnzo. Jeden jako ten wygadany, niekiedy w gorącej wodzie kąpany. Drugi jakby wyzbyty emocji milczy i robi swoje. Jeszcze te songi Hallowaya a potem Edgara w tle. To musi być bardzo ale to bardzo bolesna kara dla nich, mając na uwadze to, że przegrywali właśnie z nimi na poprzednim Elysium, przez co ich Don jest aktualnie w konkretnej dupie. Enzo próbował u Vizziniego wywołać jakieś emocje i chyba je ostatecznie wywołał (?), co może uznawać za sukces.

Walka 3: Dojebał srogo Aldis przed walka. Już przed nią srogo napluł na uczestników pojedynku, który miał wyłonić największego przegrywa. Pojedynek był wręcz epicki i każdy był blisko zgarnięcia miana największego przegrywa. Miano to ostatecznie przypada Brownowi, który zostaje odliczony przez Salvadora. No kurde Salvador niby wygrywa, ale z racji na reguły pas zgarnął odliczony Jeff. Ciekawy jestem tego, po jakim czasie ten pas wyląduje w koszu i czemu to Elias ma szansę na to, aby zostać kolejnym mistrzem.

Lord/Alistair/McŁowicz: Ten wkurzony Sebastien to chyba nic nowego. Tutaj w dodatku został wyruchany przez Kuchcika, co mnie niezmiernie cieszy, bo bardziej nierównej postaci na Elysium, to chyba trzeba z świecą szukać i to taką mocno zakurzoną. Tutaj jak na siebie, to wypadł wyjątkowo przyjemnie, dobrze oddając przy tym swój charakter. Jego złość jest zrozumiała i widać, jak mocno w głowie siedzi mu ta porażka. Fraser jako ten, który próbował go pocieszyć robił tutaj głównie za to i całe jego próby uspokojenia Lorda były jednak bardzo nieudolne. Cała paplanina idealnie została tutaj podsumowana przez McŁowicza, który dał jasno Lordowi do zrozumienia, że poza ringiem jest jego kucharzem i wykonuje jego polecenia, ale w ringu sytuacja jest zdecydowanie inna i w nim nie ma nad nim żadnej władzy. Wyczuwam tutaj prędzej czy później Roba zdradzającego swojego Lorda, wbijając mu nóż w plecy, aby mógł na końcu rywalizacji go ostatecznie rozpierniczyć.

Jose Lopez: No mistrzunio mocno się wkurwił po tym jak jego plan z ujawnieniem swoich poczynań rodzicielce Blaze’a spalił się na panewce i zgodnie z przewidywaniami, nie chciał pozwolić na to, by ktoś uznał to za chwilę, gdy rzeczywiście dał się złapać w czyjąś pułapkę i postanowił obrócić to tak, aby wyszło to na jego. No bardzo mocno tutaj poleciał, ale nie jest to nic nowego dla mistrza, który zdecydowanie nie chce schodzić poniżej pewnego poziomu. Tutaj spełnił swoje założenia i nie mam wobec niego żadnych zarzutów.

Walka 4: No tutaj jednak na swój sposób poleciał shocker, bo raczej każdy spodziewał się odliczenia Mantela przez Axela bądź Maxwella przez Lopeza. Tymczasem z pomocą Blaze’a to Ransom odliczył aktualnego mistrza, zadając mu przy tym pierwszą porażkę w LPW. Było w walce trochę chaosu, ten jednak sprzyjał tym dobrym i Blaze skorzystał z idealnej okazji do zemsty na Jose, wystawiając go wykończonego na dobitkę do pustej bramki dla Ransoma.

Po walce: Tutaj to Axel mocno zaskoczył, bo jednak sam Remik nie jest zwolennikiem używania wulgaryzmów a tutaj troszkę ich było. Nie zmienia to faktu, że były tutaj w pełni zrozumiałe i cała złość Blaze’a musiała mieć swoje limity, które zostały wyczerpane a on wyrzucił z siebie wszystko, co na nim ciążyło. Z jednej strony może czuć on pewną satysfakcję (?). Jednak czy nie jest to co, czego Lopez właściwie od niego oczekiwał? Jakby nie patrzeć, to Hiszpan chciał wyciągnąć z niego wszystko, co w nim najgorsze, bo dzięki temu mógł w pełni poznać jego wszelkie słabości. Tutaj Axel dość pochopnie odkrył wszelkie karty odrobinę za szybko, co może kosztować go cholernie wiele.

Kline/River: Ich rywalizacja z jednej strony może i robi się coraz bardziej złożona i niektórzy mogą się nieco w niej gubić, ale z drugiej strony jest to coś, co naprawdę potrafi mnie zainteresować. Rozwój ich story jest czymś, co naprawdę robi na mnie spore wrażenie. Przed atakiem Silasa na Rivera, on i Doktorek jakoś nieszczególnie mnie przekonywali. Wszystko zmieniło się wraz z atakiem i działaniami Doktora, skierowany w stronę Rivera. Ta historia rozwija się coraz mocniej i nawet cieszy mnie, że nie dobiegnie końca na Danse Macabre, bo aż prosi się o więcej wątków, które mogą dawać nam kolejne odpowiedzi na pytania, których tak mocno potrzebujemy. Czapki z głów dla chłopaków, bo kolejny raz kradną tym całą galę i jak dotychczas Outfit było czymś, co robiło potężne wrażenie, tak teraz story Rivera z Klinem i jego podopiecznym jest chyba aktualnie najgorętszą rzeczą na całym Elysium.

Walka 5: Szkoda tutaj braku postu od Zimnego na Promo Zone, bo przez to wynik tego pojedynku był już znany w zasadzie przed samą galą. Bardzo nad tym ubolewam, bo jakby ten post się pojawił, to wynik wcale nie byłby tutaj przesądzony a tak Edgar zgarnia cenną wygraną przez PPV kosztem Hallowaya, który po utracie mistrzostwa potrzebował możliwości odbicia się. Skoro nie teraz, to może na Danse Macabre? Tego nie jestem w stanie przewidzieć, ale jednak to Edgar jest jednym z moich faworytów a nie Halloway, przez co ten wynik nieco komplikuje mi tutaj sprawy.

Po walce: Leone pojawia się po walce, aby odwrócić uwagę Dereka i Edgara, przez co Enzo i VincEnzo mają możliwość ataku na nich. No musieli się na nich zrewanżować za brak możliwości występu w Elimination Chamber Matchu a lepszej okazji ku temu nie mieli, jak atak na wymęczonych rywalach po walce. Mafiozi trochę poobijali wrogów i wszystko przerwało pojawienie się Brutala, który miał do wyrównania porachunki z Leone. Próba ta została udaremniona i Sacrale wraz z Vizzinim powstrzymali go przed atakiem. Wiele wskazywało na to, że podzieli on los Hallowaya i Dickinsona. Jednak Tony zdecydował się na coś nieoczywistego, chcąc zrobić mu pranie mózgu, by zaatakował własnych sojuszników. W sumie po ostatnich porażkach Brutala taki wariant wcale nie był taki nierealny i ten turn byłby w jego przypadku jakoś zrozumiały, mimo większego braku logiki. Bardzo fajnie przy tym wszystko Leone ubierał w słowa i Brutal przez moment mógł naprawdę się zawahać. Ostatecznie rozsądek wziął górę i łomem zarobił Sacrale, będący pozostawionym na łaskę losu. Na końcu poleciał całkiem mocną gadką, dając do zrozumienia, że mimo porażek ma nadal w sobie ten ogień i skasowanie Sacrale z pomocą łoma jest początkiem jego powrotu na właściwą drogę. Mocno tutaj zakończyliśmy ostatnie Elysium.

Podsumowanie gali: Podobnie jak w przypadku ostatniego Elysium przed Heatwave, podobnie i tutaj polecieliśmy na grubo i gala prezentowała się naprawdę okazale. Właściwie to ciężko mi się do czegoś przyczepić i naprawdę warto docenić nie tylko to, jak poszczególne osoby spięły dupę ze swoimi promami/segmentami na galę a w szczególności Creative Team, którego pomysły w głównej mierze wypełniają gale, które jednak nie są tylko jakieś, tylko mają własną tożsamość i dzięki temu Elysium wyróżnia się na tle Colosseum.

P.S - Wiem, że termin na komentarze pod galą był do północy, więc tego jak coś nie musicie liczyć do mojej aktywności czy coś. Dałem sobie go po prostu, aby mieć wszystko uzupełnione jak należy, aby potem nie mieć z tyłu głowy, że czegoś nie dałem.

