Earlier Tonight
Na spotkaniu z dziennikarzami przed galą widzimy Rybacka, który trenuje bicepsy a z grupy paparazzi pokazuje się ktoś z plakatem
Dziennikarz - Czy ja mógłbym poprosić o autograf?
Ryback - No pewnie, The Big Guy nigdy nie odmawia takich rzeczy
Dziennikarz rozwija plakat, i okazuje się, że to plakat..Kennetha Riddle'a... Ryback raczej nie jest zachwycony tym widokiem
Ryback - A co to za gówno?
Dziennikarz - Na najbliższej gali zmierzysz się z Kennethem, my, dziennikarze cenimy was obu, chcielibyśmy abyś podpisał ten plakat jako największe starcie nadchodzącej gali
Ryback - Pewnie, Ryback i Kenneth, dwie wielkie postacie haha...
W tym momencie jednak... Ryback wypłaca dziennikarzowi soczystego liścia! Ten pada jak rażony piorunem, jednakże sytuacje widział GM Rob Van Dam, który zaskoczony podbiegł do Rybacka
Rob Van Dam - Ryback, co Ty do jasnej cholery wyprawiasz?!
Ryback - Ja tylko śmieszkuję, przecież w waszym mniemaniu po to tu jestem, prawda szefie?
Ryback odchodzi zostawiając zdezorientowanego GM'a
Hala zostaje wypełniona przez muzykę, kamera robi szybki przejazd na widownię, a na rampie odbywa się skromny pokaz pirotechniczny następnie kamera zmierza powoli do stanowiska komentatorów.
Przy stoliku komentatorskim gotowi na gale komentatorzy Michael Cole oraz Tomasz Hajto. Chwila ciszy....Aweeesome! Publiczność zachwycona, gdyż to The Miz będzie trzecim komentatorem przy stoliku!
Michael Cole The Miz dołączył do naszego stolika, wybitny wrestler, wspaniały zawodnik, niesamowicie charyzmatyczna postać
Tomasz Hajto Wybitny wrestler i wybitny reprezentant Polski w piłce nożnej, taki stolik nie może wyglądać lepiej!
The Miz Witaj Michael, witaj Tomek, dzisiaj najważniejsze obok Miz TV show, a więc Colloseum, rozdział drugi!
Michael Cole Panowie, która walka waszym zdaniem zasługuje na największe uznanie? Moim skromnym, opener Mike F'N Brutal kontra Elias Shadow skradnie show. Mike jako wrestler robi wrażenie, podobnie jak Mike na stanowisku komentatorskim
Tomasz Hajto Jaki Mike?
The Miz Mike Mizanin kretynie. Dobra, moim zdaniem to jednak walka Axel Blaze kontra Erick Dickinson robi robote, zamyka te karte idealnie, nawet jak komuś będzie chciało się spać, to tej walki nie opuści!
Tomasz Hajto A dla mnie Zbyszek Uszczelka kontra Preston Steele to materiał na walkę gali
The Miz Patrząc na Twoje upodobania, to nic dziwnego, że Uszczelka znajdzie się zawsze w roli faworyta, a tak poza tym, czytałem o Tobie dużo, czy Ty już poniosłeś konsekwencje za...
Michael Cole Wybacz, że przerwę Mike! Jednakże mamy tutaj kartę przepełnioną nienawiścią, Riddle vs Ryback jako odwieczni rywale, Halloway vs Butla jako dwa różne światy, Mantel kontra Mateusz MW, czyli walka, która może pójść w dwie strony, Cavazos kontra McŁowicz, a więc kolejne zderzenie dwóch światów, oraz Escobar kontra Sabre Jr, tutaj również spodziewamy się wszystkiego
The Miz Masz racje, karta jest przepełniona świetnymi walkami, a my ruszajmy z akcją zanim Tomek doda coś od siebie
Kibice w Rockford są już gotowi na show. Najważniejsze pytanie, które pojawia się teraz w ich głowach, to "kto jako pierwszy pojawi się na arenie?". Publika nie była jednak pozostawiona w niepewności zbyt długo. Na hali rozbrzmiewa Evil Ways, a to może oznaczać tylko jedno - o ile na stage nie wyjdzie zaraz jakiś przebieraniec, drugą galę LPW otworzy Kenneth Riddle! Po krótkiej chwili materializuje się ten drugi scenariusz i na rampę wychodzi zwycięzca walki wieczoru premierowego odcinka Colosseum. Fani chantują jego nazwisko, a on sam z uśmiechem na ustach i widocznym luzem zmierza do ringu.
Kenneth Riddle: Dobry wieczór, Rockford! Wspaniale jest tutaj być, naprawdę. Zazwyczaj te słowa są wypowiadane wręcz mechanicznie, na tej samej zasadzie, na której każda publika jest danego wieczoru "najlepszą na świecie"... ale tym razem okoliczności są zupełnie inne. Pogodziłem się już ze swoją emeryturą sportową. Buty odwiesiłem na kołek, a stroje oddałem na aukcje charytatywne lub rozdałem dzieciom moich przyjaciół, które z niezrozumiałego dla mnie powodu marzyły o posiadaniu pary męskich legginsów treningowych <fani wybuchają śmiechem, Riddle również śmieje się lekko>. Zostawiłem przeszłość za sobą i skupiłem się na dwóch sferach życia, które zawsze zaniedbywałem - rodzinie i biznesie. Było mi dobrze z tym, gdzie jestem w życiu. Gdybym powiedział, że każdego dnia tęskniłem, to bym skłamał <z trybun słyszalne jest buczenie części fanów>. Dajcie mi dojść do puenty, dalej powinno być już lepiej, obiecuję! <Riddle gładzi brodę i kontynuuje>. Myślałem, że moja kariera wrestlingowa pozostanie czymś, o czym będę mógł wyłącznie opowiadać moim dzieciom, pokazując im archiwalne transmisje. Wtedy dostałem telefon od LPW i... początkowo odmówiłem. Dokładnie tak było. Zakopałem swoją przeszłość tak głęboko, że nie chciałem nawet myśleć o powrocie. Ten pierwszy telefon zasiał jednak ziarenko, które przez kilka kolejnych dni kiełkowało. Zacząłem oglądać stare nagrania, rozmawiać z dawnymi znajomymi... i krok po kroku przypominałem sobie, dlaczego kochałem wrestling najmocniej na świecie! Podpisałem więc kontrakt, a tydzień temu błyskawicznie przypomnieliście mi, dlaczego kochałem najmocniej na świecie także Was <duży cheer>! To dla mnie absolutny fenomen, że po tylu latach ciągle reagujecie na mnie tak żywiołowo. Czuję, że jestem w naprawdę uprzywilejowanej pozycji, jako weteran z tak mocnym wsparciem publiczności. Bałem się jednak swojej formy fizycznej. Nie oszukujmy się, lata świetności mam już za sobą. Tutaj jest trochę za dużo <Riddle chwyta się za brzuch>, tutaj z kolei za mało <Kenneth pokazuje na swój biceps> i bałem się, że w niektórych starciach to, co sobą reprezentuję, może być niewystarczające. Tydzień temu moje wątpliwości zostały jednak rozwiane. Co prawda moim rywalem nie był żaden młokos, bo Mike Brutal również należy do weteranów tej sceny... ale Mike Brutal poległ w sposób, który nie pozostawił mi złudzeń. Po naszej walce docierały do mnie głosy, które szydziły ze sposobu, w jaki mój rywal się poddał. Chciałbym, żeby to wybrzmiało... doprowadziłem do poddania, bo tego potrzebowałem. Był to dla mnie dowód, że dam radę nadrobić niedostatki fizyczne techniką, która dalej we mnie jest. Dziś wiem, że jestem w stanie pokonać każdego <cheer>! Turniej o LPW World Championship trwa w najlepsze. Dzisiaj odbędą się kolejne starcia, a ja już w tej chwili obmyślam game plan na finałowy Fatal 4 Way. Niektórzy mogą uznać to za próżność... ale Kenneth Riddle po prostu rozkwita w roli faworyta.
