Legion Pro Wrestling
Legion Pro Wrestling E-Fed Tygodniówki Elysium #1 - Chicago, Illinois - 18.07.2026r.

Elysium #1 - Chicago, Illinois - 18.07.2026r.

Elysium #1 - Chicago, Illinois - 18.07.2026r.

Strony (2): 1 2 Dalej
18.07.2026, 22:27
#1
[Obrazek: 3bvyb55.jpeg]


Na arenie słyszymy "Heavy is the Crown" od Linkin Park, a światła zaczynają migotać na niebieskie i złote kolory - to oznacza, iż w końcu rozpoczynamy pierwsze w historii Elysium! Kamera przejeżdża po zebranych na arenie fanach, z których wielu trzyma transparenty wspierając nimi swoich ulubieńców! Muzyka cichnie, wszyscy czekają w napięciu na to co wydarzy się teraz... 
Rozbrzmiewa FATE! A to oznacza, że Jose Lopez przybywa na Elysium! Są fani, którzy usilnie cheerują byłego idola, ale nie oszukujmy się, większość buczy i to sążnie. Hiszpan z lekkim uśmiechem wymalowanym na ustach pojawia się na rampie w TYM STROJU. Chico Malo pewnym siebie krokiem zmierza w kierunku ringu, przed wejściem do niego odbiera mikrofon od pracownika. Gdy jest już w kwadratowym pierścieniu, to ma zamiar coś powiedzieć. Fani jeszcze przed tym, gdy Jose zdążył zabrać głos, zaczęli skandować ''ELYSIUM! ELYSIUM!''.

Jose Lopez: Elizjum... cieszę się, że LPW uczy i bawi, przez co poznaliście prawdopodobnie najtrudniejsze słowo w swoim życiu. *heat* Piękna nazwa, serio! Do tego, jak pasuje.. to zdecydowanie będzie coś na wzór pól elizejskich. Jestem wam w stanie to obiecać! Jednak nic nie będzie tutaj takie idealne jak w tych mitach... nie ma tak dobrze. To show będzie grobowcem rodem z mitologii dla tych wszystkich ''bohaterów'', których kochacie i którzy wejdą do ringu z Jose Lopezem. Z ciał waszych herosów z OGROMNĄ chęcią zbuduję sobie tron. *heat i wredny uśmiech Lopeza* Nie bierzcie może tego zbyt dosłownie.. już jeden proces w tej federacji mamy, a sam Axel Blaze ostatnio bardzo zainspirował się niejakim Otungą i użył słów, że ''za współpracę wyrok będzie mniejszy''. *parsknięcie* Cóż... jak dobrze wiecie, nie współpracowałem, ba! Ponownie go zaatakowałem i dorzuciłem kolejną cegiełkę do gniewu waszego ulubieńca *ogromny heat* A zamierzam dorzucić jeszcze jedną i następną.. będzie tyle tego, że Axel będzie mógł wybudować sobie z nich swoje własne, jebane, Koloseum, gdzie będzie mógł spełniać jeszcze bardziej chore fantazje niż te, których dopuszcza się na rejsach i zapleczach koncertów. *krótka pauza, a fani nie dowierzają* Myślicie, że to jest coś WOW? Że to jest coś niesamowitego? Nie, nie, nie.. prawdziwe interesujące zachowania ujrzycie u niego niebawem. *uśmiecha się kącikiem ust* No chyba, że.. nienajlepsza wizytówka ludzi z psychiatryka.. ten, który jest z ''potencjałem'' na więcej, ale ciekawi ludzi, dopóki nie otworzy gęby.. Edgar Dickinson.. uratuje Blaze'a przed tym wszystkim i dziś mnie pokona…

Dalsze słowa Lopezzo zostały przerwane przez The Eagle Has Landed. U szczytu rampy pojawia się nie kto jak Edgar Dickinson. Pojawieniu się poety towarzyszy wybuch radości na arenie. Ciężko powiedzieć, czy to ze względu na postać pisarza, czy po prostu jest to reakcja na przerwanie hiszpanowi. Tak czy inaczej ,pisarz pewnie zmierza w kierunku ringu. Artysta się jednak nie spieszy, każdy krok stawia jakby z pieczołowitością i uwagą. Podpierając się swoją laską, za pomocą prawej dłoni i trzymając się klapy płaszcza lewą, sprawia wrażenie jakby przechadzał się przez park. Kiedy artysta dociera do krawędzi ringu, nie wskakuje do jego wnętrza, zamiast tego okrąża go powoli, raz i drugi, pozwalając, żeby utwór mu towarzyszący wybrzmiał w pełni. Publika wyraźnie podłapała zamysł poety i kiedy piosenka dobiegła końca, jeszcze chwilę nuciła głośno melodię, ku niezadowoleniu czekającego w ringu Spanish Star. Edgar w tym czasie spokojnie odebrał mikrofon od jednego z technicznych i po schodkach wspiął się do wnętrza kwadratowego pierścienia. Dalej jednak nie odezwał się ani słowem, pozwalając fanom wypełniać ciszę melodią utworu Avatara. Zamiast tego nie spuszczał wzroku z Jose, uśmiechając się szczerze do niego. W końcu jednak przyłożył, palec wskazujący do ust, a na arenie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zapadła cisza.

Edgar Dickinson: Dzień dobry Panie Lopez. Słyszę, że moje słowa są Panu nie w smak. A jednak wywołał mnie Pan do tablicy, mimo, że ani Ja nie mam ochoty z Panem rozmawiać, ani Chicago słuchać Pańskich wynurzeń. *krótki okrzyk aprobaty wypełnił arenę* Będę się więc streszczał. Kłuje Pana, że jestem przeszkodą na Pańskiej drodze, do realizacji historii upadłego anioła, który to z sprytem i arogancją Lucyfera, sięga po wszystko co mu się zamarzy. Bardzo mi przykro, ale to historia dla nastolatków z kompleksami, która nie jest częścią mojej opowieści. Zbyt wiele wysiłku zostało włożone w rozdział Pana Blaze, żeby mógł się Pan w niego wtryniać, w imię tylko i wyłącznie swojego ego. Muszę więc stanąć na pańskiej drodze, a zapewniam, że nie chce mieć Pan kolejnych złych snów o strasznym panu w czarnym płaszczu. Chętnie jednak polecę wtedy Panu psychiatrę, jak sam Pan zauważył, mam rozeznanie.

Jose lekko uśmiecha się pod nosem i przechadza się wokół Edgara. W końcu zatrzymuje się i spogląda tylko na płaszcz, w który odziany jest The Poet.

Jose Lopez: Historia dla nastolatków z kompleksami powiadasz..ciekawe. *kiwa głową* Wymalowany gość, noszący płaszcz i bawiący się w obrońcę sprawiedliwości, to za to historia, której nikt jeszcze nigdy nie widział! Najoryginalniejsza rzecz na świecie! To jest dopiero ambitne! Sam pierdolony Dan Dowson by bił brawo. *prychnięcie* ABSOLUTNIE nie było czegoś podobnego w legendarnym WCW i to nie w tym, w którym zawsze mogłeś oglądać, jak ja jestem na szczycie, a ty? *spogląda z pogardą* Po co ty tam właściwie byłeś, Edgar? Chyba tylko po to, by promować swoją tanią poezję, bo z wrestlingu ciężko cokolwiek spamiętać o tobie. *heat* I nie myśl, że kłuje mnie fakt, że to akurat ty stoisz mi na drodze do Blaze'a. jest wręcz przeciwnie... bardzo się cieszę, że będę mógł obić ten twój umalowany, przereklamowany ryj. Pokażę i tobie i IM *wskazuje palcem na fanów*, że nic się nie zmieniło.. bo za zapożyczonymi cytatami od ambitniejszych twórców niż ty i ''otoczką'', na którą się ludzie nabierają... stoi dalej ten sam przeciętniak co kiedyś. *heat, Lopez uśmiecha się kącikiem ust* A wiesz, co jest w tym wszystkim najzabawniejsze? Nawet sam Blaze w głębi pragnie, bym to JA wygrał...po co miałby pokazywać ci miejsce w szeregu po raz... trzeci?

Poeta śledząc cały czas ruchy Jose, pozostał niewzruszony i dalej uśmiechał się uprzejmie, jakby przysłuchiwał się jak ktoś opowiada nam o hobby o którym nie mamy pojęcia.

Edgar Dickinson: Ahhh, czyta Pan mojego X. Bardzo dobrze, poszerzy Pan słownictwo, na czytanie ze zrozumieniem przyjdzie jeszcze czas. Na ten moment pozwolę sobie, odrobinę sprostować parę spraw. Przede wszystkim, myślałem, że na Ascension rozstał się Pan z przeszłością. A jednak, podpiera się Pan nostalgią, słusznie minionej federacji, w dniu kiedy stoimy w domu Legion Pro Wrestling! *LPW! LPW! wypełniło na chwilę arenę w Chicago* To nie pomaga Pana sprawie, tak samo jak mylenie mnie z archetypem Zorro czy też innego Mrocznego Rycerza. *Pisarz spoważniał, a uśmiech w końcu zniknął z jego twarzy.* Nie jestem obrońcą sprawiedliwości, przynajmniej nie w prymitywnej formie, w jakiej Pan ją pojmuje. Dbam tylko i wyłącznie o prawidłowy przebieg tej historii. Jose Lopez który stoi przede mną tu i teraz, nie ma miejsca w jej głównym wątku i albo wykrzesze z siebie coś wartościowego, albo będzie musiał w końcu wyleczyć swój kompleks głównego bohatera. Ale do uświadomienia Panu, że na razie próbuje Pan tylko ukraść nie swój rozdział, rwie się ktoś nazbyt stosowny. *Dickinson bezrefleksyjnie odwraca się plecami do Lopeza i spogląda w kierunku publiki.* Panie Blaze doceniam poetyckość, czempion ludzi ruszający spośród nich z orężem w dłoni, to jest dokładnie to czego nam trzeba.

W tym momencie rozbrzmiewa I gotsa get paid, a publiczność reaguje mocnym cheerem. Jednak Blaze nie pojawia się na rampie, kamera nagle przenosi się na wejście na halę od strony publiczności, dokładnie z tej samej strony, w którą odwrócił się Edgar. Tam już stoi LPW World Champion z pasem na biodrach i kijem baseballowym w dłoni, którym wskazuje na ring. Axel rusza między fanami, którzy szaleją i poklepują go po plecach. Zawodnik jest zdeterminowany, zdaje się w ogóle nie mrugać i cały czas prze naprzód. Kiedy jednak dociera do barierek, tam już czeka na niego trzech ochroniarzy, którzy zaczynają spokojnie z nim rozmawiać. Mr. Forever jest pobudzony, wyraźnie nie podoba mu się kierunek tej rozmowy, ale ostatecznie ustępuje i oddaje im kij baseballowy. Dopiero wtedy sprawnie przeskakuje przez barierki, odbiera mikrofon od pracownika technicznego i wchodzi do ringu. Wbija swój wzrok w Lopeza, a na Dickinsona nawet nie zwraca uwagi

Axel Blaze: Masz takiego farta, że nawet z ustawionej talii wyciągnąłbyś dobrą kartę... Lopez. Powinieneś bardzo podziękować ochronie i po gali nosić ich na rękach, bo właśnie oszczędzili Ci bardzo ciężkiego urazu. Ale spokojnie, co się odwlecze, to nie uciecze. Próbowałem Cię znaleźć przez ostatnie dwa tygodnie i zdążyłem uświadomić sobie, że nie ma to już znaczenie, czy kara przyjdzie dzisiaj, czy jutro. Ważne, że Cię nie ominie. A nie ominie, gwarantuję Ci to. Ostatnio pozwalałeś sobie na bardzo dużo. Szkoda tylko, że byłeś taki odważny nie patrząc mi w oczy. To takie wygodne, nieprawdaż? Przez dwa miesiące nikt nie zwracał na Ciebie uwagi, każdy żył turniejem i tym, kto stanie się pierwszym LPW World Championem. A Ty potrzebowałeś uwagi. Przez te wszystkie lata tak rozpaczliwie jej szukałeś, że kiedy w końcu przypełzłeś do LPW i wystarczająco wylizałeś buty Van Dama, żeby tylko dał Ci szansę, nie spodziewałeś, że to będzie tak wyglądało. Biedny Jose Lopez, gwiazda nad gwiazdami, weteran sceny... blaknie przy świeżej krwi i nikt o nim nie mówi. Trzeba było strzelić focha, mówić dookoła, że nie będziesz walczyć, bo przecież Ty od razu idziesz po mistrza. A to wszystko dlatego, że jesteś tylko zwykłą dziwką, która domaga się atencji! A co jeszcze bardziej obrzydliwe, Ty doskonale zdajesz sobie sprawę, z tego co robisz. Wiesz, że zajmujesz się najstarszym zawodem świata i tak bardzo Ci wstyd z tego powodu, że nawet nie byłeś w stanie spojrzeć mi w oczy. Zrobiłeś swoje atakując mnie z zaskoczenia. Bez honoru! Bez ambicji! Bez zasad! Potem zabrakło Ci jaj, żeby pojawić się na Colosseum. Wolałeś wysłać nagranie, niż stawić czoła konsekwencjom. Wspomniałeś o koncertach, które tak bardzo wielbię - masz rację, wychowałem się na koncertach. I wiesz czego się dzięki nim nauczyłem? Że czasami na scenę może dostać się każdy... ale to nie czyni z niego gwiazdy wieczoru, Lopez. A Ty jeszcze masz czelność nazywać Edgara przeciętniakiem? On przynajmniej próbuje napisać swoją własną historię. A Ty? Ty próbujesz dopisać się do mojej! *whoa!* Ale niestety, w jednym muszę przyznać Ci rację. Tak, zdecydowanie pragnę, żebyś wygrał dzisiejszą walkę. *Blaze pierwszy raz odrywa wzrok od Lopeza* Bez urazy, Edgar, my jeszcze będziemy mieć okazje, żeby dać czadu, ale dzisiejszy wynik nie może być inny. Bo jeśli Lopez dzisiaj zostanie pretendentem do mojego pasa, *Blaze odpina pas i podnosi go do góry* to będę miał go na widelcu i już mi nie ucieknie.