Derrick Mantel
7/0/7
-----
Luis Borges
3/0/1
Odpowiedz
Cytuj
Slayer
Zawodowiec
25.10.2026, 01:43 #7
ETW: Rywalizacja Lopeza z Blazem trwa w najlepsze i tutaj otrzymaliśmy już konkretne rozwinięcie z wmieszaniem w to rodzicielki Axela, co zdecydowanie jest czymś grubym i jednocześnie może być punktem zwrotnym dla całej rywalizacji. Bardzo mi się podoba, że poszliśmy w coś takiego. Między nimi mogły być ciche dni czy też te, w których się chcieli pozabijać, ale tego mi właśnie brakowało. Tutaj dostaliśmy bardzo mocno osobisty wątek z Lopezem, który „spowiada się” przez matką śmiertelnego wroga ze swoich występków, których dopuścić się w stronę Axela. Mamy wyjaśnienie sytuacji z jabłkiem, środkami nasennymi i całą szopkę, jaką po tym Hiszpan wywolał. Zrobiło się tutaj naprawdę grubo i ten Axel przechytrzający Jose i jego matka wymierzająca strzelbą w stronę mistrza. No ewidentnie nie poszło to po jego myśli, ale zapewne obróci on to wszystko w taki sposób, by i tak było po jego myśli.

Debata: Tutaj mógłbym się rozwinąć mniej lub bardziej, ale skoro brałem udział w debacie i miałem okazję już prędzej czytać kwestie, jakie się w niej pojawiały, nie licząc końcówki, to dam jedynie krótkie podsumowanie. Każdy tutaj miał swój moment i jakoś ciężko mi tutaj wskazać kogoś, co jakoś wybitnie wyróżniał się na tle reszty. Ogólnie spełniliśmy swoje założenia i raczej każdy zadowolony jest z tego, jak to wyglądało w ostatecznym rozrachunku. Mogę też mniej lub bardziej podzielać opinie dotyczące tego, co padało z ust Mantela, ale sam jakoś podczas pisania nie odnosiłem aż takiego wrażenia, bym jakoś mocno odstawał na tle reszty i mimo wszystko jestem zadowolony z szansy, jaką otrzymałem, bo na samą wygraną nie liczę ze względu na przepaść promową i moją bardzo małą aktywności a sam udział w takiej dużej walce to i tak wystarczająca promocja dla Derricka, który ostatnimi czasy bardzo mocno odżył i odnoszę wrażenie, że za prędko nie powinien się ten stan rzeczy zmienić.

Walka 1: Tutaj ten powrót Dolnicka jednych może cieszyć innych niezbyt. Mi mimo wszystko trochę tutaj szkoda Brutala, bo jednak zasługiwał na to, aby obsadzić go w Elimination Chamber Matchu, zwłaszcza że po Ascension zanosiło się na zdecydowanie lepsze czasy dla niego. Nie można mieć jednak wszystkiego i tutaj to idealnie pasuje do całej sytuacji. Mamy powrót Dolnicka i jego wygraną, wszystko kosztem Brutala. Jeden zyskuje inni tracą. Sama walka rozpisana została w bardzo fajny sposób i zdecydowanie plusik dla Raptora (bo on to pisał, jeśli czegoś nie pojebałem) za pogrubienia przy eliminacjach, przez co łatwiej zorientować się w tym, kto odpada w danym momencie walki. No ta końcówka niby chroni Brutala, ale nadal go trochę szkoda. Jean notuje udany powrót i znajduje się w Elimination Chamber Matchu, co może być nieco kontrowersyjne a my lecimy dalej.

ET: River pojawiający się w sierocińcu, czyli taki powrót do przeszłości w jego wykonaniu, aby móc dalej ciągnąć jego historię z Doktorkiem i Silasem. Podoba mi się rozwój całej historii, gdzie River jest obdzierany z kolejnych wartw i nawet nie jest w tego pełni świadomy. Dzieje się dokładnie to, co od samego początku zapowiadał Dr. Viktor Kline i ew. Waters wpadł w jego sidła, wykonując każdy ruch, który był od dawna przewidziany przez niego. Tutaj ta wizyta w sierocińcu i te dziwne zachowanie pod koniec mogą jasno sugerować, że ta dawna trauma Rivera wcale go nie opuściła, tylko starał się to maskować, przywdziewając kolejne maski, aby móc sprawiać pozory, że ma kontrolę. Jednak za pomocą Kline’a utracił ją bezpowrotnie i jest na nią wręcz podatny.

Próba wywiadu + Elias/Tatsu: Paddula próbował przeprowadzić wywiadu z Pierre Dolnickiem, który postanowił go olać, zostawiając go samego. No mogę się mylić, ale motyw asystentki był chyba też w WCW, gdy rywalizował z Maxwellem. Ciekawe czy też jeśli wrócimy do rywalizacji to znowu będzie heelowy Jean, który ostatecznie zgarnie łomot. Jednak mniejsza w tą. Zostawia Jacksona samego i oczywiście wpada na Eliasa, który wręcz kipi złością i by go zabił spojrzeniem, ale tego nie zrobi, bo jest jebanym gówniakiem z incydentem kałowym na widok wielkiego Dolnicka. Jeszcze żeby tego brakowało mamy pojawieniem się Tatsu, co zwiastuje peak comedy na Elysium. Ten duet to nam się nie znudzi i to takie Ransom&Dolnick z Temu, ale mimo wszystko śmieszne, co jest sporym plusikiem. Cały komizm sytuacji i ta aluminiowa konstrukcja robiąca zamach na życie Yoshiego, który zostaje uratowany przez Shadowa. Tego nie było w moim bingo, ale zdecydowanie zostałem tym złamany do reszty. Może to nie ciężar „30kg alumunium”, ale waga tego segmentu nawet jeśli większa to też swoje zrobiła.

Walka 2: Wygrana Rivera przez morderstwo. Tak można podsumować całą walkę. No przeokrutnie tutaj skasował ZSJ i nie ma o czym tutaj dyskutować. No Brytyjczyk po porzuceniu przez ShowOffa znajduje się w coraz gorszym położeniu i brakuje jeszcze tego, by Brutal pokonał go w Submission Matchu, zmuszając go do klepania po Headlocku. Jednak odpuszczając żarty przejdźmy jednak do tego, jak River bardzo popadł w obłęd pod koniec pojedynku. Ten cytat bardzo mocno podziałał na niego niczym zapalnik i po nim uświadczyliśmy już istnej rzeźni, która być może nawet i wypisała Brytola z kolejnych występów. Wywalania śmieci część kolejna i cóż więcej dodać. River odbija się po przegranym debiucie, robiąc istną egzekucję i jego story z Klinem idzie zdecydowanie naprzód.

Eli Cottonpicker: Te całe uniwersum mnie jest przerasta xDDD Aż strach pomyśleć, kto będzie kolejnym z Elich. Ten opis końcowy to już tutaj totalnie rozwalił system. „Eli dołącza do Elich” i te synchroniczne gładzenie wąsów. Ja piernicze xDDD Ja już tutaj więcej pytań nie mam.

Rocks/Finnegan: Złość Rocksa w sumie uzasadniona. Miał całkiem fajny występ podczas Battle Royalu i Outfit spowodowało, że wszystko poszło się jebać. Jego słownictwo nie każdemu się może podobać, ale przecież jego postać sama w sobie jest mocno specyficzna, więc aż tak mocno nie przywiązywałbym do tego tak wielkiej wagi. Wkurw jest i da się to zrozumieć. Postanowił się on wyżyć na sprzęcie i na losowym pracowniku. Wszystko przerywa pojawienie się Finnegana, który próbował go uspokoić a ostatecznie został przez Xebeca zmasakrowany za wetknięcie nosa tam gdzie nie powinien. W sumie był głupi to oberwał a Rocks zapewne dorobił się partnera do tańca, bo Chris nie powinien mu tego odpuścić za żadne skarby świata.

Paddy/River: Coś Paddula nie ma szczęścia do tych wywiadów. Najpierw Dolnick olał go ciepłym moczem a później robi za posłańca od Doktorka, wręczając Riverowi list, który jeszcze bardziej mu miesza w głowie. Widać, że Kline wie co robi, bo ex. Waters już ma zrobioną kompletną wodę z mózgu i sam nie wie, co jest dobra, a co jest złe.