Monolog Kennetha przerywa rozbrzmiewająca na arenie piosenka „Mother” od IDLES, która jest muzyką wejściową Zacka Sabre Jr, ten z kolei pojawia się po chwili na rampie i pewnym krokiem z lekkim uśmiechem na twarzy, zmierza w kierunku ringu. Sabre robi kółko wokół kwadratowego pierścienia i po drodze zgarnia mikrofon. Brytyjczyk wchodzi do ringu, muzyka zostaje wyłączone, a ZSJ sam zaczyna mówić.
Zack Sabre Jr.: Kenneth, Kenny, Ken. Mogę Ci mówić Ken? <Zack macha ręką jakby sygnalizując, że nie oczekuje nawet odpowiedzi> Gratulacje zwycięstwa! Wygrałeś, ba! Poddałeś Mike'a f'n Brutala! Ale... ale czy to w ogóle jest wrestler? Czy bardziej głupkiem bez piątej klepki, który za dużo razu w swoim życiu dostał świetlówką w łeb? Nie wiem, chociaż się domyślam. Chodzi mi o to Kennedy, że może to Twoje zwycięstwo na ostatnim Colloseum nie jest wcale tak wielkim osiągnięciem, za jakie je uważasz? Może ta wygrana to wcale nie jest dowód na to, że masz w sobie jeszcze „to coś”, a bardziej, że jeden stary dziad, pokonał drugiego starego dziada? <heat> Ja tylko zadaje pytania! Żeby było jasne Kendall... ja sam chyba nie znam na to pytanie odpowiedzi. Bo ktoś jakże mądry mógłby powiedzieć, hej Zack, you dickhaed... sam przegrałeś swoją walkę z Edgarem Dickinsonem. Gdzie więc startujesz, do pana Kevina Riddlera? Macie rację. Posypuję głowę popiołem. Wiem jednak, że nie wskoczyłem na swój najwyższy poziom, wiem że mam jeszcze rezerwy. Wiem, że prawdziwy Zack Sabre Jr, technical wizard, jeszcze nie pojawił się tak naprawdę w ringu LPW. Czy ty jednak masz taką pewność Keagan? Czy w tym Riddle'u jest coś więcej, niż to co pokazałeś ostatnio? Bo dosłownie po jednym, powtarzam JEDNYM zwycięstwie, wchodzisz tutaj i niemal płaczesz ze wzruszenia, jak to pokonałeś chłopa, który prawdopodobnie przez ostatnie kilka lat tylko chlał i ćpał. Ja z kolei w końcu się rozkręcę. Najpierw wygram dziś, następnie na następnej gali, by za kilka tygodni spotkać się... może i nawet z Tobą... Keith. Może obaj będziemy w walce o pas. Mam do Ciebie prośbę. Gdy już tak będziemy <Zack robi krok w kierunku Kennetha> w tym ringu, obok dwóch innych ciołków. Gdy rozbrzmi gong, pamiętaj proszę. To nie jest Twoja historia. To nie jest disney'owski film, gdzie stary dziad pokazuje wszystkim, że jeszcze się da. Nie zamierzam grać roli statysty w Twoim kinie familijnym. Weź dużo witamin Kenneth. Przydadzą się Twoim kościom. Ponieważ może i zacząłeś turniej o pas LPW wygrywając przez poddanie. Ale na koniec dnia, to Ty będziesz klepał... myśląc o tym, że Twoja pierwsza myśl była słuszna i trzeba było siedzieć na tej wrestlingowej emeryturze. <Zack wraz z wypowiadaniem ostatniego zdania robi kolejny krok w kierunku Riddle'a, niemalże stojąc z nim już twarzą w twarz, jakby prowokując jakiś ruch Kennetha>
Zack i Kenneth stoją naprzeciw siebie, dość blisko, na arenie zrobiła się głośna wrzawa, ewidentnie publiczność oczekuje bójki między panami. Jednak wrzawę przerywają słowa ,,Let the Bodies hit the floor” I wiadomo z czym się to wiąże. Publiczność buczy, a na rampie pojawia się Mike F'N Brutal, jednak jest w nim jedna rzecz która wszystkich dzisiaj dziwi. Mike nie ma przy sobie krzesła, nie ma żadnego kija do kendo. Wściekłym krokiem idzie w stronę ringu, do którego w końcu wszedł. Publiczność skanduje ,,You tapped out!" Po wyślizgnięciu się do ringu Mike z pogardą spogląda na Zacka i Riddle'a, po czym bierze mikrofon.
Mike F'N Brutal: Chryste... Naprawdę idzie się porzygać. To ma być otwarcie gali?! Dwóch chłopów stojących w ringu i pierdolących o swoich uczuciach niczym w podcaście dla porzuconych rozwodników po czterdziestce?! <Mike w tym miejscu wskazuje palcem na Kennetha> Ty. Jedno słowo. Gratulacje. Naprawdę, Kenneth. Wyszedłeś tutaj po jednej wygranej i już gadasz jakbyś wrócił, żeby zbawić ten biznes. Miałeś szczęście i tyle. Nie myśl sobie, że odkryłeś nowego siebie, czy też jakąś drugą młodość w sobie, nie, nie. Po prostu trafiłeś w moment w którym LPW spotkało najsłabszą wersję Extrememaniaca. I radzę ci się do tego nie przyzwyczajać, bo za drugim razem, w innych okolicznościach, w innym otoczeniu - skończysz inaczej. <Mike zdjął ułamek szacunku z twarzy, który skierował do Riddle'a i ze znudzeniem spogląda w stronę Zacka> A ty? Ty mnie nawet nie wkurwiasz połamańcu. Ty po prostu brzmisz jak każdy przemądrzały, techniczny pajac, którego ten biznes wypuszcza hurtowo od piętnastu, góra dwudziestu lat. ,,Technical wizard", jakiś pierdolony ,,Submission Specialist" jakich jest na pęczki - słyszałem to gówno tyle razy, że spokojnie mógłbym za was szczyle kończyć proma słowo w słowo i nawet bym się nie pomylił. Różnica między nami jest prosta, ty potrzebujesz kilku dźwigni i tanich chwytów, żebyś myślał, że ludzie uznają cię za jakiegoś geniusza. Ja potrzebuje pięciu sekund, aby takich jak ty złożyć niczym origami! <Mike w tym miejscu podchodzi bliżej Zacka> I uwierz mi - to jest dużo bardziej prawdziwe niż twoje fikołki i łamanie ludziom palców udając, że to jakaś sztuka wojenna i geniusza taktyczna. <Publika wyraźnie buczy po słowach Brutala, choć jest część chantów ,,ECW! ECW! ECW!", które próbują się nieśmiale przebić przez hałas. Brutal słysząc to lekko się uśmiechnął, jednak robi krok do tyłu po czym spogląda wokół z obrzydzeniem> Cały ten biznes zdechł, jeden gość wychodzi tutaj opowiedzieć swoją historię życia, jakże kurwa wzruszającą, drugi brzmi jak sfrustrowany nauczyciel jogi dla socjopatów, a wy klaszczecie jakby to było jakieś kino na miarę Spielberga?! To nie jest kino, to jest wrestling! A przynajmniej kiedyś te cztery kąty nim były. <Mike wyraźnie zaciska szczękę mówiąc dalej> Jakby tego było mało, teraz muszę tu wychodzić i słuchać zapewne kolejnego zamaskowanego ćpuna, który myśli, że mrok to osobowość. O nie, nie. Za długo już to trwa, koniec z tym! Elias Shadow! Ruszaj wreszcie to dupsko do ringu. W dupie mam twoją muzykę, w dupie mam tę ciemność na arenie i twoje cienie, wyłaź tu i dostań wpierdol jak mężczyzna, za którego podobno się masz! A wy możecie już się stąd wynosić, bo naprawdę zacznę mieć odruchy wymiotne.