Nick Aldis:
Spokojnie, Panowie! 

Całą rozmowę przerywa Generalny Manager Elysium, wychodząc bez muzyki na rampę.

Nick Aldis:
Widzę, że mamy tu dużo emocji, rozumiem też ich przyczynę. Dlatego postawiłem na pewne dodatkowe zabezpieczenia. *Wskazuje na ochroniarzy* Wiem Axel, że bardzo chcesz dorwać Jose. Nie może się to jednak wydarzyć w sposób niewłaściwy. Także przychodzę do was z małym ogłoszeniem. Jeśli Axel Blaze zaingeruje w walkę wieczoru, w jakikolwiek sposób, pretendentami do tytułu zostaną zarówno Edgar Dickinson, jak i Jose Lopez. *spogląda na Blaze'a* Wiem, że może Ci się to nie podobać, ale muszę zapewnić odpowiednią jakość widowiska i sprawiedliwe rozwiązania. Potem nie zamierzam już ingerować w żadne spory. *Uśmiech, Blaze w końcu kiwa głową, na reszcie akceptując słowa swojego przełożonego* Jednak zapraszam Cię na czas tej walki do specjalnej loży przeznaczonej tylko i wyłącznie dla Ciebie, byś mógł z uwagą obserwować to co będzie się działo w dzisiejszym Main Evencie. Natomiast teraz... czeka Cię walka z Robem McŁowiczem, czyż nie? Dlatego Edgar, Jose - zapraszam z powrotem na zaplecze. I nie chcę was tu widzieć do walki wieczoru, w innym wypadku zostaniecie automatycznie zdyskwalifikowani. 
Aldis opuszcza mikrofon i obraca się, schodząc za kulisy. Lopez z kwaśną miną choć niechętnie, jest już również w drodze, natomiast Edgar przygląda się jeszcze przez chwilę Blaze'owi... Jednak po chwili również opuszcza ring. 

REKLAMY

[Obrazek: ledaVEB.png]
Non-Title Singles Match
Axel Blaze vs Rob McŁowicz

Wracamy do ringu po reklamach. W tym momencie Axel Blaze znajduje się w narożniku, a Rob McŁowicz zawija jego ręce za liny. Nie zastanawia się długo i od razu serwuje potężny Spatula Slap! Echo uderzenie rozniosło się momentalnie po całej arenie, aż publiczność ucichła. Kucharz natomiast przykłada palce do ust, mlaska i próbuje ocenić "smak" walki. Zaskoczony z aprobatą kiwa głową. Następnie szybko dokłada Eye Rake, po którym udaje, że sypie pieprzem w oczy rywala. Mr. Forever zasłania twarz dłońmi, co daje możliwość do ataku Królowi Kiełbasy. Nie zastanawiając się zbyt długo chwyta głowę przeciwnika i wykonuje Running Bulldog. Rob potrzebuje chwili, aby się odwrócić i przechodzi do pinu. 1... 2... Kick Out! Skoro to nie przyniosło efektu, stwierdza, że danie nie jest jeszcze wystarczająco dobrze przygotowane. Wstaje i od razu przechodzi do stompowania. Cała seria szybkich stompów spada prosto na klatę mistrza, a zanim sędzia zdążył go dobrze pouczyć o nadmiernej brutalności McŁowicz dokłada jeszcze Leg Drop. Trafiony zatopiony! Jeszcze raz przechodzi do pinu. 1... 2... Shoulder Up! Kucharz wstaje, przekręca głowę i zdaje się jakby coś w nim pękło. Nawet nie kłóci się z sędzią, po prostu pomaga wstać przeciwnikowi, który już sam zaczynał się zbierać, aby stojąc z nim twarzą w twarz poczęstować go Soleniem Rywala! Po serii szybkich ciosów na brzuch Blaze zgiął się w pół. Szybki Snapmare sadza Amerykanina na tyłku, sam odbija się od lin i z ogromnym impetem wyprowadza Dropkick prosto w twarz siedzącego rywala! Ależ to było uderzenie! Real Rock 'n' Roller wyraźnie to odczuwa, przekręca się na brzuch, aby łatwiej było mu wstać, najpierw podnosi się delikatnie na kolanach... i już z okrzykiem "SMAKUJE?!" nadciąga Polak, aby popisać się Degustacją Goryczy! Nic z tego! Blaze odsuwa się w ostatnim momencie i momentalnie zrywa się na równe. Zaskoczony Master Chef of Chaos odwraca się w kierunku swojego przeciwnika i od razu inkasuje potężny Bicycle Knee Strike. Rob daje się tracić czucie w nogach, ale High Life Warrior nie pozwala mu upaść. Od razu chwyta go za nadgarstek i posyła do narożnika Irish Whipem. Kucharz wbija się w niego z ogromnym impetem i nie daje rady utrzymać pionowej pozycji. Natychmiast siada, a mistrz już pędzi w jego kierunku i wbija się w niego przy pomocy Meteory! Fani szaleją! Axel wstaje i odwraca się w ich kierunku. Gestem ręki pobudza publiczność do jeszcze większego dopingu i go otrzymuje. Z zadowoleniem kiwa głową, uśmiecha i odwraca się znowu do przeciwnika. Okazuje się, że The Sausage King miał dość, wyturlał się z ringu i teraz opiera się o apron odzyskując siły. Legend in Making przykłada palec do ust, dając znać publiczności, żeby go nie wydali, sam również opuszcza ring. Rob tego nie widzi, wciąż jeszcze łapie oddech oparty o apron. I mamy Drive by! Mistrz natychmiast chwyta rywala, robi z nim kółeczko i wrzuca do ringu. Tauntuje do publiczności pokazując gest rock 'n' rolla, a oni reagują cheerem. Blaze wślizguje się do ringu, ale na to tylko czekał McŁowicz! Od razu rusza na przeciwnika, który okazuje się być bardzo szybki, przepuszcza oponenta na liny, aby odbił się od nich jeszcze raz. Sam ustawia się na środku ringu. Polak naciera i wpada wprost na Fade To Black! Ależ impet, to musiało boleć. Mistrz przechodzi do pinu. 1... 2... 3! Axel Blaze wygrywa starcie!

Cytat:Kamera przenosi nas po chwilowej przerwie na zaplecze. W kadrze widzimy ponownie Roba McŁowicza, przemieszczającego się korytarzem. Na karku ma zarzucony ręcznik i wyraźnie odczuwa trudy swojej dzisiejszej walki z Axelem Blazem, bo idąc trzyma się za swoje plecy.

???: Proszę, proszę, kogo my tutaj mamy.

Teraz w kadrze pojawia się Lord Sebastien.

Lord Sebastien: To Rob McŁowicz, człowiek który dzisiaj dostał sromotny łomot od naszego mistrza. *na ustach arystokraty maluje się szyderczy uśmiech* Cholera, to wyglądało horrible. Jak się czujesz, Rob? *Lord mierzy Roba wzrokiem od góry do dołu* Chyba nie najlepiej? Jednak walki nie są takie łatwe jak przyrządzanie hot doga dla zdegenerowanych Amerykanów? Może po prostu ty, Rob, nie nadajesz się do toczenia walk w ringu, a twoje miejsce powinno pozostać na zawsze w kuchni. Mam dla Ciebie małą propozycję. Nie powinno się wpuszczać tam ludzi twojego pokroju, ale trudno - zrobię le exception. Może zasiądziesz dzisiaj w mojej loży VIP? Miałbyś okazję zobaczyć, jak w ringu prezentuje się prawdziwy zawodnik. *The Noble One pokazuje palcem na siebie* Może mógłbyś się czegoś nawet ode mnie nauczyć oglądając jak rozprawiam się z le pantin z kocimi uszami. Możesz to potraktować jak zaproszenie. *Lord poklepuje Roba po ramieniu* Tylko weź się trochę ogarnij zanim przyjdziesz na lożę, żebyś mi wstydu nie przyniósł.

Rob przez chwilę patrzy na dłoń Lorda na swoim ramieniu, po czym powoli ją strąca. Widać, że odczuwa skutki swojego pojedynku, ale nie daje tego po sobie poznać.

Rob McŁowicz: Sebastien, jak na człowieka, który tyle mówi o klasie, bardzo chętnie podchodzisz do poobijanego gościa, żeby poprawić sobie humor. To nie arystokracja, to zwykłe podjadanie resztek z cudzego talerza. *Rob poprawia ręcznik na karku i delikatnie krzywi się z bólu* Tak, dostałem dzisiaj od Axela. I co z tego? Przynajmniej byłem w ringu z mistrzem, a nie stałem z boku i tylko ładnie pachniałem. *Rob mierzy Lorda wzrokiem od góry do dołu.* Ale dobra. Przyjmuję zaproszenie do loży VIP. Chętnie zobaczę, czy za tą całą szlachecką oprawą faktycznie spotka mnie coś ekskluzywnego, czy tylko drogi obrus na pustym stole. A skoro ty robisz dla mnie wyjątek, ja zrobię wyjątek dla ciebie.*Rob podchodzi pół kroku bliżej.* Za dwa tygodnie przyjdziesz do Pobitych Garów. Będziemy tam Ty, ja i blat. Sprawdzę, czy Lord Sebastien ma jakikolwiek smak… czy tylko dobrze wygląda w menu.

Lord Sebastien: Lord Sebastien zawsze wygląda dobrze, Rob, a dzisiaj w ringu udowodnię Ci, że smaku również mi nie brakuje. Mówisz o podjadaniu resztek jedzenia z cudzego talerza, ale to Ty jesteś marną inspiracją pewnego europejskiego kulinarnego celebryty. *teraz Lord zasłania usta palcem w geście milczenia* Ups, nie mówmy o tym głośno, bo Twój cały czar pryśnie. Więc jedyną osobą, która dostaje resztki z cudzego talerza jesteś Ty, Rob. Twierdzisz też, że tylko stoję z boku i ładnie pachnę? To prawda, ładnie pachnę, ale jak przyjdzie odpowiedni czas to zdominuję swojego rywala, co pokaże Ci dzisiaj w ringu. Chciałem ci tylko pokazać moją propozycją, że czasem trochę luksusu może pomóc człowiekowi w życiu, ale widzę, że jesteś jak typowy Amerykanin - musisz wszystko po swojemu. Dobrze więc, przyjmuję twoje zaproszenie do Pobitych Garów. Mam tylko nadzieję, że przygotujesz na tą edycję coś więcej niż to co ostatnio. Moje kubki smakowe zasługują na coś więcej niż na takie malbouffe.

Sebastien odchodzi i znika z kadru, a Rob cały czas wodzi z nieufnością za nim wzrokiem. Obraz z kamery gaśnie.


Światła na arenie przygasają, a po chwili rozbrzmiewają pierwsze dźwięki „Bodies” Drowning Pool. Reakcja publiczności jest mieszana — część fanów od razu zaczyna buczeć, pamiętając pierwsze tygodnie Extrememaniaca w LPW, jednak nie brakuje również osób, które zaczynają skandować jego nazwisko po tym, co wydarzyło się na Ascencion. Po chwili na rampie pojawia się Mike F’N Brutal. Extremely Mad Dog ma w dłoni charakterystyczne już dla siebie wytarte, ewidentnie przetestowane w boju krzesło, a w drugiej mikrofon. Szybkim krokiem zmierza w kierunku ringu, jakby adrenalina zebrana podczas Ascencion nadal w nim była, a kiedy w końcu znalazł się w środku kwadratowego pierścienia rozłożył krzesło i usiadł na nim spoglądając z uśmiechem w tę stronę areny, która skanduje ,,Brutal! Brutal! Brutal", choć nie jest to wielka część, ale po chwili więcej osób się przyłącza.