Sacrale/Vizzini: Sprzątanie szatni jako konsekwencji porażek z poprzedniego Elysium oraz odpadnięcia z Battle Royalu? Ciekawe rozwiązanie muszę przyznać. Swoją drogą podczas tego segmentu aż nadto w oczy rzuca się to, jak bardzo kontrastują ze sobą Enzo i VincEnzo. Jeden jako ten wygadany, niekiedy w gorącej wodzie kąpany. Drugi jakby wyzbyty emocji milczy i robi swoje. Jeszcze te songi Hallowaya a potem Edgara w tle. To musi być bardzo ale to bardzo bolesna kara dla nich, mając na uwadze to, że przegrywali właśnie z nimi na poprzednim Elysium, przez co ich Don jest aktualnie w konkretnej dupie. Enzo próbował u Vizziniego wywołać jakieś emocje i chyba je ostatecznie wywołał (?), co może uznawać za sukces.

Walka 3: Dojebał srogo Aldis przed walka. Już przed nią srogo napluł na uczestników pojedynku, który miał wyłonić największego przegrywa. Pojedynek był wręcz epicki i każdy był blisko zgarnięcia miana największego przegrywa. Miano to ostatecznie przypada Brownowi, który zostaje odliczony przez Salvadora. No kurde Salvador niby wygrywa, ale z racji na reguły pas zgarnął odliczony Jeff. Ciekawy jestem tego, po jakim czasie ten pas wyląduje w koszu i czemu to Elias ma szansę na to, aby zostać kolejnym mistrzem.

Lord/Alistair/McŁowicz: Ten wkurzony Sebastien to chyba nic nowego. Tutaj w dodatku został wyruchany przez Kuchcika, co mnie niezmiernie cieszy, bo bardziej nierównej postaci na Elysium, to chyba trzeba z świecą szukać i to taką mocno zakurzoną. Tutaj jak na siebie, to wypadł wyjątkowo przyjemnie, dobrze oddając przy tym swój charakter. Jego złość jest zrozumiała i widać, jak mocno w głowie siedzi mu ta porażka. Fraser jako ten, który próbował go pocieszyć robił tutaj głównie za to i całe jego próby uspokojenia Lorda były jednak bardzo nieudolne. Cała paplanina idealnie została tutaj podsumowana przez McŁowicza, który dał jasno Lordowi do zrozumienia, że poza ringiem jest jego kucharzem i wykonuje jego polecenia, ale w ringu sytuacja jest zdecydowanie inna i w nim nie ma nad nim żadnej władzy. Wyczuwam tutaj prędzej czy później Roba zdradzającego swojego Lorda, wbijając mu nóż w plecy, aby mógł na końcu rywalizacji go ostatecznie rozpierniczyć.

Jose Lopez: No mistrzunio mocno się wkurwił po tym jak jego plan z ujawnieniem swoich poczynań rodzicielce Blaze’a spalił się na panewce i zgodnie z przewidywaniami, nie chciał pozwolić na to, by ktoś uznał to za chwilę, gdy rzeczywiście dał się złapać w czyjąś pułapkę i postanowił obrócić to tak, aby wyszło to na jego. No bardzo mocno tutaj poleciał, ale nie jest to nic nowego dla mistrza, który zdecydowanie nie chce schodzić poniżej pewnego poziomu. Tutaj spełnił swoje założenia i nie mam wobec niego żadnych zarzutów.

Walka 4: No tutaj jednak na swój sposób poleciał shocker, bo raczej każdy spodziewał się odliczenia Mantela przez Axela bądź Maxwella przez Lopeza. Tymczasem z pomocą Blaze’a to Ransom odliczył aktualnego mistrza, zadając mu przy tym pierwszą porażkę w LPW. Było w walce trochę chaosu, ten jednak sprzyjał tym dobrym i Blaze skorzystał z idealnej okazji do zemsty na Jose, wystawiając go wykończonego na dobitkę do pustej bramki dla Ransoma.

Po walce: Tutaj to Axel mocno zaskoczył, bo jednak sam Remik nie jest zwolennikiem używania wulgaryzmów a tutaj troszkę ich było. Nie zmienia to faktu, że były tutaj w pełni zrozumiałe i cała złość Blaze’a musiała mieć swoje limity, które zostały wyczerpane a on wyrzucił z siebie wszystko, co na nim ciążyło. Z jednej strony może czuć on pewną satysfakcję (?). Jednak czy nie jest to co, czego Lopez właściwie od niego oczekiwał? Jakby nie patrzeć, to Hiszpan chciał wyciągnąć z niego wszystko, co w nim najgorsze, bo dzięki temu mógł w pełni poznać jego wszelkie słabości. Tutaj Axel dość pochopnie odkrył wszelkie karty odrobinę za szybko, co może kosztować go cholernie wiele.

Kline/River: Ich rywalizacja z jednej strony może i robi się coraz bardziej złożona i niektórzy mogą się nieco w niej gubić, ale z drugiej strony jest to coś, co naprawdę potrafi mnie zainteresować. Rozwój ich story jest czymś, co naprawdę robi na mnie spore wrażenie. Przed atakiem Silasa na Rivera, on i Doktorek jakoś nieszczególnie mnie przekonywali. Wszystko zmieniło się wraz z atakiem i działaniami Doktora, skierowany w stronę Rivera. Ta historia rozwija się coraz mocniej i nawet cieszy mnie, że nie dobiegnie końca na Danse Macabre, bo aż prosi się o więcej wątków, które mogą dawać nam kolejne odpowiedzi na pytania, których tak mocno potrzebujemy. Czapki z głów dla chłopaków, bo kolejny raz kradną tym całą galę i jak dotychczas Outfit było czymś, co robiło potężne wrażenie, tak teraz story Rivera z Klinem i jego podopiecznym jest chyba aktualnie najgorętszą rzeczą na całym Elysium.

Walka 5: Szkoda tutaj braku postu od Zimnego na Promo Zone, bo przez to wynik tego pojedynku był już znany w zasadzie przed samą galą. Bardzo nad tym ubolewam, bo jakby ten post się pojawił, to wynik wcale nie byłby tutaj przesądzony a tak Edgar zgarnia cenną wygraną przez PPV kosztem Hallowaya, który po utracie mistrzostwa potrzebował możliwości odbicia się. Skoro nie teraz, to może na Danse Macabre? Tego nie jestem w stanie przewidzieć, ale jednak to Edgar jest jednym z moich faworytów a nie Halloway, przez co ten wynik nieco komplikuje mi tutaj sprawy.

Po walce: Leone pojawia się po walce, aby odwrócić uwagę Dereka i Edgara, przez co Enzo i VincEnzo mają możliwość ataku na nich. No musieli się na nich zrewanżować za brak możliwości występu w Elimination Chamber Matchu a lepszej okazji ku temu nie mieli, jak atak na wymęczonych rywalach po walce. Mafiozi trochę poobijali wrogów i wszystko przerwało pojawienie się Brutala, który miał do wyrównania porachunki z Leone. Próba ta została udaremniona i Sacrale wraz z Vizzinim powstrzymali go przed atakiem. Wiele wskazywało na to, że podzieli on los Hallowaya i Dickinsona. Jednak Tony zdecydował się na coś nieoczywistego, chcąc zrobić mu pranie mózgu, by zaatakował własnych sojuszników. W sumie po ostatnich porażkach Brutala taki wariant wcale nie był taki nierealny i ten turn byłby w jego przypadku jakoś zrozumiały, mimo większego braku logiki. Bardzo fajnie przy tym wszystko Leone ubierał w słowa i Brutal przez moment mógł naprawdę się zawahać. Ostatecznie rozsądek wziął górę i łomem zarobił Sacrale, będący pozostawionym na łaskę losu. Na końcu poleciał całkiem mocną gadką, dając do zrozumienia, że mimo porażek ma nadal w sobie ten ogień i skasowanie Sacrale z pomocą łoma jest początkiem jego powrotu na właściwą drogę. Mocno tutaj zakończyliśmy ostatnie Elysium.

Podsumowanie gali: Podobnie jak w przypadku ostatniego Elysium przed Heatwave, podobnie i tutaj polecieliśmy na grubo i gala prezentowała się naprawdę okazale. Właściwie to ciężko mi się do czegoś przyczepić i naprawdę warto docenić nie tylko to, jak poszczególne osoby spięły dupę ze swoimi promami/segmentami na galę a w szczególności Creative Team, którego pomysły w głównej mierze wypełniają gale, które jednak nie są tylko jakieś, tylko mają własną tożsamość i dzięki temu Elysium wyróżnia się na tle Colosseum.