Nagle z głośników rozbrzmiewa charakterystyczny bit utworu „Jebać Dorosłość” Doliego. Światła na arenie zmieniają się w mroczne, fuksjowe barwy. Na rampie pojawia się ELIAS SHADOW. Elias ignoruje napiętą atmosferę i niepewne spojrzenia przeciwników. Wygląda, jakby zupełnie nie miał zamiaru wejść do ringu. Zamiast tego okrąża ring jak łowca, czyhając na ofiarę. Niespiesznym krokiem podchodzi do stołu komentatorskiego, bierze z niego mikrofon i, kołysząc się na nogach, zaczyna śpiewać tudzież recytować kolejną piosenkę Doliego pt. „nie potrafię żyć tak jak inni" swym spokojnym, wręcz przećpanym, psychotycznym tonem.
ELIAS SHADOW
„Nie potrafię żyć tak jak inni
Nie potrafię żyć tak jak, tak jak inni
Nie potrafię żyć tak jak inni
Nie potrafię żyć tak jak, tak jak, tak jak inni
Zimny jak Ty
Nawiedzają sny pełne tragedii
Winny krzywdy, dziwny jak my
Ciągle spadamy, nie chcesz łapać mnie
Ale nie dziwię się
Z moim sercem uciekaj gdzieś, bo ja je zmarnuję
Jak najdalej, jak potrafisz, jak najdalej
Bym nie znalazł Cię
Jak najdalej, jak potrafisz, jak najdalej
Bym nie znalazł Cię"
Gdy przestaje śpiewać, nagle płynnym ruchem wślizguje się pod linami i siada okrakiem na narożniku, po czym zaczyna swą przemowę.
ELIAS SHADOW Spójrzcie na siebie... Słyszę te wasze małe, żałosne plotki za moimi plecami: „Co jest z nim nie tak?", „Czy kiedykolwiek jest czysty?", „Co on ćpa?". Chcecie rozmawiać o substancjach...? Chcecie wiedzieć, co mnie napędza...? Macie rację, mój umysł działa na zupełnie innych obrotach. Żyję w swoim własnym, pokręconym świecie, do którego wasz nudny realizm nie ma wstępu. Prawda jest taka, że Wy szukacie ucieczki w tanich iluzjach, a moim jedynym, najgorszym nałogiem... jest czysty, żywy ból. Wy potrzebujecie poukładanych, rutynowych rzeczy, żeby funkcjonować – ja potrzebuję destrukcji. Mój próg bólu jest tam, gdzie wasza odwaga nawet nie sięga. Naprawdę nie mam do Was problemu. Wszyscy mi zwisacie jak jaja przy kastracji. Jesteście dla mnie tylko kolejnym elementem tego psychodelicznego tripu, którym jest moja kariera. Jeśli Wy macie problem ze mną... jeśli myślicie, że ta maska i moja ekscentryczność to słabość... wejdźcie mi w drogę i sprawdźcie to na własnej skórze. Gwarantuję wam jedno: kiedy zgasną światła, wasz alarm na drzemkę będzie brzmiał: „Lights Out!". Witajcie w moim świecie!
Elias kieruje swój wzrok wprost na Mike'a F'N Brutala niczym wilk, który upatrzył sobie ofiarę.
ELIAS SHADOW Mike, chciałbym coś Tobie powiedzieć przed Naszą walką, lecz pozwól, że przełożę swą wypowiedź na Twój otępiały, zaściankowy język: „Ćwierćmózgu prosto z fabryki kutafonów, wsadź se tę swoją brutalność głęboko w dupę i jej nie wyjmuj, chyba że chcesz wreszcie pokazać tym idiotom z publiki, że jesteś dokładnie tym gnojarzem i gównojadem, którego skrywasz pod brutalnością. Najgorszą wiadomością dla takiej fujary jak Ty jest to, że Nasza walka odbędzie się na normalnych zasadach, a Ty jedyne, co będziesz mógł se zrobić ze swoimi krzesłami i twymi innymi duperelami, to jedynie lewatywy, po tym, jak skopię Tobie tyłek. Po Naszej walce będziesz srał fiutem, obesrańcu. Każdy, kto rozpozna Twoją wstrętną mordę na ulicy, będzie pytał „ARE YOU SIUR?" Wtedy właśnie wszyscy ujrzą, że tak naprawdę, poza posiadaniem ryja od ucha do ucha, jesteś jedynie cienką fają... jeszcze jedno, cepie, fajfusie, analfabeto, debilu i tłusta świnio: „Ciumkaj loczki, kutasie!"
Elias nagle ciska mikrofonem w Mike'a i wykonuje lekki, kpiący ukłon w stronę pozostałych rywali. Wbija się jeszcze mocniej w narożnik, siadając na nim jak drapieżnik i obracając w dłoni kastet. Zza jego długich włosów w odcieniu ciemnego blondu, błyszczą oczy – jest gotowy na to, by przyjąć każdy atak, jaki na niego przygotują.