Mike F'N Brutal:: Wiedziałem! No ja po prostu wiedziałem, że jak fani LPW zobaczą, a niektórzy przypomną sobie na co tak naprawdę mnie stać, to część z nich stanie się wyznawcami religii ekstremy. No więc moi drodzy... Wita Was najbardziej ekstremalna, hardkorowa i spektakularna gwiazda LPW, największy fan klocków Lego w LPW - Mike Fucking Brutal! *mieszana reakcja tłumu, lecz cheer się bardziej przebija*. Ale po kolei, wydaje mi się że nowym fanom jestem winny że tak powiem - pewne podsumowanie. A więc kilka tygodni temu, kiedy wyszedłem na Colosseum po raz pierwszy mówiłem, że wrestling nie polega na ładnych obrazkach, chwytliwych hasełkach. Że ten biznes został zbudowany na bólu, pocie, krwi i momentach zwątpienia w siebie i wszystko dookoła. I wiecie co? Nadal tak uważam, ale przyznać muszę jedno, LPW nie jest tym czego się spodziewałem.

*Concrete Saint w tym momencie wstaje i opiera się o narożnik plecami spoglądając w stronę stage'u.*

Mike F'N Brutal: Bo kiedy tu przychodziłem myślałem, że zobaczę to samo co widziałem już setki razy. Kolejne miejsce pełne ludzi, którzy dużo mówią, a kiedy przychodzi moment próby nagle szukają wymówek. Ale zamiast tego dostałem kilka rzeczy, których nie przewidziałem. Na pierwszy ogień dostałem gościa, który był o włos od wygrania mistrzostwa LPW na Ascencion. Człowieka, który udowodnił mi, że czasami nie potrzebujesz krzesła, nie potrzebujesz chaosu i nie potrzebujesz zamienić ringu w miejsce zbrodni, żeby wygrać. Riddle sprawił, że klepałem. Nie będę stał tutaj i udawał, że to się nie wydarzyło, bo to byłoby dokładnie to, czym gardzę najbardziej. Ludźmi, którzy po porażce tworzą sobie własną rzeczywistość, żeby tylko ich ego nie ucierpiało. Potem w turnieju wylosowano mi Sabre Juniora. Kolejnego człowieka, który reprezentował wszystko to, czego nie znoszę. Niespotykaną technikę, nadzwyczajną kontrolę. Wrestlera który wierzy, że każdy człowiek ma swój punkt w którym można go złamać. I nie uwierzycie - ktoś znowu miał rację. Po raz drugi w tym miejscu ktoś zmusił mnie do poddania. I wtedy wielu z was pomyślało, że to jest moment, w którym Mike Brutal się kończy. A potem pojawił się ten dzieciak - Shadow. I tutaj robi się naprawdę zabawnie. Bo Elias myślał, że rozumie mój świat. Myślał, że wystarczy trochę chaosu, trochę dziwactwa, trochę szaleństwa i już jest kimś takim jak ja. Nie byłbym sobą, gdybym nie chciał pokazać mu jak ekstremalne różnice są między nami. Chciałem pokazać mu, że prawdziwa ciemność nie polega na udawaniu, że jest się innym, tylko na tym, że kiedy wszystko zostaje zabrane, kiedy zostaje sam ból i cierpienie nadal jesteś w stanie wstać.

*W tym momencie Brutal patrzy się prosto w kamerę*

Mike F'N Brutal: I dokładnie to mu pokazałem! On wciąż wstawał. I wstawał! I wstawał! I goddammit, on nadal się podnosił! Mimo całej jego głupoty muszę powiedzieć jedną rzecz. Ten dzieciak ma jaja. *publika reaguje mieszanie, ale raczej pozytywnie*. Czy dalej uważam, że jest dziwnym dzieciakiem, który czasami sam nie wie co chce osiągnąć? Hell F'N yeah! Ale zasłużył na mój szacunek.

*King of Extreme spogląda na logo LPW Elysium na stage'u.*

Mike F'N Brutal: Więc teraz nasuwa się pytanie: Co dalej? Fani LPW już wiedzą kim jestem i do czego jestem zdolny. Tak samo jak cała szatnia i te klauny w garniturach za sceną. Nie wyszedłem do ringu dzisiaj, aby szukać jakiejś akceptacji, jakiejś szansy po losowym zaatakowaniu kogoś, to nie mój styl. Nie jestem tu też po to, żeby udowadniać, że Extreme wciąż istnieje, to już zostało pokazane na Ascencion. Chcę teraz zobaczyć kto ma większe jaja niż Shadow, żeby wyjść do mnie twarzą w twarz po karuzeli na jaką posadziłem tego dzieciaka! Czy będzie to jakiś pseudo-prawnik? Czy będzie to jakiś zabogacony dzieciak, któremu ewidentnie brakowało uwagi ojca w życiu? A może będzie to pieprzona Kobieta Kot?! Nie wiem, ale jedno wiem na pewno. The Human Wrecking Riot nigdzie się nie wybiera i przyszedł na Elysium żeby kontynuować swoje dawno zaczęte dzieło i jeśli Aldis chce się przekonać co jeszcze potrafi Mike Brutal - to ma mój numer. Bo choćby ktoś stanął z bronią w ręku przede mną i wystrzelił w moją stronę kulę... to może być pewny, że nie będę się bawił w Matrixa, przechwycę tę kulę zębami i wypluję ją prosto w niego! Także panie i panowie, ciekaw jestem czy ktoś jeszcze to pamięta. Raise your chairs... 'n' get Extreeeemeee!!

*I w tym momencie widokiem uradowanego Brutala na narożniku z wysoko uniesionym krzesłem w jednej ręce i żywą reakcją publiczności obraz gaśnie.*

REKLAMY

[Obrazek: GGFefNA.png]
Singles Match
Elias Shadow vs Derrick Mantel

Wracamy po reklamach do ringu, gdzie widzimy aktualnie Mantela kompletnie znęcającego się nad swoim rywalem w narożniku. Aktualnie jest to seria stompów spadająca na klatkę piersiową Eliasa, do przerwania której dość szybko zostaje zmuszony jego oprawca, by uniknąć dyskwalifikacji. Ale po chwili oczywiście ponawia tą samą czynność, co znowu sprawia, iż sędzia zaczyna odliczać. 1...2...3...4... Mantel przerywa i podnosi do góry ręce, jakby był niewiniątkiem. Sędzia zaczyna go upominać, że następna taka akcja poskutkuje automatyczną dyskwalifikacją. Wywiązuje się pomiędzy nimi dłuższa dyskusja, aż w końcu Derrick prycha, macha ręką i powraca do wstającego już w narożniku Eliasa... Tylko po to by nadziać się na kopnięcie! A po chwili młodziak dokłada jeszcze Elbow Strike! Publiczność o dziwo przyjmuje to z lekką radością, chyba jednak bardziej nienawidzą "Normal" Guy'a. Widzimy jak Shadow bierze rozbieg, odbija się od lin, jednak Mantel jest sprytniejszy, bowiem unika ataku, po czym sam wykonuje Scoop Slam! Pinuje! 1...2. Elias podrywa bark, a sfrustrowany Derrick od razu podnosi go do stójki za włosy, zostawia zamroczonego na środku ringu, odsuwa się kawałek i dokłada Discus Lariat! Tym razem jednak nawet nie próbuje zakończyć walki, tylko przeciąga oponenta pod narożnik, na który sam się wdrapuje i wykonuje 450 Splash! Shadow w ostatniej chwili podciąga jednak kolana do góry, a następnie od razu przekręca Mantela i sam go pinuje! 1...2... Kick Out! Publiczność podrywa się z dopingiem dla Beta Wolfa, a ten o dziwo sam zaczyna powoli ładować baterie i lekko wycofuje się do narożnika. Derrick jednak dochodzi do siebie szybciej, rusza w kierunku przeciwnika i trafia w narożnik, ponieważ Elias unika jego szarży! Odsuwa się na środek ringu, po czym nadbiegającemu po raz kolejny rywalowi wykonuje Clothesline! A po chwili jeszcze jeden! Następnie unika ataku od rozwścieczonego i skonfundowanego Mantela, wyprostowuje się... I mamy Skibidi Kick prosto w szczękę! 1...2...3.  KICK OUT! Elias zawiedziony podchodzi powoli do narożnika, po drodze łapiąc oddech, po czym sam zaczyna się na niego wspinać! Jednak zanim obraca się do przeciwnika, ten dopada do narożnika resztką sił i spycha Beta Wolfa z lin, tak że ten upada na jaja! To chyba nie może się dobrze dla niego skończyć. Z tej pozycji Derrick przechwytuje go i wykonuje Spin-Out Powerbomb! Zamiast pinować, zamyka Eliasa w swojej koronnej dźwigni, Last Sentence! Nie ma innego wyjścia, Shadow klepie! Zwycięzcą walki zostaje Derrick Mantel!


Cytat:Kamera przenosi się na zaplecze gdzie widzimy Nicka Aldisa pogrążonego w konwersacji, jednak nie wiemy kto stoi poza kadrem. Po chwili kamera odjeżdża kawałek dalej i naszym oczom ukazuje się... Paddy Jackson! A to Ci dopiero niespodzianka!


Nick Aldis: ...tak jak mówiłem przez telefon - to prosta robota. Trzymasz mikrofon, zadajesz pytania, Twój rozmówca na nie odpowiada.

Paddy Jackson: Zaufaj mi, Nick! Jestem dobry w gadaniu. Poza tym, takiej encyklopedii jak ja w temacie innych zawodników nigdzie nie znajdziesz. *śmiech* Już wiem o nich więcej, niż oni wiedzą o sobie samych! *przyjaźnie szturcha Nicka w ramię z uśmiechem*

Nick Aldis: *Przyjaźnie się uśmiecha i klepie Paddy'ego w bark* Cieszę się że Jack podsunął mi Twoją kandydaturę... *Aldis zawiesza na chwilę głos, mruży oczy patrząc w dal, po czym lekko wypycha Paddy'ego do przodu* Widzisz tego tam? Atakuj. To Twoja pierwsza 'ofiara'.

Paddy Jackson: Się robi, szefie!

Paddy podbiega do wskazanego zawodnika, a okazuje się nim być... Derrick Mantel, który ledwo zdążył wrócić na zaplecze po zwycięskiej walce z Eliasem.

Paddy Jackson: Derrick! Derrick! *zaskoczony Mantel odwraca się w stronę Jacksona* Twoja kariera w federacji to kompletna sinusoida - zwycięstwa przeplatasz porażkami. Czy nie boisz się, że podczas następnego pojedynku znowu coś pójdzie nie tak? Nie sądzisz, że po wygranych starciach za bardzo osiadasz
na laurach?

Derrick Mantel: Ty tak zawsze? Lubisz bawić się w krótkie streszczenie przygody różnych osób? *spogląda na Jacksona z pogardą.* Widzisz, ja nie zamartwiam się tym, co było. Wszystkie poprzednie walki - one są już przeszłością. Zamiast tego wolę skupić się na tym, co dopiero nadejdzie. Może i dotychczas więcej przegrywałem, niż wygrywałem, ale wszystko uległo zmianie. Walka z Shadowem jest jedynie zapowiedzią, a to, co nastąpi po niej, będzie dowodem na to, że słowa przeradzam w czyny. Zatem odpuść smutne gadanie o lęku przed tym, że coś pójdzie nie tak. Takie myślenie pasuje do słabych ludzi, a ja zdecydowanie się do nich nie zaliczam.

Paddy Jackson: Czy można więc powiedzieć, że Derrick Mantel ma już swoją receptę na sukces?

Derrick Mantel: Receptę na sukces? Nie potrzebuję żadnej recepty, tylko konkretnych działań, które nakierunkują mnie na to, do czego dążę od samego początku. Nie lubię się powtarzać, gdyż swoje zdążyłem już powiedzieć. Mogę jedynie dodać, że dawny Mantel pełen zwątpienia i chwili słabości stał się przeszłością i teraz każdy może czuć się zagrożony. W szczególny pewien Kociarz, który swoją obecnością od dawna mocno mi działa na nerwy.

Z nikąd za plecami Derricka pojawia się zamaskowany miłośnik kotów - El Garra De Gato. Ten poklepuje lekko ramie Mantela i gdy ten się odwraca, Koci Luchador wchodzi w kadr i staje twarzą w twarz z gościem wywiadu uśmiechając się przy tym.

El Garra De Gato: Van Helsing we własnej osobie, łowca odmieńców i potworów.

Na chwilę El Garra odwraca się do Paddy'ego.

El Garra De Gato: Niech Ci opowie o swoich sukcesach na tym polu, może szybciej się uwiniesz i będziesz mógł spędzić dzień w lepszy sposób, amigo.

Kociarz ponownie odwraca się do Derricka.