P.S - Wiem, że termin na komentarze pod galą był do północy, więc tego jak coś nie musicie liczyć do mojej aktywności czy coś. Dałem sobie go po prostu, aby mieć wszystko uzupełnione jak należy, aby potem nie mieć z tyłu głowy, że czegoś nie dałem.

Derrick Mantel
7/0/7
-----
Luis Borges
3/0/1
Odpowiedz
Cytuj
303
6 godzin(y) temu
#8
ET: Chyba muszę zgodzić się z przedmówcami, że to jeden z najlepszych segmentów gali. Świetne zamknięcie programu przed Danse Macabre, bo zamiast kolejnej zwykłej konfrontacji dostajemy coś znacznie bardziej osobistego. Lopez wchodzi do rodzinnego domu Axela, odkrywa swoje prawdziwe motywacje i jest tak przekonany o własnej przewadze, że ostatecznie sam wpada w pułapkę przygotowaną przez Blaze'a. Największe brawa należą się jednak gospodyni, która moim zdaniem zagrała tutaj idealną rolę. Susana była takim spoiwem całego segmentu, od początku zachowywała spokój, potrafiła odpowiednio zgasić Lopeza, a na koniec ze strzelbą w rękach pokazała, kto tak naprawdę rządzi w tym domu xD Całość ma świetny klimat, odpowiednie napięcie i bardzo dobry finał. Teraz pozostaje już tylko Three Stages of Hell. Dobra robota, panowie!

Debata uczestników: Od razu zwróciłem uwagę na to co robi Aldis, który naprawdę świetnie odnajduje się w roli prowadzącego. Potrafi dorzucić trochę ironii, odpowiednio reagować na wypowiedzi zawodników, ale przede wszystkim cały czas kontroluje sytuację. Nawet kiedy Hallowayowi puszczają nerwy, Nick szybko reaguje i nie pozwala, żeby wszystko przerodziło się w zwykłą bijatykę. Jeśli chodzi o samych uczestników, to każdy dostał okazję do pokazania swojego charakteru. Leone jak zwykle elegancki, uprzejmy i jednocześnie niezwykle prowokacyjny. Halloway ze swoimi teoriami spiskowymi idealnie wpisuje się w tę formułę, chociaż ostatecznie daje się sprowokować. Mantel jest bardzo pewny siebie, a jego docinki w stronę Ransoma dobrze podtrzymują ich konflikt. Maxwell z kolei wypada ciekawie, bo zamiast rzucać wielkimi deklaracjami, otwarcie przyznaje się do swoich słabości, ale widać też, że powoli nabiera pewności siebie. Najbardziej spodobała mi się chyba odpowiedź Dickinsona na drugie pytanie. Przedstawienie Leone jednocześnie jako największego zagrożenia, czarnego konia i najsłabszego ogniwa było naprawdę sprytne i miało sensowne uzasadnienie. Bardzo przyjemny segmnet, o co w takiej formule nie jest łatwo. Kolejny mocny punkt gali.

11-Man Battle Royal: O MATKO, ON WRÓCIŁ! VOLDEMORT POWRÓCIŁ! A nie, to tylko nasz kochany grubas z Konga xD Nie dość, że Dolnick wraca odmieniony, łysy i z jakąś tajemniczą pannicą u boku, to jeszcze wygrywa całą walkę! I to w jakim stylu, praktycznie przesiedział większość pojedynku w narożniku, a na koniec zgarnął awans do Elimination Chamber. No piękna historia, proszę państwa xD Ale sama walka to istna poezja. Bardzo podoba mi się, jak udało się w jednym Battle Royal połączyć kilka różnych programów, nie robiąc z tego bezmyślnego wyrzucania kolejnych zawodników. Elias i Yoshi dostarczyli nam solidną porcję komedii, szczególnie Elias celebrujący eliminację, żeby chwilę później samemu wylecieć z ringu za sprawą Brutala. Rocks również dostał swoje mocne momenty, a The Outfit konsekwentnie współpracowało, co ostatecznie pozwoliło Tony'emu pozbawić Brutala zwycięstwa. Osobno muszę pochwalić wątek Roba, za którego odpowiadam. Jego frustracja w relacji z Lordem wreszcie znalazła ujście w konkretnych działaniach. Najpierw eliminuje Alistaira, a później pomaga pozbyć się samego Sebastiena, choć wciąż nie może mu się otwarcie przeciwstawić. Fajnie, że ta historia rozwija się również podczas walk, a nie tylko w segmentach na zapleczu. Końcówka z Brutalem, który praktycznie sam przetrwał starcie z dwoma członkami The Outfit, również bardzo mi siadła. Tym bardziej że ostatecznie eliminuje go nie jeden z rywali w ringu, tylko Leone z zewnątrz. Idealnie podgrzewa to ich konflikt przed Danse Macabre. A zwycięzca? Cóż, Dolnick chyba sam nie wie, jakim cudem znalazł się w Chamberze xD Kapitalny Battle Royal, który jednocześnie bawił i popychał kilka historii do przodu.

River: Rozliczania się z przeszłością ciąg dalszy. Podoba mi się, że po ostatnich wydarzeniach River próbuje odnaleźć się w swojej nowej rzeczywistości i wraca do miejsca, które miało ogromny wpływ na to, kim się stał. Sama rozmowa z wychowankami sierocińca wypada naprawdę dobrze, bo nie dostajemy kolejnej motywacyjnej gadki o tym, że każdy może wszystko. River doskonale wie, jak wygląda życie w takim miejscu i nie próbuje udawać, że wszyscy mają równe szanse. Najciekawsze zaczyna się jednak wtedy, gdy okazuje się, że sam River nie do końca potrafi zastosować własne rady. Z jednej strony przekonuje młodych, że mogą sami decydować o swoim życiu, a z drugiej nadal czuje się więźniem własnej przeszłości. Niby odzyskał swoją tożsamość, ale wcale nie oznacza to, że automatycznie odzyskał spokój. Bardzo fajnie pokazana wewnętrzna sprzeczność tej postaci. No i końcówka z Errolem... tutaj robi się już naprawdę niepokojąco. Szczególnie zastanawiające jest to, że River nie potrafi dokończyć myśli, a następnie mówi o kimś, kto od dziesięciu lat nie pracuje w sierocińcu, jakby nadal był tam obecny. Mam wrażenie, że dopiero zaczynamy odkrywać, co tak naprawdę wydarzyło się w dzieciństwie Rivera. Ciekawy segment, który pokazuje, że samo uwolnienie się od dawnej tożsamości nie oznacza jeszcze uwolnienia się od wszystkich demonów przeszłości.

Jean-Pierre Dolnick/Elias Shadow/Yoshi Tatsu: No i proszę, nasz odmieniony Dolnick nie zamierza z nikim rozmawiać. Nawet Paddy nie zdołał wyciągnąć z niego ani jednego słowa, a zaczepki Eliasa kompletnie po nim spływają. Coś ewidentnie jest na rzeczy, bo ciężko nie zauważyć różnicy względem wcześniejszego Jean-Pierre'a. Do tego ta tajemnicza asystentka... Ciekawe, co oni właściwie kombinują xD Ale później wchodzą Elias i Yoshi, czyli duet, który jest po prostu kopalnią komedii. Jeden zachowuje się jak kompletnie niezrównoważony dzieciak, a drugi wszystko traktuje ze śmiertelną powagą i swoim samurajskim honorem. Już samo tłumaczenie Yoshiego, że specjalnie odpuścił Battle Royal, żeby młodzież mogła się wykazać, jest piękne xD No i ta końcówka! Dostajemy klasyczną scenę rodem z anime, gdzie bohater instynktownie rzuca się na ratunek drugiej osobie, a potem niemal kona od odniesionych obrażeń. Tylko że tutaj mamy Eliasa, który po uratowaniu Yoshiego pada nieprzytomny pod trzydziestoma kilogramami aluminium, podczas gdy Japończyk podnosi całą konstrukcję jedną ręką xDD. Jeszcze to dramatyczne „moje ciało po prostu ruszyło się samo”... no złoto. Najlepsze jest to, że poza samą komedią dostajemy też ciekawy moment w relacji tej dwójki. Yoshi jest teraz jeszcze bardziej przekonany, że Elias ma w sobie dobro, nawet jeśli sam zainteresowany pewnie nigdy by się do tego nie przyznał. Naprawdę świetnie mi się ogląda ten absurdalny duet.