Second Round of the LPW World Championship Tournament
Singles Match:
Mike F'N Brutal vs
Elias Shadow
![[Obrazek: 1122b77dc95cd.png]](https://zapodaj.net/images/1122b77dc95cd.png)
Przenosimy się do ringu, gdzie Elias Shadow opiera się o liny, ciężko oddychając. Mike F’N Brutal stoi kilka kroków dalej, trzymając się za kark po wcześniejszym zderzeniu z narożnikiem. Obaj mają bilans 0-1, więc przegrany kończy swoją przygodę z turniejem. Napięcie rośnie, a Young Viper nagle wskazuje palcem na Brutala, po czym wykonuje w powietrzu ironiczny gest odklepywania. Zaraz po tym łapie się za rękę, jasno przypominając mu porażkę z Kennethem Riddlem. South Philly Scumbag momentalnie zaciska pięści, a publiczność zaczyna reagować coraz głośniej. Brutal rusza jak wściekły, ale Lone Wolf robi unik pod jego ramieniem i odpowiada serią szybkich kopnięć. Mike próbuje złapać go za głowę, jednak Shadow odbija się od lin i trafia Springboard Dropkickiem! Weteran z Filadelfii cofa się do narożnika, a Elias natychmiast bierze rozpęd. Basketball Dropkick! Trafiony zatopiony! The Concrete Saint wypada z narożnika na matę, a Beta Wolf przechodzi do pinu. 1... 2... kickout! Elias od razu podnosi rywala i jeszcze raz teatralnie trzyma się za bark, prowokując go wspomnieniem poprzedniej porażki. Mike odpowiada potężnym ciosem w korpus, ale Young Viper kopie go w nogę, odbija się od lin i próbuje Enzuigiri. Jednak nie! Brutal uchyla się, łapie go przy podnoszeniu i wbija w matę przez Factory Reset! Pin! 1... 2... nie! Shadow odrywa bark od maty! The Concrete Saint nie odpuszcza. Podnosi Eliasa, posyła go Irish Whipem do narożnika i rusza za nim. Concrete Check! Corner Clothesline trafia idealnie, a po chwili Mike dokłada Running Bulldog. Mamy pin! 1... 2... kickout! Elias nadal zostaje w walce, choć coraz wolniej wraca do pionu. Brutal łapie go za włosy i próbuje ustawić pod Dead Static, ale Lone Wolf wyrywa się, przechodzi za plecy rywala i trafia Fly-Off My Knees! Mike pada na matę, a Shadow natychmiast przypina. 1... 2... nie! W ostatniej chwili! Elias łapie się za głowę, ale widzi, że Brutal jest naruszony. Mroczny high-flyer wstaje, cofa się do narożnika i ponownie pokazuje gest odklepywania w powietrzu, tym razem z jeszcze większą kpiną. King of Extreme podnosi się na kolana, wściekły i zamroczony. Shadow rusza po Ascent to Lobotomy! Jednak nie! Brutal w ostatniej chwili odsuwa głowę, a Elias przelatuje obok. Young Viper odwraca się błyskawicznie i próbuje Lights Out!, ale South Philly Scumbag schyla się pod kopnięciem. Shadow ląduje na nogach, lecz nie zdoła już uciec. Dead Static! Elias obraca się po potężnym uderzeniu i pada na kolana. Brutal przez chwilę patrzy na niego z furią, jakby cała prowokacja właśnie przelała czarę goryczy. Nie przypina. Podnosi rywala, mamy Hardcore City! Beta Wolf uderza o matę, ale Mike natychmiast ciągnie go z powrotem do pionu. To już nie jest tylko walka o przetrwanie w turnieju. To kara za wyciągnięcie na światło dzienne jego porażki z Riddlem. Elias ostatkiem sił próbuje desperackiego kopnięcia, ale Violence Bastard blokuje je, wciska głowę rywala pod pachę i ustawia go w centrum ringu. This is Gonna Hurt! Shadow zostaje wbity w matę i nieruchomieje. Mike przykrywa go całym ciężarem, patrząc wściekle w stronę publiczności. Sędzia dopada do maty. 1... 2... 3! Mike F’N Brutal wygrywa po brutalnej końcówce, zostaje w turnieju, a Elias Shadow właśnie się z nim żegna.
Earlier This Week
Kamera przenosi nas nad jeziorko. W gęstej trawie można zauważyć sylwetki dwóch mężczyzn łowiących ryby. Jeden z nich siedzi na typowym krzesełku rybackim, na głowie ma beżową czapkę typu bucket, ubrany jest w oliwkowy podkoszulek z widocznymi plamami potu pod pachami, narzuconą ma również kamizelkę również w kolorze beżowym. Na nogach ma skarpetki oraz sandały. Drugi mężczyzna, który siedzi na opróżnionej skrzynce piwa ubrany jest w wielką, zimową kurtkę, a na nogach ma dwa gumowce jeden oliwkowy, drugi czarny.
Zbyszek: Mówię Ci Zygmunt z klientem to jak z rybką. Najpierw musisz zanęcić. Najlepiej to dać się klientowi wygadać. Przychodzisz do takiego i najsampierw chwalisz na przykład samochód. Pytasz ile pali czy olej bierze. Taki klient czuje się doceniony i od razu mięknie. Kurwa Zygmunt słuchasz mnie czy ja tu sam do tych karasi nawijam?!
Zygmunt zaczął się śmiać, kompletnie nie wiedząc, o czym właśnie gadał do niego kolega. Sięgnął po Harnasia, otworzył go zębami i pociągnął solidnego łyka. Przez chwilę patrzył gdzieś w jezioro, marszcząc brwi tak, jakby nad czymś bardzo głęboko myślał.
Zygmunt: Ale ty… ty dobrze gadasz, Zbychu. Klient jak ryba. Człowiek też trochę ryba. Siedzi se… gęba zamknięta… patrzy głupio i nagle bach! Łapie haczyk.
Zygmunt wskazał palcem na wodę, choć bardziej wyglądało to tak, jakby tracił równowagę.
Zygmunt: Mnie też kiedyś zanęcili. Powiedzieli: „Zygmunt, chodź na jedno”... a dalej.. a dalej to już nie pamiętam…
Spojrzał w dół, parsknął śmiechem, po czym poprawił się na skrzynce, która zatrzeszczała niebezpiecznie.
Zygmunt: Ale powiem ci coś jeszcze… ryby to są mądre. Nie gadają głupot. Nie pożyczają pieniędzy. Nie mówią „oddam jutro”. Człowiek to najgorsza ryba.
Nagle zmrużył oczy i spojrzał podejrzliwie na spławik.
Zygmunt: Zbychu… ta ryba mnie obserwuje czy ja jestem pijany? Wydaje mi się… ty, a może ją złapiemy i damy jej się napić? Widzę to w jej oczach…
Zygmunt sam nie wiedział co mówi. Prawda jest taka, że ryby to on tam nawet nie widział, tylko spławik, ale wydawało mu się, że to tak wygląda ryba. Spojrzał wtedy na Zbyszka z zaciekawieniem, czy on też ją widzi. Uszczelkę zatkało, a po chwili wrócił do tematu o którym rozprawiał wcześniej
Zbyszek: Zygmunt.. czasami to się zastanawiam jakim geniuszem musisz być, że wpadłeś w takie odmęty szaleństwa. Wracając do pięknej sztuki wędkowania. Jak taka rybka już złapie ten haczyk to ciąg ją bracie z całych sił, ale zanim to nastąpi minie wiele czasu czyli jaka jest najważniejsza lekcja?