El Garra De Gato: Mantel... rób, myśl co chcesz i mów co chcesz... ale to się wydarzyło na ostatnim Colosseum, jest dokładnie tym, przed czym Cie ostrzegałem. Widzisz we mnie odmieńca, ale zadarłeś ze mną, z Kocim Pazurem! Wspomniałem Ci o tym, jak moja wiara daje mi siłe, starałem się Cie przestrzec, ale nie chciałeś słuchać. Wiesz... może teraz najwyższa pora skupić się na swoich problemach? Zamiast gonić za potworami z osikowym kołkiem i nożem ze srebra... popracuj nad tym co robisz w ringu i jak współpracujesz z innymi.

Kociarz staje krok dalej od Derricka, by w razie czego uniknąć potencjalnego ataku fizycznego.

El Garra De Gato: Ostatnio na Colosseum współpraca Ci się trochę posypała. Może ja i Edgar jesteśmy dobrą drużyną...? A może... spodobała Ci się idea porażki z Kocią Maską?

El Gato uśmiecha się z dużą dawką pewności siebie, ale z dozą postawy gotowej do obrony. Mantel tymczasem z widocznym grymasem na twarzy spogląda na Garrę i bez słowa obraca się, udając się w stronę szatni, zostawiając przy tym zdezorientowanego Jacksona oraz El Gato.


Wracamy do ringu w którym widzimy... Salvadora? Kamera pokazuje jednak rampę, a światła w hali lekko przygasają. Z głośników słychać krótki szum starej kasety, a następnie spokojne kliknięcie dyktafonu. Na stage’u pojawia się mężczyzna ubrany w długi, ciemny płaszcz, trzyma w jednej dłoni teczkę z dokumentacją, a w drugiej stary dyktafon. Za nim, powoli i bez żadnych emocji, ogromny, zamaskowany zawodnik. Człowiek w masce zmierza do ringu z opuszczoną głową. Nie patrzy na publiczność. Nie patrzy nawet na Salvadora. Po prostu idzie przed siebie.
???: Proszę zachować spokój. To, co za chwilę zobaczycie, nie jest aktem przemocy. To procedura.* zatrzymuje się przed ringiem i spogląda na Salvadora*. Ja nazywam się Dr. Victor Kline i chcę coś obwieścić zarówno Panu jak i całemu LPW. Panie Salvadorze, pańska obecność w tym ringu została odnotowana. Waga, wzrost, reakcja źrenic, napięcie mięśniowe… wszystko wskazuje na umiarkowany poziom strachu. To dobrze. Strach jest pierwszym etapem leczenia.

Zamaskowany zawodnik wchodzi po schodkach, przechodzi nad górną liną i staje na środku ringu. Salvador cofa się o krok. Kline zostaje przy linach, nie spuszczając wzroku ze swojego podopiecznego.

Dr Victor Kline: To co tutaj widzicie nazywa się Silas Crowe. Przez lata próbowano go zamknąć, wyciszyć i naprawić. Każda metoda zawiodła. Każdy pas bezpieczeństwa pękł. Każde zabezpieczenie okazało się tymczasowe.*Kline powoli unosi dyktafon bliżej ust.* Ale proszę się nie obawiać. Mój pacjent nie przyszedł tutaj, by pana skrzywdzić bez celu. Przyszedł, by rozpocząć terapię.

Doktor naciska przycisk na dyktafonie. Z urządzenia rozlega się zniekształcony, archiwalny głos:

Nagranie: Sesja rozpoczęta. Pacjent musi współpracować.

Silas Crowe powoli podnosi głowę i po raz pierwszy patrzy prosto na Salvadora. Kline uśmiecha się pod nosem

Dr Victor Kline: Rozpoczynamy leczenie.

W tej samej chwili słyszymy gong, co oznacza rozpoczęcie walki!

[Obrazek: vm8AZh5.png]
Singles Match
Silas Crowe vs Salvador

Gong rozpoczyna pojedynek, a Salvador od razu robi kilka nerwowych kroków po ringu, jakby bardziej szukał drogi ucieczki niż sposobu na pokonanie rywala. Silas Crowe stoi nieruchomo na środku areny zmagań z opuszczonymi rękami i wzrokiem ukrytym za maską. Broom Guy próbuje jednak pokazać charakter i rusza na większego przeciwnika z serią ciosów w korpus, ale The Uncured nawet nie drgnął. Jose El Grande Salvatore odbija się od lin, próbując nabrać rozpędu, lecz Subject 00 nagle wystawia nogę i ścina go potężnym Big Bootem. Sweeping Man pada na matę, a Dr Victor Kline przygląda się temu bez najmniejszych emocji, trzymając w dłoni stary dyktafon. Janitor próbuje podciągnąć się przy linach, ale zostaje złapany za kark i przeciągnięty do narożnika. Tam Silas wbija bark w jego żebra, raz, drugi, trzeci, aż sędzia zaczyna go odliczać. Crowe puszcza dopiero przy czterech, bardziej po spokojnym geście doktora niż z powodu polecenia arbitra. Salvador osuwa się na matę, lecz po chwili desperacko chwyta nogę rywala, próbując przejść do Sweep it Back. Manewr nie ma jednak żadnych szans powodzenia. Patient Zero nawet nie traci równowagi. Chwyta argentyńskiego maniaka porządku oburącz, odrywa go od maty i ciska nim przez pół ringu Fallaway Slamem. Broom Guy ledwo się porusza, ale Silas nie przechodzi do pinu. Zamiast tego podchodzi powoli, stawia ciężki but obok jego głowy i przez moment tylko patrzy w dół. Następnie podnosi go z maty i dokłada brutalny Blackridge Drop, po którym Salvador zostaje rozłożony na środku ringu. Crowe klęka obok przeciwnika i przykłada dwa palce do jego szyi, sprawdzając puls. Sędzia próbuje upewnić się, czy Janitor może kontynuować walkę, ale Silas powoli odwraca głowę w stronę Dr. Kline’a.
Dr Victor Kline: Reakcja zachowana. Możemy przejść do etapu końcowego.
Doktor naciska przycisk dyktafonu, a z urządzenia wydobywa się zniekształcony głos z archiwalnego nagrania.
Nagranie: Pacjent musi współpracować.
Subject 00 od razu podnosi Salvadora. Zaciska dłoń na jego twarzy, unosi go bez większego wysiłku i wbija w matę przy pomocy Code Zero. Tym razem pinuje rywala kładąc jedną ręką na klatce piersiowej.Sędzia odlicza… 1… 2… 3! Silas Crowe wygrywa swój debiutancki pojedynek w całkowicie dominującym stylu. Nie świętuje, nie reaguje na publiczność i nie unosi rąk. Ponownie klęka przy Salvadorze, jeszcze raz sprawdza jego puls, po czym spogląda na doktora.
Dr Victor Kline: Leczenie zakończone.
The Uncured powoli wstaje i bez słowa opuszcza ring za swoim doktorem, zostawiając obolałego Salvadora na macie.


Cytat:W tle słychać ten utwór, a kamera przenosi nas do...Montany! Konkretniej mówiąc znajdujemy się w barze "The Maverick". W środku nie jest zbyt tłoczno, widzimy może dwie grupy ludzi, rozmawiających ze sobą i jednego faceta, który rozmawia z barmanem. Operator robi właśnie zbliżenie na tę postać, a ona odwraca się w kierunku kamery i widzimy, że to nie kto inny, jak James River Waters! JRW ma na sobie jeansowe spodnie z szerokimi nogawkami, buty kowbojki i czarną koszulę.

Barman: Słyszałem plotki, że nie zabawisz u nas już zbyt długo, ponoć wracasz na wielkie sceny. uśmiecha się

James River Waters: Ludzie z LPW skontaktowali się ze mną, mam kontrakt na stole. Wystarczy podpisać. popija whisky Tylko wiesz co, Steve? Nie wiem, czy chce się to wszystko bawić, nawet nie wiem w sumie, czy dalej potrafię to robić. Nie chodzi mi o umiejętności, bo przecież po WCW walczyłem jeszcze w paru niezależnych federacjach i nie czuje się zardzewiały, ale...czy warto? Pójdę tam i znowu będzie ten sam schemat. "Bla bla bla, Rivers okupuje połowę gali, bla bla, nie rozwijamy innych, bla bla niszczyciel dobrej zabawy, bla bla..."

Barman: Obchodziło Cię to wcześniej? Chyba nie. Przecież ty gruboskórny jesteś. polewa Jamesowi kolejnego drinka

James River Waters: Obchodziło, czy nie, to bez znaczenia. Po prostu LPW nie może mi wiele dać, a ja mogę stracić coś, co bardzo sobie cenię - święty spokój. bierze kolejny łyk Wiesz ile trzeba się ujebać, żeby naprawdę coś znaczyć? Ja nie mogę przyjść do LPW i po prostu być kolejnym gościem, który "spełnia marzenia". Ja muszę od razu być TYM kolesiem. Miałem ten swój znienawidzony streak, skończyłem WCW będąc World Heavyweight Championem, zresztą wiesz o tym świetnie, bo ten przeklęty pas cały czas tu wisi. Mamy zbliżenie na drzwi frontowe i rzeczywiście, wisi nad nimi pas WHC z WCW

Barman: No dobra, ale skoro to oni do Ciebie zadzwonili i dali Ci ten kontrakt, to chyba im na Tobie zależy, nie?

James River Waters: wygląda na rozbawionego Nie. Nie zależy im na mnie, tego akurat jestem pewien. Wiesz, wrestling jest trochę jak telewizja śniadaniowa, jak się dobrze sprzedajesz i jesteś "klikalny" na socialach to Cię trzymają, ale jak tylko twoje liczby zaczynają lecieć w dół, to wiedz, że na twoje miejsce mają już nastepnęgo. W LPW ktoś właśnie przestał się sprzedawać, albo oni są na tyle sprytni, że już widzą to na horyzoncie. wzdycha Nie wiem, co zrobię, szczerze Ci mówię, nie wiem. Może po prostu do nich zadzwonię i powiem "chłopaki, przecież macie już gwiazdy, po co wam wrestler?" Równie dobrze może się skończyć tak, że dziś się uchleje, wsiądę w mojego jeepa i ruszę na podbój LPW.

Obraz z kamery urywa się, a my zostajemy na rozdrożu, niczym PSL przed każdymi wyborami.


Na arenie rozbrzmiewa ten theme song, a to oznacza tylko i wyłącznie, że za chwilę na arenie pojawi się pierwszy LPW Eternal Champion, Derek Halloway! Jednak w pierwszej chwili nie pojawia się on sam. Z Backstage’u wychodzą postacie w różnym wieku, wzroście o różnych kolorach skóry. Wszyscy mają na głowie charakterystyczne czapeczki foliowe. Około 20 osób robi szpaler na rampie. Gdy już wszyscy ustawią się na swoich miejscach z backstage’u wychodzi sam zainteresowany, Derek Halloway z pasem na biodrach. Spotyka się z mieszaną reakcją ludzi na trybunach, a ludzie biorący udział w szpalerze zaczynają oklaskiwać mistrza. Ten z uśmiechem na ustach i wyraźną skromnością przechodzi przez rampę i dochodzi do apronu. Spokojnie wchodzi po schodach na apron, a w tym momencie ludzie ze szpaleru podchodzą do ringu i go otaczają. The Truth Seeker wchodzi teraz między drugą, a trzecią liną do kwadratowego pierścienia, podchodzi do jednych lin i wyciąga ręce na boki prezentując swój pas. Po tym prosi jednego z ludzi o przyniesienie mu mikrofonu.

Derek Halloway: Witam wszystkich oświeconych! *słychać zdecydowanie mieszane odczucia, najgłośniej wiwatuje grupka trzech ludzi z foliowymi czapkami na głowie i odpowiednimi koszulkami przy barykadzie* Dziękuję wam za przybycie! Widzicie? Nic tylko brać przykład z takich ludzi, którzy doznali oświecenia. Wasz przywódca, w mojej skromnej osobie, jest z was dumny. A teraz wy wszyscy, niedowiarki, możecie spoglądać jak daleko może was zaprowadzić mówienie prawdy taką jaka ona jest. Teraz Elysium to moje królestwo, mój własny raj i wszyscy będziecie słyszeć to, co jest właściwe. A właściwe jest to, że tak naprawdę to kolejny przekręt wężookiego Roba. Mianowicie człowiek, którego właściwie już wziąłem pod swoje skrzydła, miał szansę na konkretny rozwój, wyjście z tej Krakowskiej patologii umysłowej, pozostał na Colosseum. Przecież to jest jakaś prowokacja! Specjalnie dogadali się z Aldisem, bo wiedzieli, że we dwóch byśmy rozmontowali ich elitarne spiski. No ale trudno i tak nie będziecie mieli ze mną lekko, wy nędzni marionetkarze. By zdobyć to mistrzostwo pokonałem połowę zawodników, którzy byli w stanie oddać wszystko, by zwyciężyć w tej walce. A ja po prostu zrobiłem swoje! Ostatnio nawet pofrunąąąąął pięknie, a szczyci się, że walczył na całym świecie. A w tej jego Wielkiej Brytanii nawet nie wiedzą do końca jak powstało Stonehenge, a prawda jest taka, że sam należy do jakichś obrzydliwych Iluminatów, którzy czczą przy tej budowli swoich bożków. Ale na końcu to ja zdobyłem Elysium i na Ascension zdobyłem tutaj nieśmiertelność!