River vs Zack Sabre Jr.: Czyli jednak River nadal ma w sobie tego drugiego wilka, który najwyraźniej nie zamierza tak łatwo zniknąć. I to jest ciekawe, bo po wcześniejszym segmencie w sierocińcu mogliśmy odnieść wrażenie, że River próbuje pogodzić się ze swoją przeszłością i odzyskać kontrolę nad własnym życiem. Tymczasem tutaj dostajemy brutalne przypomnienie, że w jego głowie nadal dzieje się coś bardzo niepokojącego. Sama walka jest mocno jednostronna, ale wyraźnie nie chodziło tutaj o sportową rywalizację. Najciekawszy jest moment z tajemniczym nagraniem, po którym River kompletnie zmienia swoje zachowanie. Zastanawia mnie, czy to świadome działanie Rivera, czy może coś nadal ma nad nim kontrolę. Jedno jest pewne, zmiana tożsamości nie oznacza, że wszystkie jego demony zostały pokonane. I bardzo dobrze, bo ten psychologiczny wątek naprawdę zaczyna się ciekawie rozwijać.

Eli Cottonwood i spółka: O kurwa, następny xDD No dobra, ta ekipa to już zdecydowanie top of the top Elysium, jeśli chodzi o kompletny absurd. Dopiero co poznaliśmy Cottontaila, a teraz do kolekcji dołącza Cottonpicker. Zaczynam się zastanawiać, ilu jeszcze tych wąsatych Eli czeka gdzieś w ciemnościach xD Nie będę tutaj dorabiał jakiejś wielkiej filozofii, bo jako krótki, komediowy przerywnik na siku segment spełnia swoją rolę idealnie. Ta grupa jest tak głupia, że aż chce się zobaczyć, co jeszcze wymyślą xD

Rocks Xebec/Chris Finnegan: Całkiem przyjemna rozmowa między tą dwójką, przynajmniej dopóki Rocks nie postanowił urządzić Surferowi solidnego wpierdolu xD Przede wszystkim cieszy mnie jednak Finnegan, który w końcu pokazał coś więcej ze swojego charakteru. Zamiast kolejnej generycznej wypowiedzi dostaliśmy wyluzowanego gościa, który nawet w obliczu wściekłego Xebeca potrafi zachować spokój, rzucić kilka uszczypliwości i jeszcze zaproponować wspólne surfowanie. Właśnie takiego Chrisa chciałbym oglądać częściej. Rocks natomiast coraz bardziej pokazuje, jak niebezpieczny potrafi być, kiedy coś nie idzie po jego myśli. Porażka w Battle Royalu ewidentnie mocno go zabolała, a jego wybuch agresji i rozmowa z nieobecnym Eddiem dodają całej postaci nieco niepokojącego charakteru. Podoba mi się też kontrast między tą dwójką, bo spokojne podejście Finnegana tylko bardziej prowokuje Xebeca. Sam atak dość brutalny, ale idealnie pasujący do postaci.

River/Dr Victor Kline: Wiem, co będzie dalej, ale patrząc na ten segment z perspektywy widza, uważam, że zapowiedź wyszła naprawdę dobrze. Za sam list odpowiadam ja i zależało mi przede wszystkim na tym, żeby Kline nie musiał nawet pojawiać się osobiście, a mimo to jego obecność była wyraźnie odczuwalna.

Enzo Sacrale/Vincenzo Vizzini: No proszę, mafiozi zamiast załatwiać interesy latają z miotłami po szatni. Fajnie, że wcześniejsze porażki mają swoje konsekwencje i Tony faktycznie egzekwuje zasady panujące w The Outfit. Sama rozmowa też bardzo mi się podoba, bo dobrze pokazuje różnicę między charakterami obu zawodników. Enzo jest zdecydowanie bardziej emocjonalny, analizuje niepowodzenia i zaczyna dostrzegać, że nie wszystko w organizacji funkcjonuje idealnie. Vincenzo natomiast zachowuje absolutny spokój, traktując porażki jak problem, który trzeba rozwiązać, zamiast się nad nim rozczulać. Podoba mi się, że nie próbuje przekonywać Enzo do swojego podejścia, tylko zwyczajnie tłumaczy, jak sam postrzega świat. Najciekawsza jest jednak końcówka, bo ten drobny uśmiech i sugestia, że ktoś powoli zaczyna dobierać się do jego drugiej strony, pokazują, że nawet Vizzini może mieć swoje granice. Ciekawe, kto ostatecznie będzie w stanie je przekroczyć. Dobry segment rozwijający obie postacie i pokazujący, że The Outfit to coś więcej niż grupa mafiozów wykonujących polecenia Dona.

LPW Loserweight Championship Fatal 4-Way: xD Cóż za przepiękny pas przegrywa, proszę państwa. Sama koncepcja jest tak absurdalna, że ciężko traktować ją inaczej niż jako czystą komedię. Zresztą wystarczy spojrzeć na uczestników, żeby wiedzieć, z czym mamy do czynienia. Mistrzostwa Roll-upu, Jeff Brown cieszący się z wyrzucenia rywali ponad liny czy Salvador, który najpierw przerywa przypięcie, a potem sam próbuje wygrać. No po prostu wrestling najwyższych lotów. Mam jednak jedno zastrzeżenie do samego wprowadzenia pasa. Trochę szkoda, że ogłosił go akurat Aldis, który wcześniej świetnie wypadł podczas debaty Golden Laurel, pokazując się jako konkretny i profesjonalny GM. Tutaj natomiast zapowiada kompletnie niepoważne mistrzostwo, co moim zdaniem trochę odbiera powagi jego postaci. Wolałbym, żeby takie ogłoszenie przypadło chociażby Paddy'emu, bo znacznie lepiej pasowałoby do komediowego charakteru całego przedsięwzięcia. Gratulacje Jeff, przegałeś.

Lord/Alistair/Rob: No i mamy konsekwencje wydarzeń z Battle Royalu. Lord oczywiście nie potrafi pogodzić się z porażką, a już szczególnie z faktem, że przyczynił się do niej jego własny kucharz. Bardzo dobrze wypada tutaj jego poczucie wyższości i przekonanie, że wszyscy powinni znać swoje miejsce. Alistair natomiast jak zwykle pozostaje wiernym sługą, który zamiast uspokajać sytuację, jeszcze bardziej utwierdza swojego pana w przekonaniu, że został niewybaczalnie znieważony. Fajnie widać różnicę między emocjonalnym Lordem a zdecydowanie bardziej opanowanym Fraserem. Jeśli chodzi o Roba, to, chciałem przede wszystkim pokazać, że McŁowicz coraz gorzej znosi swoją sytuację, ale jednocześnie nadal respektuje warunki przegranej walki. Bycie kucharzem Sebastiena nie oznacza przecież, że ma rezygnować z własnych ambicji jako wrestler. Zależało mi też, żeby nie doszło jeszcze do całkowitego zerwania tej relacji, tylko żeby napięcie stopniowo rosło.

Lopez/Blaze/Ransom/Mantel: Bardzo mocne podkręcenie atmosfery przed Danse Macabre. Na początek Lopez, który oczywiście próbuje przekonać wszystkich, że wydarzenia w domu Axela od początku były częścią jego planu. Ciężko mu w to do końca uwierzyć, ale jego obsesja na punkcie wydobycia z Blaze'a prawdziwego potwora jest tutaj doskonale widoczna. Sama walka również mi siadła, bo każdy dostał coś dla siebie. Mantel ponownie pokazał swoje kombinatorstwo, próbując wykorzystać krzesełko, ale tym razem jego zagrywki przyniosły więcej problemów niż korzyści. Fajnie, że wciąż pozostaje niebezpiecznym i przebiegłym zawodnikiem, a jego trwający konflikt z Ransomem dodaje temu starciu kolejnego smaczku. Największym wygranym jest jednak Maxwell, który ostatecznie przypina aktualnego World Championa! Oczywiście przy sporej pomocy Axela, ale dla gościa, który jeszcze niedawno wątpił we własne możliwości, to ogromny moment. Świetnie wypada też Blaze, który zamiast kraść całe show, oddaje mu spotlight. Bardzo fajnie spina się to z ich rozmową z poprzedniej gali. No i na koniec Axel, który wreszcie przestaje tłumić emocje. Bardzo podoba mi się kontrast między jego zachowaniem wobec Ransoma a tym, co chwilę później robi Lopezowi. Jose chciał obudzić potwora i wygląda na to, że faktycznie mu się udało. Końcowy speech jest pełen agresji, ale nadal pasuje do charakteru Blaze'a. Po czymś takim Three Stages of Hell zapowiada się na prawdziwą rzeźnię.