Zbyszek czeka na odpowiedź kompana, ale ten wydaje się jakby przysnął z otwartymi oczami
Zbyszek: Cierpliwość. Tak i na rybach jak i w ringu Zygmuś. Daj się rywalowi zmęczyć, niech zabłyszczy, a potem walisz takiego oponenta w najmniej spodziewanym momencie. Ja to już w życiu przerabiałem, norma. Pamiętam, robiliśmy kiedyś z chłopakami hydraulikę w takim nowym pensjonacie pod Augustowem. Szefas, taki warszawski cwaniaczek w gajerku, po skończonej robocie zaczął kręcić nosem. Że drogo, że poprawki, że on faktury nie zapłaci, bo mu się kolanko nie podoba. Chłopaki od razu chcieli mu maskę obić, ale ja mówię: „Spokojnie, cierpliwości”. Spakowaliśmy narzędzia, grzecznie podziękowaliśmy i pojechaliśmy. Ale muszę Ci powiedzieć jedno. Uszczelka nigdy nie odpuszcza, Zygmunt. Ja po prostu wiedziałem, co tam po sobie zostawiłem. Minęły dokładnie cztery dni, weekend, pełen pensjonat gości, a w głównym pionie puszcza takie jedno ukryte uszczelnienie, które celowo dokręciłem na słowo honoru. Jak to wszystko runęło, jak tam się, kurna, szambo na recepcji rozlało... Chłop dzwonił do mnie o drugiej w nocy, płakał do słuchawki, błagał na kolanach, żeby przyjechać. I co? Przyjechaliśmy na gotowe. Zapłacił podwójnie, jeszcze nas po rękach całował i catering z restauracji stawiał. Cierpliwość. Czekasz na ten jeden moment, aż sami przyjdą z otwartą gębą.
Zygmunt siedzi z otwartymi ustami, zapatrzony w przestrzeń, jakby wciąż próbował zwizualizować sobie zalany szambem hotel. Nagle, bez żadnego ostrzeżenia, krzywy badyl Zygmunta gwałtownie wygina się w pałąk, a spławik z impetem znika pod wodą. Zygmunt zrywa się na równe nogi, wywracając skrzynkę po piwie, i po chamsku, z całej siły szarpie kijem do tyłu. Z wody z wielkim pluskiem wylatuje gigantyczny, tłusty karp i ląduje prosto w gęstej trawie. Zbyszek zszokowany podbiega bliżej, mruży oczy, pochyla się nad rybą i nagle zamiera w bezruchu.
Zbyszek: Ty... Zygmunt... ty na hak nabiłeś kawałek śląskiej kiełbasy?!
Zygmunt chwiał się jeszcze chwilę po tym, jak wyłowił wielkiego karpa. Dobre 10 sekund łapał równowagę, ale od razu po tym zaczął się śmiać pod nosem, jednocześnie sięgając po kolejne piwsko - no bo trza to jakoś uczcić.
Zygmunt: Wiesz co, Zbychu...? Ty to chyba jednak mądry chłop jesteś. Z tą cierpliwością... coś w tym jest. Ja to kiedyś też cierpliwy byłem. Raz żem czekał trzy dni pod monopolowym.
Zbyszek spojrzał na niego kątem oka, już chyba żałując, że zapytał.
Zygmunt: Bo kierownik miał mi oddać dwa złote! DWA! To nie są małe pieniądze, Zbychu. Za to to kiedyś pół chleba i szczęście człowiek miał. I… oddał. Po trzech dniach oddał! Także cierpliwość działa. Ty z fakturą, ja z monopolowym… biznes.
Nagle spojrzał na wielkiego karpia, który jeszcze lekko się ruszał w trawie, sam lekko zdziwiony że wyłowił takie monstrum.
Zygmunt: Ale powiem ci coś jeszcze... ta kiełbasa to był plan. Ryba patrzy i myśli: „o kurde, śląska”. Tak właśnie myślałem, że skubana głodna była… i dobrze żem myślał!
Uniósł wtedy butelkę w górę i dopił piwo, a pozostałości, czyli flaszkę wrzucił ponownie do skrzynki, ledwo trafiając. Zbyszek z niedowierzaniem spogląda to na rybę to na kompana. W końcu z oburzeniem w głosie komentuje.
Zbyszek: To ja się produkuje o strategii, o planowaniu, historie ze swojego życia opowiadam, a ty co?! Nabijasz na haczyk kawał padliny, szarpiesz jak sprężyną w klozecie i wyciągasz taką sztukę? Przecież to jest profanacja sztuki wędkarskiej, Zygmunt! Gdzie szacunek do ryby?! Śląską?! To może jeszcze musztardę trzeba było do tej wody wrzucić, co?!
Zygmunt tylko pomrukuje coś pod nosem niezrozumiale, prawdopodobnie znowu odciął się do innego świata. Uszczelka jednak się opanowuje i kontynuuje.
Zbyszek: Ale jedno muszę Ci przyznać Zygmuś. Czy zwykłe szczęście początkującego, czy ty to wszystko zaplanowałeś ważne, że jesteś skuteczny. I wiesz co? O to właśnie chodzi w tym całym biznesie. Liczy się efekt, a nie to, czy ryba dostała menu z restauracji, czy kawał padliny z Biedronki. Rywal w ringu też ma paść i koniec. Może i jest w tym metoda, moja strategia, twój spryt i nikt nie stanie nam na przeszkodzie.
Zbyszek wstaje z krzesła i klepie swojego kompana po ramieniu, a ten spada ze skrzynki i stacza się do jeziora. Fachowiec leci za nim i stara się go wyciągnąć, a kamera powoli gaśnie.