Mother od Idles przerywa monolog mistrza i zatrzymuje się na rampie z mikrofonem. Wyraźnie zdegustowany krzyczy po chwili, żeby wyłączono jego muzykę, ponieważ chce coś powiedzieć

Zack Sabre Jr.: Nie mogę, nie mogę na to patrzeć, aż łeb mnie boli.

Zack robi kilka kroków w tył i wydaje się, jakby chciał wrócić na backstage, Brytyjczyk jednak wraca wzorkiem na ring i zaczyna ruszać w stronę kwadratowego pierścienia.

Zack Sabre Jr.: Kim Wy do cholery jesteście? <wskazuje na postaci otaczające ring> Kim Ty... jesteś? <ZSJ pokazuje palcem na Halloway'a> Bo nie jesteś mistrzem. Masz pas, tak. Ale mistrzem nie jesteś.

Sabre przechodzi przez ludzi Halloway'a, wskakuje na apron, a następnie wchodzi do ringu.

Zack Sabre Jr.: Dziś powinniśmy otwierać nową erę LPW. Powinniśmy świętować debiut Elysium. Powinniśmy otwierać szampany z powodu koronacji nowego mistrza. I niby wszystko się zgadza. Jest Elysium, jest celebracja, jest nawet pas... ale ja nie widzę mistrza. Nie wygrałeś tego pasa Derek. Ja go przegrałem. Sam ze sobą. Jesteś papierowym mistrzem, A to znaczy, że twoje dni są policzone. Co sprowadza mnie do tego, dlaczego tutaj jestem. Połóż ten pas na szali. Daj mi tę walkę. Doskonale wiesz, że kiedy wejdziemy do tego ringu jeden na jednego, to będzie moment, w którym będziesz musiał się z TYM pożegnać. <ZSJ wskazuje na pas> Tak, jesteś w stanie mnie pokonać w walce wieloosobowej z drabinami w środku, gdy będę miał jeden z gorszych dni w karierze. Ale i ty to wiesz i ja to wiem... jesteś tchórzem. Uciekasz. Wiesz, że jedyną taktyką na trzymanie się złota, jest zbywanie mnie. Dość tego. Dziś rozwiązujemy ten temat. Daj mi tę walkę! Możemy to zrobić już teraz! Ba! Możecie nawet tu zostać <wskazuje na ludzi wokół> to od razu zrobimy kolejną celebrację, tym razem moją, za jakieś kilka minut, gdy już będę nowym mistrzem.

Derek Halloway: Przede wszystkim, witaj Zack. Możesz rozgościć się w moim ringu, ale tylko na chwilę, bo zaraz będziesz musiał zmykać. Jestem człowiekiem, który potrafi słuchać między słowami, to też wiem kto kłamie i manipuluje faktami, a nie potrafi dobrze podać składu szczepionki, która powoduje różne choroby, zamiast ich leczyć. Wiesz co można wyczytać spomiędzy Twoich słów? *Derek odciąga okulary bardziej na czubek nosa, żeby spojrzeć Zackowi prosto w oczy* bycie przegrywem. *poprawia okulary,żeby były na swoim miejscu.* Swoją nieudolność ringową zasłaniasz tym, że ktoś jest tchórzem, ktoś miał farta, a jeszcze inny, że jest stary. Ale na koniec dnia to Ty jesteś winien tego, że przegrałeś walkę o finał LPW World Championship, to Ty poleciałeś z drabiny niczym, swego czasu, Rosyjscy oligarchowie, którzy oczywiście nie robili tego sami. Twoje rozgoryczenie jest tylko i wyłącznie Twoją wina. Niezależnie ile razy będziesz przekłamywać rzeczywistość, prawda jest prosta. Po prostu otwórz oczy, owco, bo żaden z Ciebie goat! Wielce szanowany na całym świecie, a w takiej małej federacji nie potrafił sobie poradzić!

Zack Sabre Jr.: Jesteś głuchy? To pytanie retoryczne, bo to co właśnie powiedziałeś, jest idealnym dowodem, że coś u Ciebie nie tak ze słuchem. Dosłownie przed chwilą mówiłem, że przegrałem sam ze sobą, nie z Tobą. Co czyni Cię tylko przechowalnią, dla mojego złota. I tak Derek... walczyłem na całym świecie. Od sal gimnastycznych, w których było pięćdziesiąt osób, po Tokyo Dome wypełnione po brzegi, czterdziestoma tysiącami fanów z całego świata. Dlatego właśnie nie mogę przełknąć, że ktoś taki jak Ty, jest mistrzem. Jesteś żartem, zabawnym, ale żartem. Umniejszasz profesji, którą ja i moi mistrzowie doprowadzili do perfekcji. Dodatkowo, idealnie pokazujesz, że nie jesteś człowiekiem formatu mistrzowskiego, nie powinieneś być twarzą Elysium. Mówisz o LPW jako o małej federacji w momencie, gdy jesteśmy po pierwszym PPV, jesteśmy na premierowej gali Elysium i tak... mogę być wygwizdywany czy po prostu mniej popularny wśród tych ludzi, bo ktoś woli takich pokemonów jak ty. Nie kalkuluję i mówię co myślę. Mam gdzieś, co ktoś o mnie pomyśli. Ale wiesz czego nie mam gdzieś? Tego biznesu. Dlatego dziś, zakończę ten freak show, Twoje pięć minut się kończy.

Zack zbliża się do Dereka na bliską odległość, co powoduje, że po chwili panowie mają intensywny face-off. Zack pierwszy przechodzi do fizycznej potyczki, ponieważ popchnął mistrza. Halloway nie pozostał jednak dłużny i odwdzięczył się w ten sam sposób Zackowi. Zarówno Derek, jak i ZSJ krzyczą na siebie i napięcie można kroić nożem. W tym momencie na rampie po raz kolejny dnia dzisiejszego pojawia się Nick Aldis! 

Nick Aldis: Panowie, spokój! Zack, jeśli chcesz walki z Derekiem to proszę bardzo - dostaniesz ją! Ale nie będzie to walka o pas. Na to musisz zasłużyć. W przyszłym tygodniu zmierzycie się w tym ringu. *cheer* Jednak, nie będzie to zwykła walka jeden na jednego. Będzie to Tag Team Match! *cheer* Co do waszych partnerów, cóż... Jakby to powiedzieć... Musicie sami ich sobie znaleźć! *cheer, Sabre i Halloway są trochę zdziwieni* Dokładnie, dobrze mnie słyszeliście. W Main Evencie następnego Elysium zmierzą się ze sobą mistrz Eternal Derek Halloway wraz z wybranym przez siebie partnerem, oraz Zack Sabre Jr. również z osobą wybraną przez siebie. A teraz żegnam, zróbcie miejsce w ringu, bo czas na kolejną walkę.

Widzimy kłócących się jeszcze w ringu Sabre i Hallowaya, jednak po chwili obraz z kamery gaśnie...

REKLAMY


[Obrazek: QlC7qG1.png]
Singles Match
El Garra de Gato vs Lord Sebastien

Wracamy po reklamach do walki i widzimy, że zamaskowany wrestler posyła Lorda w liny Irish Whipem. Francuz odbija się od nich i próbuje powalić rywala Running Lariatem, ten jednak robi unik, a następnie podnosi oponenta w górę i wykonuje Atomic Drop. Lord nie upadł, jednak inicjatywa pozostaje po stronie Kociarza. Obraca on rywala i wykonuje Belly-to-belly Suplex, po którym następuje próba przypięcia. 1...kickout! Następnie Garra De Justicia powraca do pozycji stojącej, przy okazji oddalając się na kilka kroków od wstającego rywala. Sebastien podnosi się, zaś Kociarz biegnie w jego stronę i mamy Running Elbow Strike! Albo i nie mamy, bo Lord zrobił unik. Następnie wyprowadza Knife-edge Chop, a bezpośrednio potem European Uppercut. Ten cios prawie zwalił Kociarza z nóg, jednak przed upadkiem uratowały go liny. Lord nie zatrzymuje się - mamy Irish Whip, odbicie Meksykanina od lin, po czym trafia on na Tilt-a-Whirl Backbreaker. Tym razem to Europejczyk podejmuje próbę odliczenia rywala. 1...2...nic z tego. Arystokrata ma już jednak kolejny pomysł, w tym celu kieruje się w stronę jednego z narożników. W tym czasie Koci Luchador podnosi się przy pomocy przeciwległego narożnika. Gdy jest już na nogach, francuski zapaśnik biegnie w jego kierunku i wykonuje Courtoisie Kick! Trafiony! Lord jednak nie dopada do rywala z kolejną próbą odliczenia, tylko postanawia wdrapać się na narożnik. Staje na równych nogach, po czym wykonuje Sang Bleu Elbow! Nie! El Garra w ostatnim momencie unika zderzenia! Przez kilkanaście sekund obaj panowie leżą na macie. Sędzia ich wylicza, jednak podwójny nokaut im nie grozi, bo już przy 5 widać, że obaj wstają. Mamy Irish Whip w wykonaniu Lorda, po odbiciu od lin Kociarz unika ciosu, odbija się ponownie i wykonuje Running Crossbody! Kolejna próba przypięcia kończy się niepowodzeniem. Meksykanin praktycznie od razu podnosi przeciwnika, po czym podrzuca go i aplikuje Pop-up Uppercut! Po wykonaniu tej akcji chce ruszyć dalej...jednak w tym momencie spostrzega, że z trybun wyłonił się Derrick Mantel, który właśnie przeskakuje nad barierką! Normal Guy patrzy prosto w oczy Luchadorowi, powoli krążąc wokół kwadratowego pierścienia. Meksykanin krzyczy w jego kierunku, żeby nie mieszał się w ten pojedynek. Zupełnie zapomina przy tym o swoim przeciwniku, który zdążył już wstać, a teraz jest dokładnie za jego plecami! Mantel jedynie się uśmiecha i pokazuje palcem, by Garra się odwrócił, co ten czyni i niemal od razu zostaje złapany przez Lorda, który wykonuje Le Execution! Francuz odlicza rywala. 1...2...3! To koniec! Wygrał Lord, a Derrick wygląda na bardzo zadowolonego z takiego zakończenia.

Po walce Mantel wślizguje się do ringu, mierzy wzrokiem Lorda... Po czym wykonuje Head Crusher na powoli podnoszącym się Kociarzu! Francuski wrestler stwierdza, że nie warto się w to mieszać i wychodzi z ringu, pozostawiając Kociego Luchadora na pastwę Normal Guy'a. A ten nie zamierza wcale poprzestawać na ataku... Tylko chwyta za maskę bezbronnego De Gato i zrywa ją z jego głowy! Ten od razu zasłania twarz, tak że nikt nie zdołał jej zobaczyć, a po chwili sędzia zarzuca ręcznik na głowę Meksykanina! Mantel obserwuje to wszystko z uśmiechem, unosząc maskę do góry niczym trofeum...

Cytat:Kamera przenosi się na zaplecze gdzie widzimy Nicka Aldisa pod drzwiami swojego biura. Ma już wejść do środka, jednak w tym momencie przed nim pojawia się... po raz kolejny Paddy Jackson, który trzyma pod pachą jakiś pakunek! 

Nick Aldis: No witaj Paddy! Widziałem wywiad z Derrickiem, muszę powiedzieć, że sprawdziłeś się w nowej roli.

Paddy Jackson: Mówiłem, że to nic trudnego Nick!

Paddy uśmiecha się szeroko, a Nick zerka na paczkę pod pachą rozmówcy. 

Nick Aldis: A co tam masz? Już prezenty od fanów? *śmiech*

Paddy Jackson: Tak właściwie... To dla Ciebie, szefie! *Aldis ze zdziwieniem patrzy na twarz Jacksona* Znaczy, nie ode mnie, ktoś mi to dał, ale w sumie to nie znam gościa, nawet nie zdążyłem go zapytać o imię... Ale poprosił tylko, żebym przekazał to Generalnemu Managerowi Elysium, bo sam bardzo się śpieszył... Więc jestem szefie!

Paddy przekazuje pakunek w ręce Aldisa, po czym z uśmiechem odchodzi. Nick za to w końcu otwiera drzwi do swojego biura, siada przy biurku i kładzie na blacie paczkę. Po chwili bierze nóż do ręki, przecina taśmę i odchyla zawiniątko... W środku widzimy czerwoną różę, bez łodygi. Skonsternowany Aldis podnosi różę do góry i chwilę się jej przygląda, a obraz z kamery gaśnie...