River/Kline : Chyba spełniliśmy Wasze oczekiwania, a przynajmniej tak wnioskuję po komentarzach, które już się pojawiły. Doktorka i Silasa pozostawiam Wam do oceny, jestem ciekaw, jak odbierzecie ich zachowanie i dalszy rozwój całej historii. Natomiast jeśli chodzi o pana Rzekę, to muszę przyznać, że bardzo podoba mi się kierunek, w którym zmierza ta postać. River coraz bardziej świadomie podchodzi do własnej przeszłości i nie zamierza już tylko reagować na psychologiczne zagrywki Kline'a. Tym razem sam próbuje odwrócić role, zadaje niewygodne pytania i uderza w doktora jego własną bronią. Szczególnie spodobało mi się nawiązanie do Errola i Golden Gate, bo River próbuje pokazać, że za tą całą otoczką naukowca również może kryć się człowiek z własnymi demonami. Fajne jest również to, że River nie próbuje udawać, że przeszłość przestała go boleć. Przyznaje się do swoich słabości, ale jednocześnie nie pozwala, żeby automatycznie definiowały go jako człowieka. To zdecydowanie ciekawsze niż zwykłe przekrzykiwanie się z doktorem czy rzucanie gróźb w stronę Silasa. No i końcówka... cóż, wygląda na to, że cała ta psychologiczna wojna właśnie weszła na kolejny poziom. Jestem bardzo ciekaw Waszych opinii, bo mam wrażenie, że relacja tej trójki robi się coraz bardziej interesująca.

Derek Halloway vs Edgar Dickinson/The Outfit/Brutal: Samą walkę pisałem ja, więc ocenę jej jakości pozostawię innym. Dickinson zgarnia zwycięstwo po naprawdę wyrównanym starciu, ale dla mnie najważniejsze zaczyna się dopiero po gongu. Bardzo podoba mi się sposób, w jaki Leone rozgrywa całą sytuację. Najpierw The Outfit brutalnie rozprawia się z wyczerpanymi zawodnikami, a później Don postanawia wykorzystać Brutala do własnych celów. Tony po raz kolejny pokazuje, że nie musi nikogo osobiście atakować, żeby stanowić ogromne zagrożenie. Jego przemowa jest świetna, bo uderza bezpośrednio w największy problem Mike'a, czyli próbę pogodzenia swojej brutalnej natury z chęcią bycia lepszym człowiekiem. No i sama reakcja Brutala to dla mnie zdecydowanie najlepszy moment. Przez chwilę naprawdę można uwierzyć, że sięgnie po łom i zrobi dokładnie to, czego oczekuje Leone. Tymczasem Mike postanawia pokazać, że nadal potrafi być bezwzględny, ale nie pozwoli już innym decydować, przeciwko komu skieruje swoją agresję. Enzo przekonuje się o tym wyjątkowo boleśnie. Końcowe promo również bardzo mocne. Brutal wreszcie bierze odpowiedzialność za własne błędy, ale nie zamierza wyrzekać się tego, kim jest. Do tego dostajemy zapowiedź Philadelphia Trick or Treat Street Fight z Vizzinim, która idealnie pasuje do całego konfliktu. Świetne rozwinięcie postaci Mike'a i bardzo mocne podgrzanie atmosfery przed Danse Macabre.

Podsumowując: Naprawdę mega dobre Elysium, kolejna tygodniówka przed PPV która naprawdę dowozi poziomem który jest równie wysoki co 4, która przypominam uchodzi za najlepszą galę LPW. Każdy dowiózł, ja mam mały niesmak z tym ogłoszeniem tytułu przegrywa przez Aldisa, ale no wiadomo każdemu podoba się co innego. Gala to solidna 5. Czekam z niecierpliwością na PPV.

[Obrazek: lI0WsTu.png]
Rob McŁowicz

Streak: 2-0-3
Last Match: Lord Sebastien def. Rob McŁowicz
Achievements:
Kucharz jakiegoś Francuza

[Obrazek: cEjDAaW.png]
Silas Crowe

Streak: 3-0-0
Last Match: Silas Crowe def. Rob McŁowicz
Achievements:
Odpowiedz
Cytuj
Ryse
Head Admin
6 godzin(y) temu #8
ET: Chyba muszę zgodzić się z przedmówcami, że to jeden z najlepszych segmentów gali. Świetne zamknięcie programu przed Danse Macabre, bo zamiast kolejnej zwykłej konfrontacji dostajemy coś znacznie bardziej osobistego. Lopez wchodzi do rodzinnego domu Axela, odkrywa swoje prawdziwe motywacje i jest tak przekonany o własnej przewadze, że ostatecznie sam wpada w pułapkę przygotowaną przez Blaze'a. Największe brawa należą się jednak gospodyni, która moim zdaniem zagrała tutaj idealną rolę. Susana była takim spoiwem całego segmentu, od początku zachowywała spokój, potrafiła odpowiednio zgasić Lopeza, a na koniec ze strzelbą w rękach pokazała, kto tak naprawdę rządzi w tym domu xD Całość ma świetny klimat, odpowiednie napięcie i bardzo dobry finał. Teraz pozostaje już tylko Three Stages of Hell. Dobra robota, panowie!

Debata uczestników: Od razu zwróciłem uwagę na to co robi Aldis, który naprawdę świetnie odnajduje się w roli prowadzącego. Potrafi dorzucić trochę ironii, odpowiednio reagować na wypowiedzi zawodników, ale przede wszystkim cały czas kontroluje sytuację. Nawet kiedy Hallowayowi puszczają nerwy, Nick szybko reaguje i nie pozwala, żeby wszystko przerodziło się w zwykłą bijatykę. Jeśli chodzi o samych uczestników, to każdy dostał okazję do pokazania swojego charakteru. Leone jak zwykle elegancki, uprzejmy i jednocześnie niezwykle prowokacyjny. Halloway ze swoimi teoriami spiskowymi idealnie wpisuje się w tę formułę, chociaż ostatecznie daje się sprowokować. Mantel jest bardzo pewny siebie, a jego docinki w stronę Ransoma dobrze podtrzymują ich konflikt. Maxwell z kolei wypada ciekawie, bo zamiast rzucać wielkimi deklaracjami, otwarcie przyznaje się do swoich słabości, ale widać też, że powoli nabiera pewności siebie. Najbardziej spodobała mi się chyba odpowiedź Dickinsona na drugie pytanie. Przedstawienie Leone jednocześnie jako największego zagrożenia, czarnego konia i najsłabszego ogniwa było naprawdę sprytne i miało sensowne uzasadnienie. Bardzo przyjemny segmnet, o co w takiej formule nie jest łatwo. Kolejny mocny punkt gali.

11-Man Battle Royal: O MATKO, ON WRÓCIŁ! VOLDEMORT POWRÓCIŁ! A nie, to tylko nasz kochany grubas z Konga xD Nie dość, że Dolnick wraca odmieniony, łysy i z jakąś tajemniczą pannicą u boku, to jeszcze wygrywa całą walkę! I to w jakim stylu, praktycznie przesiedział większość pojedynku w narożniku, a na koniec zgarnął awans do Elimination Chamber. No piękna historia, proszę państwa xD Ale sama walka to istna poezja. Bardzo podoba mi się, jak udało się w jednym Battle Royal połączyć kilka różnych programów, nie robiąc z tego bezmyślnego wyrzucania kolejnych zawodników. Elias i Yoshi dostarczyli nam solidną porcję komedii, szczególnie Elias celebrujący eliminację, żeby chwilę później samemu wylecieć z ringu za sprawą Brutala. Rocks również dostał swoje mocne momenty, a The Outfit konsekwentnie współpracowało, co ostatecznie pozwoliło Tony'emu pozbawić Brutala zwycięstwa. Osobno muszę pochwalić wątek Roba, za którego odpowiadam. Jego frustracja w relacji z Lordem wreszcie znalazła ujście w konkretnych działaniach. Najpierw eliminuje Alistaira, a później pomaga pozbyć się samego Sebastiena, choć wciąż nie może mu się otwarcie przeciwstawić. Fajnie, że ta historia rozwija się również podczas walk, a nie tylko w segmentach na zapleczu. Końcówka z Brutalem, który praktycznie sam przetrwał starcie z dwoma członkami The Outfit, również bardzo mi siadła. Tym bardziej że ostatecznie eliminuje go nie jeden z rywali w ringu, tylko Leone z zewnątrz. Idealnie podgrzewa to ich konflikt przed Danse Macabre. A zwycięzca? Cóż, Dolnick chyba sam nie wie, jakim cudem znalazł się w Chamberze xD Kapitalny Battle Royal, który jednocześnie bawił i popychał kilka historii do przodu.