Second Round of the LPW World Championship Tournament
Singles Match:
Derek Hallowayl vs
Zygmunt Butla
![[Obrazek: c68a4166def02.png]](https://zapodaj.net/images/c68a4166def02.png)
Przenosimy się do ringu, gdzie Derek Holloway trzyma Zygmunta Butlę w narożniku i wciska mu bark w żebra. The Truth Seeker wygląda na przekonanego, że rozpracował już cały układ tego pojedynku, a The King of Empty Bottles tylko potwierdza jego teorię, ledwo trzymając się na nogach. The Red Pill One odciąga rywala od lin i natychmiast wykonuje Gutwrench Suplex! Butla ląduje ciężko na macie, a Derek przechodzi do pinu. 1... 2... kickout! Przy ringu Zbyszek Uszczelka aż łapie się za głowę i krzyczy coś do Zygmunta, pokazując mu dłonią, żeby „wstał do roboty”. Holloway zerka w jego stronę i zaczyna wskazywać palcem na publiczność, potem na sędziego, jakby tłumaczył wszystkim, że nawet obecność Majstra przy ringu nie jest przypadkiem. Ta chwila wystarcza Butli, który powoli podnosi się na kolano i trafia Dereka brudnym ciosem w brzuch. The Baroom Warlord dorzuca kolejny cios, potem Low Kick, a na koniec Clothesline, po którym spiskowiec z Denver cofa się do lin. Zygmunt próbuje złapać rytm. Nie wygląda to pięknie, ale działa. Bydgoszcz City! Pierwszy rzut! Butla nie puszcza! Drugi rzut! Przy trzecim sam prawie traci równowagę, a Uszczelka przy ringu aż wyciąga ręce, jakby chciał asekurować źle zamontowaną półkę. Trzeci rzut dochodzi do skutku! The Drunk and Dangerous pada na rywala i mamy pin! 1... 2... nie! The Awakened odrywa bark od maty! Butla siedzi na macie i przez moment pokazuje sędziemu dwa palce, jakby był pewien, że to wystarczyło. Derek podnosi się pierwszy, wbija się w rywala Big Bootem, po czym podnosi go i mamy STO! Pin! 1... 2... kickout! Holloway nie dowierza. Wstaje, rozkłada ręce i zaczyna mówić coś o tym, że sędzia liczy za wolno, bo „system nie chce prawdy”. Publiczność reaguje gwizdami, a Uszczelka przy ringu tylko kiwa głową, jakby właśnie słuchał klienta tłumaczącego, że rura sama pękła. The Enlightened podnosi Butlę i szykuje Corner Powerbomb, ale Zygmunt zaczyna się szarpać. Udaje mu się zsunąć za plecy rywala, a gdy Derek odwraca się w jego stronę, inkasuje Butelkowy Łokieć! Trafiony zatopiony! Holloway chwieje się, ale nie pada. Butla bierze krótki, krzywy rozpęd i próbuje drugiego Butelkowego Łokcia, jednak The Truth Seeker blokuje go i odpowiada Belly-to-belly Overhead Suplex! Pin! 1... 2... nie! Zygmunt jeszcze zostaje w walce! Derek ma dość. Podnosi rywala wysoko i szykuje Awakeing. Jednak nie! Butla zsuwa się za plecy, odpycha go na liny i gdy Holloway wraca, trafia kolejnym Butelkowym Łokciem! Tym razem The Red Pill One pada na kolano. Uszczelka przy ringu zaczyna uderzać dłonią w apron, nakręcając Zygmunta. The Last Sip chwieje się, łapie równowagę i dokłada Mocną Głowę! Ostatnia Butelka trafia idealnie! Derek pada na matę, a Butla niemal przewraca się razem z nim, ale w ostatniej chwili opada na jego klatkę piersiową. Sędzia dopada do maty. 1... 2... 3! Zygmunt Butla wygrywa po pinie, a Zbyszek Uszczelka przy ringu świętuje tak, jakby właśnie udało mu się naprawić przeciek bez wymiany całej instalacji.
Spodziewajcie się niespodziewanego - wielkie rzeczy nadciągają do LPW
FATE! Jeśli ten theme song uderza, to wszyscy wiedzą, co ich czeka... Jose Lopez! Zawodnik pojawia się na apronie. Witany jest mieszaną reakcją, z lekką dominacją buczenia. Sporo fanów nadal jeszcze nie jest w stanie być przeciwko Hiszpanowi. Lopezzo ubrany jest tak jak ostatnio w skórzaną kurtkę, proste dżinsy i buty w stylu Martensów. Anti heroe przygląda się reakcji publiki i zmierza w stronę kwadratowego pierścienia. Przed wejściem do niego podchodzi w kierunku komentatorów i zabiera mikrofon oraz krzesło i udaje się do ringu. W nim El Hermoso rozstawia swój ''tron''. Siada nonszalancko na nim, przystawia do ust oręż, który pozwala mu walczyć słowami i czas na przemowę.
Jose Lopez: Przybyłem tu, by wyjaśnić parę spraw i doedukować was oraz... federację. Zacznijmy od tego, że to, na czym siedzę, to jest... krzesło. *Jose klepie w nie* Zgadza się. Wiecie, co można zrobić z nim sensownego? Na przykład na nim usiąść... Wiecie, czego nie powinno się robić? Tłuc nim w kamerę jak skończony debil, którym zresztą Mike Brutal jest. *Lopez szyderczo się uśmiecha* Chociaż... jest szansa, że ja się mylę! Może to jednak był... poradnik? Poradnik skierowany do innych uczestników turnieju typu Elias Shadow, Zack Sabre jr. czy też Miguel Escobar, który miał im pokazać, jaką czynność podjąć, by nie zrobić z siebie kretyna na wizji. *szyderczy śmiech* Jakby rozwalili kamery tuż przed swoimi pierwszymi wypowiedzianymi słowami, to bym im pomogło. A tak to mieliśmy dużo ujadania z ich strony, by potem mieć gorszy bilans niż hydraulik...*prychnięcie* Skoro o naszych federacyjnych ''igrzyskach'' mowa, to mam pomysł dla zarządu LPW. Gdy przeglądałem sobie pojedynki i zobaczyłem, jak niejaki Mateusz MW wciera sobie oliwkę w głowę, to poczułem natchnienie... zrozumiałem, że mam niesamowity łeb do interesów. Stwórzmy ten produkt marki Legion Pro Wrestling! Dochody mogą być z tego niesamowite, w końcu jest spory popyt na to u waszych obrzydliwych, Amerykańskich elit, które lubowały się w chorych imprezach u pewnego producenta muzycznego... *fani zaczynają skandować ''Fuck P Diddy''* Strata czasu, nie próbujcie mi się przypodobać, jesteście śliscy, jakbyście sami wysmarowali się tą oliwką... *heat* Może wróćmy do przyjemniejszego tematu.. czyli wyśmiewania zawodników, którzy biorą udział w turnieju. Nie mam aktualnie nic ciekawszego do roboty, więc zaczerpnę pomysł od programu ''Pobite Gary'' i stworzę swój odpowiednik ''Zakute łby''! Chociaż... to nie jest tak, że uważam wszystkich za niezbyt bystrych słabeuszy. Jest tam kilka sensowniejszych zawodników, prawda? Na przykład... Kenneth Riddle? *cheer* Albo Axel Bla...
WYBRZMIEWA TEN THEME SONG! NIESAMOWITE! TO SIĘ NIE DZIEJE! Nie jesteśmy tego godni, ale Lopezowi przerywa sam... Jean-Pierre Dolnick! Fani szaleją, cholera, co za cheer! Grubas z Konga pojawia się na rampie ubrany w TEN SPOSÓB. Kongijczyk jest witany taką reakcją, że chyba sam się tego nie spodziewał. W ręku ma mikrofon i jego mina jest skwaszona. Filmowa gwiazda mówi ''kurwa, nie miałem mieć znowu tej piosenki, wychujali mnie, dostaną pozew''. Niestety aktualnie nie może on nic z tym zrobić, więc idzie w stronę kwadratowego pierścienia, przybijając masę piąteczek. Prawie taką masę, jaką on ma sam. Czarnoskóry zawodnik już powoli zaczyna męczyć się tak długą drogą, będąc już przed docelowym miejscem, zabiera głos.
Jean-Pierre Dolnick: Wyłączyć muzykę, wyłączyć to gówno! *muzyka zostaje wyłączona* O, serio działa, zawsze chciałem to powiedzieć. *Gruby cieszy michę, a fani go mocno cheerują* Lopez, ty chu..*Grubas przełyka ślinę* Ty chu..dszy jakiś jesteś, weź się chłopie za siebie...