INHALE! Możemy teraz usłyszeć olbrzymi cheer, a już po chwili na rampie pojawia się Maxwell Ransom! Wilg... Ech, ciężko go już tak nazywać ze względu na brak nienagannie wilgotnych włosów. A więc łysy Maksiu wygląda dosyć poważnie, dokładnie tak jak podczas Ascension. Zawodnik ogląda się po fanach, którzy skandują jego imię, a następnie rusza w stronę ringu. Po drodze widzowie przy barierkach wyciągają w jego stronę ręce w celu przybicia piątki, co Maxwell kwituje delikatnym uśmiechem i każdemu stara się odwzajemnić gest. Gdy jest już w kwadratowym pierścieniu, odbiera mikrofon i ogląda się po zebranych fanach, którzy w dalszym ciągu nie przestają skandować imienia Ransoma. Maksiu wygląda na lekko wzruszonego i po chwili nasłuchiwania chantów w końcu zbiera się na wypowiedzenie pierwszych słów...

Maxwell Ransom: Na wstępie muszę wam bardzo gorąco podziękować za tak miłe przyjęcie. Nawet nie wiecie ile to dla mnie znaczy. *cheer, Maksiu odwraca się w każdą stronę z wyniesioną ręką ku górze w geście podziękowania* Jestem też każdemu z was winny przeprosiny. Pojawiłem się znienacka i mogło to wyglądać tak, jakbym zapomniał o swoich fanach, w końcu nie powiedziałem w waszym kierunku ani słowa... Nie jest tak, naprawdę. *głębszy oddech* Musiałem w pierwszej kolejności skierować kilka słów prawdy w kierunku jednej osoby. Uwierzcie mi, nie było to dla mnie jakkolwiek łatwe i chciałem mieć to po prostu za sobą...  Czułem wewnętrznie, że trzeba jak najszybciej zamknąć temat Jeana... I temat ten już zamknąłem. *zawód fanów* Rozumiem was, ale proszę... Zrozumcie też mnie. Opowiedziałem wam moją perspektywę dotyczącą tej relacji, a teraz przyszedł czas na głębsze wyjaśnienia w waszym kierunku, bo padło wtedy z mojej strony trochę słów, które mogły wam namieszać w głowie. *głębszy oddech* Bez zbędnego przeciągania muszę wam wyznać, że po prostu... życie przestało mi sprawiać radość. *poruszenie widowni, Maxwell nerwowo chodzi po ringu* Zacząłem odczuwać "bezsens", straciłem chęci do czegokolwiek, zaczęło mi brakować... Sam nawet nie wiem czego... Kochani, ja po prostu z niewiadomych przyczyn zacząłem wpadać w spiralę nieustającego smutku. *skrywa twarz w dłoniach* Próbowałem zmienić swoje nawyki, rutyny, *gładzi się po głowie* doszedłem nawet do takiego szaleństwa, że pewnego wieczoru zgoliłem głowę, jakby to miało cokolwiek zmienić! Rozumiecie?! To jest jakiś obłęd, paranoja! *wzdycha i kręci głową* Szukałem różnych rozwiązań  i odpowiedzi w głowie na pytanie "co się do cholery stało?"... I myślę, że dzięki pewnym podjętym decyzjom, a także zaangażowaniu kilku osób jest dla mnie szansa, żeby  wyjść na prostą. *cheer* Sam fakt, że stoję tu przed wami *wskazuje palcem na widownię* i mam odwagę o tym mówić jest dla mnie naprawdę ogromnym krokiem, nie jesteście sobie w stanie nawet wyobrazić jak olbrzymim... Oczywiście, nic jeszcze nie jest absolutnie takie, jak było i jak być powinno... ale W KOŃCU  jestem gotów o to zawalczyć. *cheer* W tym ringu, przed każdym z was zaczęło się dla mnie wszystko, co najlepsze. NIE MA lepszego miejsca żeby uporać się z tym "czymś", co zawładnęło moją głową! *cheer* I dziękuję wam po prostu, za wszystko... *wzruszenie Ransoma, olbrzymie brawa od widowni* Głęboko wierzę, że także dzięki wam, właśnie tutaj, odkryję w sobie siły, znajdę odpowiedzi... I wygram walkę o siebie. *Maxwell obraca się wokół własnej osi przy olbrzymich owacjach*

SATELLITE! Fani reagują cheerem, chociaż nieco mniejszym niż zazwyczaj. Dolnick zjawia się na rampie i standardowo jest ubrany w hawajską koszulę. Puszysty zapaśnik wlecze się w kierunku ringu, przybijając piąteczki po drodze. Cały czas jednak patrzy na Ransoma, który odwzajemniając spojrzenie, nie jest zachwycony widokiem Jeana. Grubas włazi do kwadratowego pierścienia, chwilę przed tym odbiera mikrofon od pracownika.

Jean-Pierre Dolnick: Max... co ty jakieś smuty wygadujesz! Weź no uśmiechnij się chłopie trochę. *Dolnick niezręcznie się uśmiecha, Ransom tego nie odwzajemnia ani trochę* Emmm... *zastanawia się* ja wiem, że ten mój SMS nie był zbyt fajny, ale no ja pamiętałem o tobie! Naprawdę! Cały ten czas... tylko jakoś tak... okazji nie było, żeby się odezw...

I w tym momencie Maxwell wyrzuca mikrofon i bez słowa odpowiedzi wychodzi z ringu! Publika wygląda na poruszoną, Jean-Pierre jest za to mocno zaskoczony, a Ransom? Ewidentnie nie ma już tej werwy jak pod koniec swojej wypowiedzi i po prostu nie oglądając się na nic, z kamienną twarzą kieruje się na zaplecze. Kamera ponownie pokazuje nam Dolnicka, który do końca nie wie co ze sobą zrobić, a obraz z kamery gaśnie...

Elias Shadow
 
Streak: 1/0/5
Last Match: lost vs Maxwell Ransom
Odpowiedz
Cytuj
Jakub
Moderatorzy
18.07.2026, 22:27 #1
[Obrazek: 3bvyb55.jpeg]


Na arenie słyszymy "Heavy is the Crown" od Linkin Park, a światła zaczynają migotać na niebieskie i złote kolory - to oznacza, iż w końcu rozpoczynamy pierwsze w historii Elysium! Kamera przejeżdża po zebranych na arenie fanach, z których wielu trzyma transparenty wspierając nimi swoich ulubieńców! Muzyka cichnie, wszyscy czekają w napięciu na to co wydarzy się teraz... 
Rozbrzmiewa FATE! A to oznacza, że Jose Lopez przybywa na Elysium! Są fani, którzy usilnie cheerują byłego idola, ale nie oszukujmy się, większość buczy i to sążnie. Hiszpan z lekkim uśmiechem wymalowanym na ustach pojawia się na rampie w TYM STROJU. Chico Malo pewnym siebie krokiem zmierza w kierunku ringu, przed wejściem do niego odbiera mikrofon od pracownika. Gdy jest już w kwadratowym pierścieniu, to ma zamiar coś powiedzieć. Fani jeszcze przed tym, gdy Jose zdążył zabrać głos, zaczęli skandować ''ELYSIUM! ELYSIUM!''.

Jose Lopez: Elizjum... cieszę się, że LPW uczy i bawi, przez co poznaliście prawdopodobnie najtrudniejsze słowo w swoim życiu. *heat* Piękna nazwa, serio! Do tego, jak pasuje.. to zdecydowanie będzie coś na wzór pól elizejskich. Jestem wam w stanie to obiecać! Jednak nic nie będzie tutaj takie idealne jak w tych mitach... nie ma tak dobrze. To show będzie grobowcem rodem z mitologii dla tych wszystkich ''bohaterów'', których kochacie i którzy wejdą do ringu z Jose Lopezem. Z ciał waszych herosów z OGROMNĄ chęcią zbuduję sobie tron. *heat i wredny uśmiech Lopeza* Nie bierzcie może tego zbyt dosłownie.. już jeden proces w tej federacji mamy, a sam Axel Blaze ostatnio bardzo zainspirował się niejakim Otungą i użył słów, że ''za współpracę wyrok będzie mniejszy''. *parsknięcie* Cóż... jak dobrze wiecie, nie współpracowałem, ba! Ponownie go zaatakowałem i dorzuciłem kolejną cegiełkę do gniewu waszego ulubieńca *ogromny heat* A zamierzam dorzucić jeszcze jedną i następną.. będzie tyle tego, że Axel będzie mógł wybudować sobie z nich swoje własne, jebane, Koloseum, gdzie będzie mógł spełniać jeszcze bardziej chore fantazje niż te, których dopuszcza się na rejsach i zapleczach koncertów. *krótka pauza, a fani nie dowierzają* Myślicie, że to jest coś WOW? Że to jest coś niesamowitego? Nie, nie, nie.. prawdziwe interesujące zachowania ujrzycie u niego niebawem. *uśmiecha się kącikiem ust* No chyba, że.. nienajlepsza wizytówka ludzi z psychiatryka.. ten, który jest z ''potencjałem'' na więcej, ale ciekawi ludzi, dopóki nie otworzy gęby.. Edgar Dickinson.. uratuje Blaze'a przed tym wszystkim i dziś mnie pokona…

Dalsze słowa Lopezzo zostały przerwane przez The Eagle Has Landed. U szczytu rampy pojawia się nie kto jak Edgar Dickinson. Pojawieniu się poety towarzyszy wybuch radości na arenie. Ciężko powiedzieć, czy to ze względu na postać pisarza, czy po prostu jest to reakcja na przerwanie hiszpanowi. Tak czy inaczej ,pisarz pewnie zmierza w kierunku ringu. Artysta się jednak nie spieszy, każdy krok stawia jakby z pieczołowitością i uwagą. Podpierając się swoją laską, za pomocą prawej dłoni i trzymając się klapy płaszcza lewą, sprawia wrażenie jakby przechadzał się przez park. Kiedy artysta dociera do krawędzi ringu, nie wskakuje do jego wnętrza, zamiast tego okrąża go powoli, raz i drugi, pozwalając, żeby utwór mu towarzyszący wybrzmiał w pełni. Publika wyraźnie podłapała zamysł poety i kiedy piosenka dobiegła końca, jeszcze chwilę nuciła głośno melodię, ku niezadowoleniu czekającego w ringu Spanish Star. Edgar w tym czasie spokojnie odebrał mikrofon od jednego z technicznych i po schodkach wspiął się do wnętrza kwadratowego pierścienia. Dalej jednak nie odezwał się ani słowem, pozwalając fanom wypełniać ciszę melodią utworu Avatara. Zamiast tego nie spuszczał wzroku z Jose, uśmiechając się szczerze do niego. W końcu jednak przyłożył, palec wskazujący do ust, a na arenie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zapadła cisza.

Edgar Dickinson: Dzień dobry Panie Lopez. Słyszę, że moje słowa są Panu nie w smak. A jednak wywołał mnie Pan do tablicy, mimo, że ani Ja nie mam ochoty z Panem rozmawiać, ani Chicago słuchać Pańskich wynurzeń. *krótki okrzyk aprobaty wypełnił arenę* Będę się więc streszczał. Kłuje Pana, że jestem przeszkodą na Pańskiej drodze, do realizacji historii upadłego anioła, który to z sprytem i arogancją Lucyfera, sięga po wszystko co mu się zamarzy. Bardzo mi przykro, ale to historia dla nastolatków z kompleksami, która nie jest częścią mojej opowieści. Zbyt wiele wysiłku zostało włożone w rozdział Pana Blaze, żeby mógł się Pan w niego wtryniać, w imię tylko i wyłącznie swojego ego. Muszę więc stanąć na pańskiej drodze, a zapewniam, że nie chce mieć Pan kolejnych złych snów o strasznym panu w czarnym płaszczu. Chętnie jednak polecę wtedy Panu psychiatrę, jak sam Pan zauważył, mam rozeznanie.

Jose lekko uśmiecha się pod nosem i przechadza się wokół Edgara. W końcu zatrzymuje się i spogląda tylko na płaszcz, w który odziany jest The Poet.

Jose Lopez: Historia dla nastolatków z kompleksami powiadasz..ciekawe. *kiwa głową* Wymalowany gość, noszący płaszcz i bawiący się w obrońcę sprawiedliwości, to za to historia, której nikt jeszcze nigdy nie widział! Najoryginalniejsza rzecz na świecie! To jest dopiero ambitne! Sam pierdolony Dan Dowson by bił brawo. *prychnięcie* ABSOLUTNIE nie było czegoś podobnego w legendarnym WCW i to nie w tym, w którym zawsze mogłeś oglądać, jak ja jestem na szczycie, a ty? *spogląda z pogardą* Po co ty tam właściwie byłeś, Edgar? Chyba tylko po to, by promować swoją tanią poezję, bo z wrestlingu ciężko cokolwiek spamiętać o tobie. *heat* I nie myśl, że kłuje mnie fakt, że to akurat ty stoisz mi na drodze do Blaze'a. jest wręcz przeciwnie... bardzo się cieszę, że będę mógł obić ten twój umalowany, przereklamowany ryj. Pokażę i tobie i IM *wskazuje palcem na fanów*, że nic się nie zmieniło.. bo za zapożyczonymi cytatami od ambitniejszych twórców niż ty i ''otoczką'', na którą się ludzie nabierają... stoi dalej ten sam przeciętniak co kiedyś. *heat, Lopez uśmiecha się kącikiem ust* A wiesz, co jest w tym wszystkim najzabawniejsze? Nawet sam Blaze w głębi pragnie, bym to JA wygrał...po co miałby pokazywać ci miejsce w szeregu po raz... trzeci?