River: Rozliczania się z przeszłością ciąg dalszy. Podoba mi się, że po ostatnich wydarzeniach River próbuje odnaleźć się w swojej nowej rzeczywistości i wraca do miejsca, które miało ogromny wpływ na to, kim się stał. Sama rozmowa z wychowankami sierocińca wypada naprawdę dobrze, bo nie dostajemy kolejnej motywacyjnej gadki o tym, że każdy może wszystko. River doskonale wie, jak wygląda życie w takim miejscu i nie próbuje udawać, że wszyscy mają równe szanse. Najciekawsze zaczyna się jednak wtedy, gdy okazuje się, że sam River nie do końca potrafi zastosować własne rady. Z jednej strony przekonuje młodych, że mogą sami decydować o swoim życiu, a z drugiej nadal czuje się więźniem własnej przeszłości. Niby odzyskał swoją tożsamość, ale wcale nie oznacza to, że automatycznie odzyskał spokój. Bardzo fajnie pokazana wewnętrzna sprzeczność tej postaci. No i końcówka z Errolem... tutaj robi się już naprawdę niepokojąco. Szczególnie zastanawiające jest to, że River nie potrafi dokończyć myśli, a następnie mówi o kimś, kto od dziesięciu lat nie pracuje w sierocińcu, jakby nadal był tam obecny. Mam wrażenie, że dopiero zaczynamy odkrywać, co tak naprawdę wydarzyło się w dzieciństwie Rivera. Ciekawy segment, który pokazuje, że samo uwolnienie się od dawnej tożsamości nie oznacza jeszcze uwolnienia się od wszystkich demonów przeszłości.

Jean-Pierre Dolnick/Elias Shadow/Yoshi Tatsu: No i proszę, nasz odmieniony Dolnick nie zamierza z nikim rozmawiać. Nawet Paddy nie zdołał wyciągnąć z niego ani jednego słowa, a zaczepki Eliasa kompletnie po nim spływają. Coś ewidentnie jest na rzeczy, bo ciężko nie zauważyć różnicy względem wcześniejszego Jean-Pierre'a. Do tego ta tajemnicza asystentka... Ciekawe, co oni właściwie kombinują xD Ale później wchodzą Elias i Yoshi, czyli duet, który jest po prostu kopalnią komedii. Jeden zachowuje się jak kompletnie niezrównoważony dzieciak, a drugi wszystko traktuje ze śmiertelną powagą i swoim samurajskim honorem. Już samo tłumaczenie Yoshiego, że specjalnie odpuścił Battle Royal, żeby młodzież mogła się wykazać, jest piękne xD No i ta końcówka! Dostajemy klasyczną scenę rodem z anime, gdzie bohater instynktownie rzuca się na ratunek drugiej osobie, a potem niemal kona od odniesionych obrażeń. Tylko że tutaj mamy Eliasa, który po uratowaniu Yoshiego pada nieprzytomny pod trzydziestoma kilogramami aluminium, podczas gdy Japończyk podnosi całą konstrukcję jedną ręką xDD. Jeszcze to dramatyczne „moje ciało po prostu ruszyło się samo”... no złoto. Najlepsze jest to, że poza samą komedią dostajemy też ciekawy moment w relacji tej dwójki. Yoshi jest teraz jeszcze bardziej przekonany, że Elias ma w sobie dobro, nawet jeśli sam zainteresowany pewnie nigdy by się do tego nie przyznał. Naprawdę świetnie mi się ogląda ten absurdalny duet.

River vs Zack Sabre Jr.: Czyli jednak River nadal ma w sobie tego drugiego wilka, który najwyraźniej nie zamierza tak łatwo zniknąć. I to jest ciekawe, bo po wcześniejszym segmencie w sierocińcu mogliśmy odnieść wrażenie, że River próbuje pogodzić się ze swoją przeszłością i odzyskać kontrolę nad własnym życiem. Tymczasem tutaj dostajemy brutalne przypomnienie, że w jego głowie nadal dzieje się coś bardzo niepokojącego. Sama walka jest mocno jednostronna, ale wyraźnie nie chodziło tutaj o sportową rywalizację. Najciekawszy jest moment z tajemniczym nagraniem, po którym River kompletnie zmienia swoje zachowanie. Zastanawia mnie, czy to świadome działanie Rivera, czy może coś nadal ma nad nim kontrolę. Jedno jest pewne, zmiana tożsamości nie oznacza, że wszystkie jego demony zostały pokonane. I bardzo dobrze, bo ten psychologiczny wątek naprawdę zaczyna się ciekawie rozwijać.

Eli Cottonwood i spółka: O kurwa, następny xDD No dobra, ta ekipa to już zdecydowanie top of the top Elysium, jeśli chodzi o kompletny absurd. Dopiero co poznaliśmy Cottontaila, a teraz do kolekcji dołącza Cottonpicker. Zaczynam się zastanawiać, ilu jeszcze tych wąsatych Eli czeka gdzieś w ciemnościach xD Nie będę tutaj dorabiał jakiejś wielkiej filozofii, bo jako krótki, komediowy przerywnik na siku segment spełnia swoją rolę idealnie. Ta grupa jest tak głupia, że aż chce się zobaczyć, co jeszcze wymyślą xD

Rocks Xebec/Chris Finnegan: Całkiem przyjemna rozmowa między tą dwójką, przynajmniej dopóki Rocks nie postanowił urządzić Surferowi solidnego wpierdolu xD Przede wszystkim cieszy mnie jednak Finnegan, który w końcu pokazał coś więcej ze swojego charakteru. Zamiast kolejnej generycznej wypowiedzi dostaliśmy wyluzowanego gościa, który nawet w obliczu wściekłego Xebeca potrafi zachować spokój, rzucić kilka uszczypliwości i jeszcze zaproponować wspólne surfowanie. Właśnie takiego Chrisa chciałbym oglądać częściej. Rocks natomiast coraz bardziej pokazuje, jak niebezpieczny potrafi być, kiedy coś nie idzie po jego myśli. Porażka w Battle Royalu ewidentnie mocno go zabolała, a jego wybuch agresji i rozmowa z nieobecnym Eddiem dodają całej postaci nieco niepokojącego charakteru. Podoba mi się też kontrast między tą dwójką, bo spokojne podejście Finnegana tylko bardziej prowokuje Xebeca. Sam atak dość brutalny, ale idealnie pasujący do postaci.

River/Dr Victor Kline: Wiem, co będzie dalej, ale patrząc na ten segment z perspektywy widza, uważam, że zapowiedź wyszła naprawdę dobrze. Za sam list odpowiadam ja i zależało mi przede wszystkim na tym, żeby Kline nie musiał nawet pojawiać się osobiście, a mimo to jego obecność była wyraźnie odczuwalna.

Enzo Sacrale/Vincenzo Vizzini: No proszę, mafiozi zamiast załatwiać interesy latają z miotłami po szatni. Fajnie, że wcześniejsze porażki mają swoje konsekwencje i Tony faktycznie egzekwuje zasady panujące w The Outfit. Sama rozmowa też bardzo mi się podoba, bo dobrze pokazuje różnicę między charakterami obu zawodników. Enzo jest zdecydowanie bardziej emocjonalny, analizuje niepowodzenia i zaczyna dostrzegać, że nie wszystko w organizacji funkcjonuje idealnie. Vincenzo natomiast zachowuje absolutny spokój, traktując porażki jak problem, który trzeba rozwiązać, zamiast się nad nim rozczulać. Podoba mi się, że nie próbuje przekonywać Enzo do swojego podejścia, tylko zwyczajnie tłumaczy, jak sam postrzega świat. Najciekawsza jest jednak końcówka, bo ten drobny uśmiech i sugestia, że ktoś powoli zaczyna dobierać się do jego drugiej strony, pokazują, że nawet Vizzini może mieć swoje granice. Ciekawe, kto ostatecznie będzie w stanie je przekroczyć. Dobry segment rozwijający obie postacie i pokazujący, że The Outfit to coś więcej niż grupa mafiozów wykonujących polecenia Dona.