Jose Lopez: Niesamowite, jeszcze ciebie tutaj brakowało, ale wiesz co? Zapraszam. *Lopez wstaje z krzesła i wskazuje na nie Dolnickowi* Śmiało, usiądź sobie, widzę, jak bardzo zmęczyła cię ta droga tutaj. *Lopez parsknął śmiechem* Chodź, chodź, nie zrobię ci nic, masz moje słowo...
Jean-Pierre Dolnick: No-no jasne, że nic mi nie zrobisz, bo byś nie dał rady nawet! Nikt by nie dał. Co ty sobie myślisz, że się bałem? Pfff..
Grubas powoli wchodzi do ringu, trochę to trwa, gdy jest już w nim, spogląda na wolne krzesło, a potem na opartego o liny Jose.
Jean-Pierre Dolnick: Masz mnie za głąba? Już to przerabiałem. *grubas kręci głową* To jest specjalnie poluzowane krzesło, że jak usiąde na nim, to ono się rozwali i będziesz chciał zrobić ze mnie grubasa. Taki chuj! *cheer* Postoję sobie tutaj. A TY mnie posłuchasz... kutafonie! *cheer* Przychodzisz sobie do nowej federacji, ubliżasz wszystkim, ubliżasz fanom, MOIM fanom. *cheer* Oni tutaj wszyscy są dla mnie, więc nie pozwolę im słuchać twojego bełkotu! *cheer* Może kiedyś coś tam potrafiłeś, może kiedyś mnie nawet pobiłeś, ale teraz... jesteś już za stary Jose. O wiele za stary. Młodzi jak ja przejmują ten biznes... Czas płynie w przód czy tam do przodu, to akurat jeden chuj, ale.. ile ty masz właściwie lat? *Lopez mówi mu, że 37, a Gruby zaczyna liczyć na palcach* 37..mówisz.. a to ja też mam chyba tyle lat, to w dupie z tym akurat. Spieprzyłeś mi wszystko tym swoim wiekiem, miałem przygotowaną ripostę! *Lopezzo patrzy na niego z politowaniem, a fani się śmieją* Powiem ci coś, masz szczęście, że JA akurat nie występuję w turnieju, bo byś taki oklep dostał ode mnie. Naprawdę ciesz się fiucie, że nie trafisz tam na mnie.. *Jose mówi mu, że przecież jego też nie ma w tym turnieju* aha... no przecież wiedziałem o tym i sprawdzałem czujność, Pewnie się OBSRAŁEŚ, że ja tam będę i dlatego cię nie ma. No tak. Oczywiste. *Big Jean bardzo cieszy się z tego tekstu, a fani, śmiejąc się, cheerują go* Muszę ci przyznać, że wiele lat temu mnie ostro rozjuszyłeś, ale.. mogę być większą personą.. nie mylić z byciem grubym! Sprawdzałem definicję tego w internecie. Po prostu pokażę gest i jak mnie tu ładnie przeprosisz i fanów, to nie będę cię wyzywać w social mediach więcej.
Jose Lopez: Doprawdy, jesteś niesamowity Jean. I to bardzo. *Grubas ma zaciesz na twarzy* Rozumiem, dlaczego oni tak mocno cię kochają... Robią to, bo jesteś naprawdę jedną z nielicznych osób, która jest w stanie dokonać cudu.. *Dolnick jeszcze bardziej się cieszy* Cudu w postaci bycia jeszcze większym debilem niż CAŁA ta publiczność razem wzięta, a wierz mi... wśród nich jest tam pełno mężczyzn, którzy potrafią pisać na Facebooku zbereźne rzeczy wprost do reklam stworzonych poprzez sztuczną inteligencję. *heat, a Jean jest lekko naburmuszony* Są tam także kobiety, które przeglądają sobie filmiki i gdy widzą smutne zwierzątka robione również przez AI, to mają łzy w oczach i robią łańcuszki serduszek. *heat* Jest tam też dzieciarnia, która nadal tworzy ''edity'' ze mną w roli głównej i nie może pogodzić się z tym, że ja nie zapominam. GARDZĘ każdą taką osobą. *jeszcze większy heat* I TY, dokładnie TY Dolnick jesteś w stanie ich przebić, dzięki czemu dostarczasz im rozrywkę, a co nie zabija tak świetnie czasu, jak oglądanie kogoś głupszego od siebie? A że tak jak wspomniałem, jesteś być może jedyną osobą, która jest bardziej tępa niż oni, to zostałeś ich nową zabawką. *heat, a Dolnick jest już rozjuszony konkretnie* Nie.. ty nie jesteś tylko zwykłą zabawką. Ty jesteś czymś lepszym, jesteś prawdziwą REPLIKĄ... Jabby ze Star Wars, oddającą idealnie rozmiary. *heat, a Jean-Pierre odpowiada, że on jest tylko lekko puszysty.* Nie mam ochoty na dalsze użeranie się z tobą, poświęciłem ci i tak więcej czasu niż powinienem. Tak jak obiecałem, nic ci teraz nie zrobię, ale jak dalej będziesz wchodził mi w drogę... *Lopezzo przybliża się do grubasa* to pchnę twoją karierę filmową do przodu i następną rolą, w jakiej zagrasz... będą ''Nietykalni 2'', ale to nie ty będziesz tym pchającym wózek i to będzie twój PRAWDZIWY stan zdrowia.
Anti Heroe rzuca mikrofon i wychodzi z ringu. Wybrzmiewa jego theme song. Grubas jest mega wkurwiony, ale wie, że nie bardzo może zrobić z tym cokolwiek. Pod nosem jedynie mówi: ''głupi chuj''. Fani buczą na zmierzającego na rampę Hiszpana i zaczynają chantować ''Fuck you Lopez!'' Publika jest tak głośna, że prawie zagłusza jego muzykę. Chico Malo totalnie nic sobie z tego nie robi i opuszcza arenę. Ujęcie kamery wskazuje nam jeszcze smutnego Jean-Pierre'a, ale jego fani zaczynają skandować ''Dooolnick, Doooolnick''. Obraz w końcu znika.
Żartowałem musiałem zrobić przerywnik
Światła na arenie zaczynają lekko przygasać, po czym zaczyna unosić się lekki dym. Na titantronie ukazują się tymczasem rozsypane litery, które składają się z czasem w dwa wyrazy - Normal Guy. Rozbrzmiewać zaczyna 'Over and Under', co oznacza pojawienie się pierwszego z uczestników zbliżającego się pojedynku. Derrick Mantel pojawia się na arenie przy mocno mieszanych reakcjach publiczności, ubrany w swój strój ringowy. Jego twarz nie wykazuje większych emocji. Jego wzrok skierowany jest wyłącznie na jeden punkt, jakim jest ring. Rusza on w stronę ringu, nie reagując na wszelkie okrzyki ani na cokolwiek innego z otoczenia. Z upływem czasu znajduje się już w obrębie kwadratowego pierścienia i rusza on w stronę obsługi, aby odebrać mikrofon, z którym po kilkunastu sekundach pojawia się w ringu.