Poeta śledząc cały czas ruchy Jose, pozostał niewzruszony i dalej uśmiechał się uprzejmie, jakby przysłuchiwał się jak ktoś opowiada nam o hobby o którym nie mamy pojęcia.

Edgar Dickinson: Ahhh, czyta Pan mojego X. Bardzo dobrze, poszerzy Pan słownictwo, na czytanie ze zrozumieniem przyjdzie jeszcze czas. Na ten moment pozwolę sobie, odrobinę sprostować parę spraw. Przede wszystkim, myślałem, że na Ascension rozstał się Pan z przeszłością. A jednak, podpiera się Pan nostalgią, słusznie minionej federacji, w dniu kiedy stoimy w domu Legion Pro Wrestling! *LPW! LPW! wypełniło na chwilę arenę w Chicago* To nie pomaga Pana sprawie, tak samo jak mylenie mnie z archetypem Zorro czy też innego Mrocznego Rycerza. *Pisarz spoważniał, a uśmiech w końcu zniknął z jego twarzy.* Nie jestem obrońcą sprawiedliwości, przynajmniej nie w prymitywnej formie, w jakiej Pan ją pojmuje. Dbam tylko i wyłącznie o prawidłowy przebieg tej historii. Jose Lopez który stoi przede mną tu i teraz, nie ma miejsca w jej głównym wątku i albo wykrzesze z siebie coś wartościowego, albo będzie musiał w końcu wyleczyć swój kompleks głównego bohatera. Ale do uświadomienia Panu, że na razie próbuje Pan tylko ukraść nie swój rozdział, rwie się ktoś nazbyt stosowny. *Dickinson bezrefleksyjnie odwraca się plecami do Lopeza i spogląda w kierunku publiki.* Panie Blaze doceniam poetyckość, czempion ludzi ruszający spośród nich z orężem w dłoni, to jest dokładnie to czego nam trzeba.

W tym momencie rozbrzmiewa I gotsa get paid, a publiczność reaguje mocnym cheerem. Jednak Blaze nie pojawia się na rampie, kamera nagle przenosi się na wejście na halę od strony publiczności, dokładnie z tej samej strony, w którą odwrócił się Edgar. Tam już stoi LPW World Champion z pasem na biodrach i kijem baseballowym w dłoni, którym wskazuje na ring. Axel rusza między fanami, którzy szaleją i poklepują go po plecach. Zawodnik jest zdeterminowany, zdaje się w ogóle nie mrugać i cały czas prze naprzód. Kiedy jednak dociera do barierek, tam już czeka na niego trzech ochroniarzy, którzy zaczynają spokojnie z nim rozmawiać. Mr. Forever jest pobudzony, wyraźnie nie podoba mu się kierunek tej rozmowy, ale ostatecznie ustępuje i oddaje im kij baseballowy. Dopiero wtedy sprawnie przeskakuje przez barierki, odbiera mikrofon od pracownika technicznego i wchodzi do ringu. Wbija swój wzrok w Lopeza, a na Dickinsona nawet nie zwraca uwagi

Axel Blaze: Masz takiego farta, że nawet z ustawionej talii wyciągnąłbyś dobrą kartę... Lopez. Powinieneś bardzo podziękować ochronie i po gali nosić ich na rękach, bo właśnie oszczędzili Ci bardzo ciężkiego urazu. Ale spokojnie, co się odwlecze, to nie uciecze. Próbowałem Cię znaleźć przez ostatnie dwa tygodnie i zdążyłem uświadomić sobie, że nie ma to już znaczenie, czy kara przyjdzie dzisiaj, czy jutro. Ważne, że Cię nie ominie. A nie ominie, gwarantuję Ci to. Ostatnio pozwalałeś sobie na bardzo dużo. Szkoda tylko, że byłeś taki odważny nie patrząc mi w oczy. To takie wygodne, nieprawdaż? Przez dwa miesiące nikt nie zwracał na Ciebie uwagi, każdy żył turniejem i tym, kto stanie się pierwszym LPW World Championem. A Ty potrzebowałeś uwagi. Przez te wszystkie lata tak rozpaczliwie jej szukałeś, że kiedy w końcu przypełzłeś do LPW i wystarczająco wylizałeś buty Van Dama, żeby tylko dał Ci szansę, nie spodziewałeś, że to będzie tak wyglądało. Biedny Jose Lopez, gwiazda nad gwiazdami, weteran sceny... blaknie przy świeżej krwi i nikt o nim nie mówi. Trzeba było strzelić focha, mówić dookoła, że nie będziesz walczyć, bo przecież Ty od razu idziesz po mistrza. A to wszystko dlatego, że jesteś tylko zwykłą dziwką, która domaga się atencji! A co jeszcze bardziej obrzydliwe, Ty doskonale zdajesz sobie sprawę, z tego co robisz. Wiesz, że zajmujesz się najstarszym zawodem świata i tak bardzo Ci wstyd z tego powodu, że nawet nie byłeś w stanie spojrzeć mi w oczy. Zrobiłeś swoje atakując mnie z zaskoczenia. Bez honoru! Bez ambicji! Bez zasad! Potem zabrakło Ci jaj, żeby pojawić się na Colosseum. Wolałeś wysłać nagranie, niż stawić czoła konsekwencjom. Wspomniałeś o koncertach, które tak bardzo wielbię - masz rację, wychowałem się na koncertach. I wiesz czego się dzięki nim nauczyłem? Że czasami na scenę może dostać się każdy... ale to nie czyni z niego gwiazdy wieczoru, Lopez. A Ty jeszcze masz czelność nazywać Edgara przeciętniakiem? On przynajmniej próbuje napisać swoją własną historię. A Ty? Ty próbujesz dopisać się do mojej! *whoa!* Ale niestety, w jednym muszę przyznać Ci rację. Tak, zdecydowanie pragnę, żebyś wygrał dzisiejszą walkę. *Blaze pierwszy raz odrywa wzrok od Lopeza* Bez urazy, Edgar, my jeszcze będziemy mieć okazje, żeby dać czadu, ale dzisiejszy wynik nie może być inny. Bo jeśli Lopez dzisiaj zostanie pretendentem do mojego pasa, *Blaze odpina pas i podnosi go do góry* to będę miał go na widelcu i już mi nie ucieknie.

Nick Aldis:
Spokojnie, Panowie! 

Całą rozmowę przerywa Generalny Manager Elysium, wychodząc bez muzyki na rampę.

Nick Aldis:
Widzę, że mamy tu dużo emocji, rozumiem też ich przyczynę. Dlatego postawiłem na pewne dodatkowe zabezpieczenia. *Wskazuje na ochroniarzy* Wiem Axel, że bardzo chcesz dorwać Jose. Nie może się to jednak wydarzyć w sposób niewłaściwy. Także przychodzę do was z małym ogłoszeniem. Jeśli Axel Blaze zaingeruje w walkę wieczoru, w jakikolwiek sposób, pretendentami do tytułu zostaną zarówno Edgar Dickinson, jak i Jose Lopez. *spogląda na Blaze'a* Wiem, że może Ci się to nie podobać, ale muszę zapewnić odpowiednią jakość widowiska i sprawiedliwe rozwiązania. Potem nie zamierzam już ingerować w żadne spory. *Uśmiech, Blaze w końcu kiwa głową, na reszcie akceptując słowa swojego przełożonego* Jednak zapraszam Cię na czas tej walki do specjalnej loży przeznaczonej tylko i wyłącznie dla Ciebie, byś mógł z uwagą obserwować to co będzie się działo w dzisiejszym Main Evencie. Natomiast teraz... czeka Cię walka z Robem McŁowiczem, czyż nie? Dlatego Edgar, Jose - zapraszam z powrotem na zaplecze. I nie chcę was tu widzieć do walki wieczoru, w innym wypadku zostaniecie automatycznie zdyskwalifikowani. 
Aldis opuszcza mikrofon i obraca się, schodząc za kulisy. Lopez z kwaśną miną choć niechętnie, jest już również w drodze, natomiast Edgar przygląda się jeszcze przez chwilę Blaze'owi... Jednak po chwili również opuszcza ring. 

REKLAMY

[Obrazek: ledaVEB.png]
Non-Title Singles Match
Axel Blaze vs Rob McŁowicz

Wracamy do ringu po reklamach. W tym momencie Axel Blaze znajduje się w narożniku, a Rob McŁowicz zawija jego ręce za liny. Nie zastanawia się długo i od razu serwuje potężny Spatula Slap! Echo uderzenie rozniosło się momentalnie po całej arenie, aż publiczność ucichła. Kucharz natomiast przykłada palce do ust, mlaska i próbuje ocenić "smak" walki. Zaskoczony z aprobatą kiwa głową. Następnie szybko dokłada Eye Rake, po którym udaje, że sypie pieprzem w oczy rywala. Mr. Forever zasłania twarz dłońmi, co daje możliwość do ataku Królowi Kiełbasy. Nie zastanawiając się zbyt długo chwyta głowę przeciwnika i wykonuje Running Bulldog. Rob potrzebuje chwili, aby się odwrócić i przechodzi do pinu. 1... 2... Kick Out! Skoro to nie przyniosło efektu, stwierdza, że danie nie jest jeszcze wystarczająco dobrze przygotowane. Wstaje i od razu przechodzi do stompowania. Cała seria szybkich stompów spada prosto na klatę mistrza, a zanim sędzia zdążył go dobrze pouczyć o nadmiernej brutalności McŁowicz dokłada jeszcze Leg Drop. Trafiony zatopiony! Jeszcze raz przechodzi do pinu. 1... 2... Shoulder Up! Kucharz wstaje, przekręca głowę i zdaje się jakby coś w nim pękło. Nawet nie kłóci się z sędzią, po prostu pomaga wstać przeciwnikowi, który już sam zaczynał się zbierać, aby stojąc z nim twarzą w twarz poczęstować go Soleniem Rywala! Po serii szybkich ciosów na brzuch Blaze zgiął się w pół. Szybki Snapmare sadza Amerykanina na tyłku, sam odbija się od lin i z ogromnym impetem wyprowadza Dropkick prosto w twarz siedzącego rywala! Ależ to było uderzenie! Real Rock 'n' Roller wyraźnie to odczuwa, przekręca się na brzuch, aby łatwiej było mu wstać, najpierw podnosi się delikatnie na kolanach... i już z okrzykiem "SMAKUJE?!" nadciąga Polak, aby popisać się Degustacją Goryczy! Nic z tego! Blaze odsuwa się w ostatnim momencie i momentalnie zrywa się na równe. Zaskoczony Master Chef of Chaos odwraca się w kierunku swojego przeciwnika i od razu inkasuje potężny Bicycle Knee Strike. Rob daje się tracić czucie w nogach, ale High Life Warrior nie pozwala mu upaść. Od razu chwyta go za nadgarstek i posyła do narożnika Irish Whipem. Kucharz wbija się w niego z ogromnym impetem i nie daje rady utrzymać pionowej pozycji. Natychmiast siada, a mistrz już pędzi w jego kierunku i wbija się w niego przy pomocy Meteory! Fani szaleją! Axel wstaje i odwraca się w ich kierunku. Gestem ręki pobudza publiczność do jeszcze większego dopingu i go otrzymuje. Z zadowoleniem kiwa głową, uśmiecha i odwraca się znowu do przeciwnika. Okazuje się, że The Sausage King miał dość, wyturlał się z ringu i teraz opiera się o apron odzyskując siły. Legend in Making przykłada palec do ust, dając znać publiczności, żeby go nie wydali, sam również opuszcza ring. Rob tego nie widzi, wciąż jeszcze łapie oddech oparty o apron. I mamy Drive by! Mistrz natychmiast chwyta rywala, robi z nim kółeczko i wrzuca do ringu. Tauntuje do publiczności pokazując gest rock 'n' rolla, a oni reagują cheerem. Blaze wślizguje się do ringu, ale na to tylko czekał McŁowicz! Od razu rusza na przeciwnika, który okazuje się być bardzo szybki, przepuszcza oponenta na liny, aby odbił się od nich jeszcze raz. Sam ustawia się na środku ringu. Polak naciera i wpada wprost na Fade To Black! Ależ impet, to musiało boleć. Mistrz przechodzi do pinu. 1... 2... 3! Axel Blaze wygrywa starcie!

Cytat:Kamera przenosi nas po chwilowej przerwie na zaplecze. W kadrze widzimy ponownie Roba McŁowicza, przemieszczającego się korytarzem. Na karku ma zarzucony ręcznik i wyraźnie odczuwa trudy swojej dzisiejszej walki z Axelem Blazem, bo idąc trzyma się za swoje plecy.

???: Proszę, proszę, kogo my tutaj mamy.

Teraz w kadrze pojawia się Lord Sebastien.