LPW Loserweight Championship Fatal 4-Way: xD Cóż za przepiękny pas przegrywa, proszę państwa. Sama koncepcja jest tak absurdalna, że ciężko traktować ją inaczej niż jako czystą komedię. Zresztą wystarczy spojrzeć na uczestników, żeby wiedzieć, z czym mamy do czynienia. Mistrzostwa Roll-upu, Jeff Brown cieszący się z wyrzucenia rywali ponad liny czy Salvador, który najpierw przerywa przypięcie, a potem sam próbuje wygrać. No po prostu wrestling najwyższych lotów. Mam jednak jedno zastrzeżenie do samego wprowadzenia pasa. Trochę szkoda, że ogłosił go akurat Aldis, który wcześniej świetnie wypadł podczas debaty Golden Laurel, pokazując się jako konkretny i profesjonalny GM. Tutaj natomiast zapowiada kompletnie niepoważne mistrzostwo, co moim zdaniem trochę odbiera powagi jego postaci. Wolałbym, żeby takie ogłoszenie przypadło chociażby Paddy'emu, bo znacznie lepiej pasowałoby do komediowego charakteru całego przedsięwzięcia. Gratulacje Jeff, przegałeś.

Lord/Alistair/Rob: No i mamy konsekwencje wydarzeń z Battle Royalu. Lord oczywiście nie potrafi pogodzić się z porażką, a już szczególnie z faktem, że przyczynił się do niej jego własny kucharz. Bardzo dobrze wypada tutaj jego poczucie wyższości i przekonanie, że wszyscy powinni znać swoje miejsce. Alistair natomiast jak zwykle pozostaje wiernym sługą, który zamiast uspokajać sytuację, jeszcze bardziej utwierdza swojego pana w przekonaniu, że został niewybaczalnie znieważony. Fajnie widać różnicę między emocjonalnym Lordem a zdecydowanie bardziej opanowanym Fraserem. Jeśli chodzi o Roba, to, chciałem przede wszystkim pokazać, że McŁowicz coraz gorzej znosi swoją sytuację, ale jednocześnie nadal respektuje warunki przegranej walki. Bycie kucharzem Sebastiena nie oznacza przecież, że ma rezygnować z własnych ambicji jako wrestler. Zależało mi też, żeby nie doszło jeszcze do całkowitego zerwania tej relacji, tylko żeby napięcie stopniowo rosło.

Lopez/Blaze/Ransom/Mantel: Bardzo mocne podkręcenie atmosfery przed Danse Macabre. Na początek Lopez, który oczywiście próbuje przekonać wszystkich, że wydarzenia w domu Axela od początku były częścią jego planu. Ciężko mu w to do końca uwierzyć, ale jego obsesja na punkcie wydobycia z Blaze'a prawdziwego potwora jest tutaj doskonale widoczna. Sama walka również mi siadła, bo każdy dostał coś dla siebie. Mantel ponownie pokazał swoje kombinatorstwo, próbując wykorzystać krzesełko, ale tym razem jego zagrywki przyniosły więcej problemów niż korzyści. Fajnie, że wciąż pozostaje niebezpiecznym i przebiegłym zawodnikiem, a jego trwający konflikt z Ransomem dodaje temu starciu kolejnego smaczku. Największym wygranym jest jednak Maxwell, który ostatecznie przypina aktualnego World Championa! Oczywiście przy sporej pomocy Axela, ale dla gościa, który jeszcze niedawno wątpił we własne możliwości, to ogromny moment. Świetnie wypada też Blaze, który zamiast kraść całe show, oddaje mu spotlight. Bardzo fajnie spina się to z ich rozmową z poprzedniej gali. No i na koniec Axel, który wreszcie przestaje tłumić emocje. Bardzo podoba mi się kontrast między jego zachowaniem wobec Ransoma a tym, co chwilę później robi Lopezowi. Jose chciał obudzić potwora i wygląda na to, że faktycznie mu się udało. Końcowy speech jest pełen agresji, ale nadal pasuje do charakteru Blaze'a. Po czymś takim Three Stages of Hell zapowiada się na prawdziwą rzeźnię.

River/Kline : Chyba spełniliśmy Wasze oczekiwania, a przynajmniej tak wnioskuję po komentarzach, które już się pojawiły. Doktorka i Silasa pozostawiam Wam do oceny, jestem ciekaw, jak odbierzecie ich zachowanie i dalszy rozwój całej historii. Natomiast jeśli chodzi o pana Rzekę, to muszę przyznać, że bardzo podoba mi się kierunek, w którym zmierza ta postać. River coraz bardziej świadomie podchodzi do własnej przeszłości i nie zamierza już tylko reagować na psychologiczne zagrywki Kline'a. Tym razem sam próbuje odwrócić role, zadaje niewygodne pytania i uderza w doktora jego własną bronią. Szczególnie spodobało mi się nawiązanie do Errola i Golden Gate, bo River próbuje pokazać, że za tą całą otoczką naukowca również może kryć się człowiek z własnymi demonami. Fajne jest również to, że River nie próbuje udawać, że przeszłość przestała go boleć. Przyznaje się do swoich słabości, ale jednocześnie nie pozwala, żeby automatycznie definiowały go jako człowieka. To zdecydowanie ciekawsze niż zwykłe przekrzykiwanie się z doktorem czy rzucanie gróźb w stronę Silasa. No i końcówka... cóż, wygląda na to, że cała ta psychologiczna wojna właśnie weszła na kolejny poziom. Jestem bardzo ciekaw Waszych opinii, bo mam wrażenie, że relacja tej trójki robi się coraz bardziej interesująca.

Derek Halloway vs Edgar Dickinson/The Outfit/Brutal: Samą walkę pisałem ja, więc ocenę jej jakości pozostawię innym. Dickinson zgarnia zwycięstwo po naprawdę wyrównanym starciu, ale dla mnie najważniejsze zaczyna się dopiero po gongu. Bardzo podoba mi się sposób, w jaki Leone rozgrywa całą sytuację. Najpierw The Outfit brutalnie rozprawia się z wyczerpanymi zawodnikami, a później Don postanawia wykorzystać Brutala do własnych celów. Tony po raz kolejny pokazuje, że nie musi nikogo osobiście atakować, żeby stanowić ogromne zagrożenie. Jego przemowa jest świetna, bo uderza bezpośrednio w największy problem Mike'a, czyli próbę pogodzenia swojej brutalnej natury z chęcią bycia lepszym człowiekiem. No i sama reakcja Brutala to dla mnie zdecydowanie najlepszy moment. Przez chwilę naprawdę można uwierzyć, że sięgnie po łom i zrobi dokładnie to, czego oczekuje Leone. Tymczasem Mike postanawia pokazać, że nadal potrafi być bezwzględny, ale nie pozwoli już innym decydować, przeciwko komu skieruje swoją agresję. Enzo przekonuje się o tym wyjątkowo boleśnie. Końcowe promo również bardzo mocne. Brutal wreszcie bierze odpowiedzialność za własne błędy, ale nie zamierza wyrzekać się tego, kim jest. Do tego dostajemy zapowiedź Philadelphia Trick or Treat Street Fight z Vizzinim, która idealnie pasuje do całego konfliktu. Świetne rozwinięcie postaci Mike'a i bardzo mocne podgrzanie atmosfery przed Danse Macabre.

Podsumowując: Naprawdę mega dobre Elysium, kolejna tygodniówka przed PPV która naprawdę dowozi poziomem który jest równie wysoki co 4, która przypominam uchodzi za najlepszą galę LPW. Każdy dowiózł, ja mam mały niesmak z tym ogłoszeniem tytułu przegrywa przez Aldisa, ale no wiadomo każdemu podoba się co innego. Gala to solidna 5. Czekam z niecierpliwością na PPV.

[Obrazek: lI0WsTu.png]
Rob McŁowicz

Streak: 2-0-3
Last Match: Lord Sebastien def. Rob McŁowicz
Achievements:
Kucharz jakiegoś Francuza

[Obrazek: cEjDAaW.png]
Silas Crowe

Streak: 3-0-0
Last Match: Silas Crowe def. Rob McŁowicz
Achievements:
Odpowiedz
Cytuj
Użytkownicy przeglądający ten wątek:
 1 gości
Użytkownicy przeglądający ten wątek:
 1 gości