Lord Sebastien: To Rob McŁowicz, człowiek który dzisiaj dostał sromotny łomot od naszego mistrza. *na ustach arystokraty maluje się szyderczy uśmiech* Cholera, to wyglądało horrible. Jak się czujesz, Rob? *Lord mierzy Roba wzrokiem od góry do dołu* Chyba nie najlepiej? Jednak walki nie są takie łatwe jak przyrządzanie hot doga dla zdegenerowanych Amerykanów? Może po prostu ty, Rob, nie nadajesz się do toczenia walk w ringu, a twoje miejsce powinno pozostać na zawsze w kuchni. Mam dla Ciebie małą propozycję. Nie powinno się wpuszczać tam ludzi twojego pokroju, ale trudno - zrobię le exception. Może zasiądziesz dzisiaj w mojej loży VIP? Miałbyś okazję zobaczyć, jak w ringu prezentuje się prawdziwy zawodnik. *The Noble One pokazuje palcem na siebie* Może mógłbyś się czegoś nawet ode mnie nauczyć oglądając jak rozprawiam się z le pantin z kocimi uszami. Możesz to potraktować jak zaproszenie. *Lord poklepuje Roba po ramieniu* Tylko weź się trochę ogarnij zanim przyjdziesz na lożę, żebyś mi wstydu nie przyniósł.

Rob przez chwilę patrzy na dłoń Lorda na swoim ramieniu, po czym powoli ją strąca. Widać, że odczuwa skutki swojego pojedynku, ale nie daje tego po sobie poznać.

Rob McŁowicz: Sebastien, jak na człowieka, który tyle mówi o klasie, bardzo chętnie podchodzisz do poobijanego gościa, żeby poprawić sobie humor. To nie arystokracja, to zwykłe podjadanie resztek z cudzego talerza. *Rob poprawia ręcznik na karku i delikatnie krzywi się z bólu* Tak, dostałem dzisiaj od Axela. I co z tego? Przynajmniej byłem w ringu z mistrzem, a nie stałem z boku i tylko ładnie pachniałem. *Rob mierzy Lorda wzrokiem od góry do dołu.* Ale dobra. Przyjmuję zaproszenie do loży VIP. Chętnie zobaczę, czy za tą całą szlachecką oprawą faktycznie spotka mnie coś ekskluzywnego, czy tylko drogi obrus na pustym stole. A skoro ty robisz dla mnie wyjątek, ja zrobię wyjątek dla ciebie.*Rob podchodzi pół kroku bliżej.* Za dwa tygodnie przyjdziesz do Pobitych Garów. Będziemy tam Ty, ja i blat. Sprawdzę, czy Lord Sebastien ma jakikolwiek smak… czy tylko dobrze wygląda w menu.

Lord Sebastien: Lord Sebastien zawsze wygląda dobrze, Rob, a dzisiaj w ringu udowodnię Ci, że smaku również mi nie brakuje. Mówisz o podjadaniu resztek jedzenia z cudzego talerza, ale to Ty jesteś marną inspiracją pewnego europejskiego kulinarnego celebryty. *teraz Lord zasłania usta palcem w geście milczenia* Ups, nie mówmy o tym głośno, bo Twój cały czar pryśnie. Więc jedyną osobą, która dostaje resztki z cudzego talerza jesteś Ty, Rob. Twierdzisz też, że tylko stoję z boku i ładnie pachnę? To prawda, ładnie pachnę, ale jak przyjdzie odpowiedni czas to zdominuję swojego rywala, co pokaże Ci dzisiaj w ringu. Chciałem ci tylko pokazać moją propozycją, że czasem trochę luksusu może pomóc człowiekowi w życiu, ale widzę, że jesteś jak typowy Amerykanin - musisz wszystko po swojemu. Dobrze więc, przyjmuję twoje zaproszenie do Pobitych Garów. Mam tylko nadzieję, że przygotujesz na tą edycję coś więcej niż to co ostatnio. Moje kubki smakowe zasługują na coś więcej niż na takie malbouffe.

Sebastien odchodzi i znika z kadru, a Rob cały czas wodzi z nieufnością za nim wzrokiem. Obraz z kamery gaśnie.


Światła na arenie przygasają, a po chwili rozbrzmiewają pierwsze dźwięki „Bodies” Drowning Pool. Reakcja publiczności jest mieszana — część fanów od razu zaczyna buczeć, pamiętając pierwsze tygodnie Extrememaniaca w LPW, jednak nie brakuje również osób, które zaczynają skandować jego nazwisko po tym, co wydarzyło się na Ascencion. Po chwili na rampie pojawia się Mike F’N Brutal. Extremely Mad Dog ma w dłoni charakterystyczne już dla siebie wytarte, ewidentnie przetestowane w boju krzesło, a w drugiej mikrofon. Szybkim krokiem zmierza w kierunku ringu, jakby adrenalina zebrana podczas Ascencion nadal w nim była, a kiedy w końcu znalazł się w środku kwadratowego pierścienia rozłożył krzesło i usiadł na nim spoglądając z uśmiechem w tę stronę areny, która skanduje ,,Brutal! Brutal! Brutal", choć nie jest to wielka część, ale po chwili więcej osób się przyłącza.

Mike F'N Brutal:: Wiedziałem! No ja po prostu wiedziałem, że jak fani LPW zobaczą, a niektórzy przypomną sobie na co tak naprawdę mnie stać, to część z nich stanie się wyznawcami religii ekstremy. No więc moi drodzy... Wita Was najbardziej ekstremalna, hardkorowa i spektakularna gwiazda LPW, największy fan klocków Lego w LPW - Mike Fucking Brutal! *mieszana reakcja tłumu, lecz cheer się bardziej przebija*. Ale po kolei, wydaje mi się że nowym fanom jestem winny że tak powiem - pewne podsumowanie. A więc kilka tygodni temu, kiedy wyszedłem na Colosseum po raz pierwszy mówiłem, że wrestling nie polega na ładnych obrazkach, chwytliwych hasełkach. Że ten biznes został zbudowany na bólu, pocie, krwi i momentach zwątpienia w siebie i wszystko dookoła. I wiecie co? Nadal tak uważam, ale przyznać muszę jedno, LPW nie jest tym czego się spodziewałem.

*Concrete Saint w tym momencie wstaje i opiera się o narożnik plecami spoglądając w stronę stage'u.*

Mike F'N Brutal: Bo kiedy tu przychodziłem myślałem, że zobaczę to samo co widziałem już setki razy. Kolejne miejsce pełne ludzi, którzy dużo mówią, a kiedy przychodzi moment próby nagle szukają wymówek. Ale zamiast tego dostałem kilka rzeczy, których nie przewidziałem. Na pierwszy ogień dostałem gościa, który był o włos od wygrania mistrzostwa LPW na Ascencion. Człowieka, który udowodnił mi, że czasami nie potrzebujesz krzesła, nie potrzebujesz chaosu i nie potrzebujesz zamienić ringu w miejsce zbrodni, żeby wygrać. Riddle sprawił, że klepałem. Nie będę stał tutaj i udawał, że to się nie wydarzyło, bo to byłoby dokładnie to, czym gardzę najbardziej. Ludźmi, którzy po porażce tworzą sobie własną rzeczywistość, żeby tylko ich ego nie ucierpiało. Potem w turnieju wylosowano mi Sabre Juniora. Kolejnego człowieka, który reprezentował wszystko to, czego nie znoszę. Niespotykaną technikę, nadzwyczajną kontrolę. Wrestlera który wierzy, że każdy człowiek ma swój punkt w którym można go złamać. I nie uwierzycie - ktoś znowu miał rację. Po raz drugi w tym miejscu ktoś zmusił mnie do poddania. I wtedy wielu z was pomyślało, że to jest moment, w którym Mike Brutal się kończy. A potem pojawił się ten dzieciak - Shadow. I tutaj robi się naprawdę zabawnie. Bo Elias myślał, że rozumie mój świat. Myślał, że wystarczy trochę chaosu, trochę dziwactwa, trochę szaleństwa i już jest kimś takim jak ja. Nie byłbym sobą, gdybym nie chciał pokazać mu jak ekstremalne różnice są między nami. Chciałem pokazać mu, że prawdziwa ciemność nie polega na udawaniu, że jest się innym, tylko na tym, że kiedy wszystko zostaje zabrane, kiedy zostaje sam ból i cierpienie nadal jesteś w stanie wstać.

*W tym momencie Brutal patrzy się prosto w kamerę*

Mike F'N Brutal: I dokładnie to mu pokazałem! On wciąż wstawał. I wstawał! I wstawał! I goddammit, on nadal się podnosił! Mimo całej jego głupoty muszę powiedzieć jedną rzecz. Ten dzieciak ma jaja. *publika reaguje mieszanie, ale raczej pozytywnie*. Czy dalej uważam, że jest dziwnym dzieciakiem, który czasami sam nie wie co chce osiągnąć? Hell F'N yeah! Ale zasłużył na mój szacunek.

*King of Extreme spogląda na logo LPW Elysium na stage'u.*

Mike F'N Brutal: Więc teraz nasuwa się pytanie: Co dalej? Fani LPW już wiedzą kim jestem i do czego jestem zdolny. Tak samo jak cała szatnia i te klauny w garniturach za sceną. Nie wyszedłem do ringu dzisiaj, aby szukać jakiejś akceptacji, jakiejś szansy po losowym zaatakowaniu kogoś, to nie mój styl. Nie jestem tu też po to, żeby udowadniać, że Extreme wciąż istnieje, to już zostało pokazane na Ascencion. Chcę teraz zobaczyć kto ma większe jaja niż Shadow, żeby wyjść do mnie twarzą w twarz po karuzeli na jaką posadziłem tego dzieciaka! Czy będzie to jakiś pseudo-prawnik? Czy będzie to jakiś zabogacony dzieciak, któremu ewidentnie brakowało uwagi ojca w życiu? A może będzie to pieprzona Kobieta Kot?! Nie wiem, ale jedno wiem na pewno. The Human Wrecking Riot nigdzie się nie wybiera i przyszedł na Elysium żeby kontynuować swoje dawno zaczęte dzieło i jeśli Aldis chce się przekonać co jeszcze potrafi Mike Brutal - to ma mój numer. Bo choćby ktoś stanął z bronią w ręku przede mną i wystrzelił w moją stronę kulę... to może być pewny, że nie będę się bawił w Matrixa, przechwycę tę kulę zębami i wypluję ją prosto w niego! Także panie i panowie, ciekaw jestem czy ktoś jeszcze to pamięta. Raise your chairs... 'n' get Extreeeemeee!!

*I w tym momencie widokiem uradowanego Brutala na narożniku z wysoko uniesionym krzesłem w jednej ręce i żywą reakcją publiczności obraz gaśnie.*

REKLAMY

[Obrazek: GGFefNA.png]
Singles Match
Elias Shadow vs Derrick Mantel

Wracamy po reklamach do ringu, gdzie widzimy aktualnie Mantela kompletnie znęcającego się nad swoim rywalem w narożniku. Aktualnie jest to seria stompów spadająca na klatkę piersiową Eliasa, do przerwania której dość szybko zostaje zmuszony jego oprawca, by uniknąć dyskwalifikacji. Ale po chwili oczywiście ponawia tą samą czynność, co znowu sprawia, iż sędzia zaczyna odliczać. 1...2...3...4... Mantel przerywa i podnosi do góry ręce, jakby był niewiniątkiem. Sędzia zaczyna go upominać, że następna taka akcja poskutkuje automatyczną dyskwalifikacją. Wywiązuje się pomiędzy nimi dłuższa dyskusja, aż w końcu Derrick prycha, macha ręką i powraca do wstającego już w narożniku Eliasa... Tylko po to by nadziać się na kopnięcie! A po chwili młodziak dokłada jeszcze Elbow Strike! Publiczność o dziwo przyjmuje to z lekką radością, chyba jednak bardziej nienawidzą "Normal" Guy'a. Widzimy jak Shadow bierze rozbieg, odbija się od lin, jednak Mantel jest sprytniejszy, bowiem unika ataku, po czym sam wykonuje Scoop Slam! Pinuje! 1...2. Elias podrywa bark, a sfrustrowany Derrick od razu podnosi go do stójki za włosy, zostawia zamroczonego na środku ringu, odsuwa się kawałek i dokłada Discus Lariat! Tym razem jednak nawet nie próbuje zakończyć walki, tylko przeciąga oponenta pod narożnik, na który sam się wdrapuje i wykonuje 450 Splash! Shadow w ostatniej chwili podciąga jednak kolana do góry, a następnie od razu przekręca Mantela i sam go pinuje! 1...2... Kick Out! Publiczność podrywa się z dopingiem dla Beta Wolfa, a ten o dziwo sam zaczyna powoli ładować baterie i lekko wycofuje się do narożnika. Derrick jednak dochodzi do siebie szybciej, rusza w kierunku przeciwnika i trafia w narożnik, ponieważ Elias unika jego szarży! Odsuwa się