Derrick Mantel: Wiele pytań bez odpowiedzi przewijało się przez moją głowę. Wszystko spowodowane tym, co miało miejsce na poprzednim Colosseum. Nie zamierzam mimo wszystko bawić się w deklaracje, że dzisiaj odbiję się po jednym potknięciu. To nie jest część mnie. W przeciwieństwie do wielu osób potrafię przyznać się do popełnionych błędów i potrafię wyciągać z nich należyte wnioski. Rob wykonał swoje zadanie jak należy i tego mu nie zamierzam odbierać. Nie zmienia to faktów, że moja przygoda z turniejem nie dobiegła końca. Nie zamierzam wypowiadać słów, które potem nijak mają się z prawdą, zamiast pustych zapowiedzi, w tym ringu przemówią moje umiejętności. Dla mnie to nie jest przelotna przygoda, którą mogę zakończyć jako przegrany. Moją motywacją, aby postawić stopę, w tym ringu, było stawania się coraz lepszym w tym, co robię. Za chwilę otrzymam ku temu odpowiednią okazję, walcząc z człowiekiem, który może mówić wiele - wszystko to jednak nie ma pokrycia z rzeczywistością. Nie będę nikogo specjalnie oszukiwać. Przyglądałem się każdemu z osobna i nie mam nic dobrego do powiedzenia na temat Mateusza. Cała jego kreacja, cała jego marna otoczka. Nie widzę w tym niczego, co może na mnie zrobić wrażenia. Podobnie jest z jego umiejętnościami i cokolwiek będzie chciał zrobić - zrobię to lepiej. Nie dlatego, że zamierzam wygram. Zrobię to dlatego, że „Normal Guy” ma dość bycia tłem i zamierza stać się tym, do czego jest stworzony.
MateuszMW wyłania się zza kurtyny. Nie spieszy się. Na twarzy ma wymalowany jadowity, niesamowicie arogancki uśmiech, w pełni celebrując status przyszłej gwiazdy federacji. W dłoniach trzyma charakterystyczną buteleczkę z oliwką dla dzieci – ostentacyjnie, niespiesznie wylewa jej zawartość na dłonie, po czym powolnymi ruchami wciera płyn w ramiona i klatkę piersiową, sprawiając, że jego skóra błyszczy w świetle jupiterów. Rzuca pustą butelkę na rampę, bierze mikrofon od obsługi i pewnym krokiem wchodzi po schodkach do ringu. Przekracza liny, ignorując Derricka, robi rundkę wokół własnej osi, po czym staje z nim twarzą w twarz, bezczelnie żując gumę. *parska głośnym śmiechem prosto w mikrofon, kręcąc głową z niedowierzaniem* O rany, rany... Słyszeliście to? Zamknijcie na chwilę oczy i posłuchajcie tego jebanego dramatu. „Wiele pytań bez odpowiedzi przewijało się przez moją głowę”... (przedrzeźnia głos Derricka, udający płacz). Derrick, błagam cię, przestań! Bo jak tak dalej pójdzie, to publiczność w Chicago zaraz tu uśnie, zanim w ogóle zdążysz ściągnąć tę swoją koszulkę! „Normal Guy”? No i to się zgadza, stary. Jesteś tak cholernie normalny, tak potwornie nudny i bezpłciowy, że twój własny titantron musiał rozsypać litery, żeby ktokolwiek na trybunach w ogóle zauważył, że idziesz do ringu! Wyszedłeś tutaj, wyrecytowałeś z pamięci ładne wypracowanie o wyciąganiu wniosków, o tym, jak to „przemówią twoje umiejętności”... I co? Myślisz, że to robi na kimś wrażenie? Że te twoje mądre gierki słowne, które tak pięknie klepałeś na zapleczu z foliarzami, cokolwiek znaczą w tym kwadratowym pierścieniu?
Mówisz, że przyglądałeś się każdemu z osobna i nie masz nic dobrego do powiedzenia na mój temat. Mówisz, że moja kreacja i marna otoczka to za mało? Może i jestem ulicznym patusem, może i dla takich jak ty pachnę tanim rynsztokiem i litrem oliwki, ale w przeciwieństwie do ciebie – ja w ringu niosę ze sobą czyste, żywe emocje i destrukcję. Kiedy ty analizujesz wykresy i płaczesz po kątach, że Twój poprzedni rywal zrobił z tobą to, do czego został stworzony, ja trawię swoją porażkę z Cavazosem i zamieniam ją w czystą, jebaną furię.
MateuszMW unosi rękę, przejeżdża naoliwionym palcem po policzku Derricka, po czym ostentacyjnie wyciera go o własne spodenki.
Derrick Mantel: To wszystko, co miałeś do powiedzenia? <spogląda zirytowany na MateuszaMW> Właśnie dlatego nie będziesz nikim więcej niż krzykliwym idiotą z litrem oliwki na ryju. <śmieje się prosto w twarz Mateusza, a publiczność reaguje głośnym ‘WHAT’> Wiesz, co nas różni? Ty żyjesz ze świadomością, że wrestling polega na byciu jak największym kretynem drącym ryja i zachowującym się jak psychopata, który zapomniał wziąć lekarstw. Mnie to nie jest potrzebne. Nie potrzebuje krzyku, aby mój przekaz był dla wszystkich widoczny. Starasz się kreować na kogoś groźnego wspominając o żywych emocjach, destrukcji czy furii, a brzmi to jak gadka co drugiej osoby zaczynającej swoją przygodę. I jedyną rzeczą w tym ringu jest twoja marna gadka, która jest do bólu… przewidywalna. Wychodzisz do tego ringu, krzyczysz jak pojeb, licząc na chuj wie co a końcowo robisz za szmatę dla swoich rywali. Przypomnij mi… Jak zakończyła się twoja walka z Cavazosem? Wygrałeś ją? Oczywiście, że kurwa nie. <wypowiedziane podniesionym głosem> Zgrywasz się, udajesz nie wiadomo kogoś. Jednak gdy przychodzi weryfikacja, robisz jedynie za tło dla swoich rywali. Czemu mówię o nich w liczbie mnogiej? Widzisz... naszej walki też nie wygrasz. Podobnie może być z każdą kolejną, jeśli twoje podejście nie ulegnie zmianie. Próbujesz ze mnie robić nudziarza i kogoś bez emocji, ale nie muszę się zachowywać jak jakiś upośledzeniec szukający w desperacji, choćby grama uwagi. By wygrywać, by niszczyć ludzi... nie potrzebuję krzyku ani zbędnego chaosu. Jak wspomniałeś - lubię analizować. Zatem wygrywać mogę metodycznie, wykorzystując wszelkie potencjalne słabe strony swoich rywali. Wiesz co nas jeszcze różni. Ty chcesz, by o tobie było głośno, chcesz być zapamiętany. Ja za to chcę wygrywać, chcę wspinać się coraz wyżej niczym po drabinie. Dlatego po naszej walce będziesz niczym innym jak zwykłym przegrywem z mocną gadką, ale zerowym pokryciem w ringu. I pamiętaj o jednym... krzyk da się zagłuszyć i stanie się tak, gdy będziesz leżał nieprzytomny na macie po kolejnej, przegranej walce.
MateuszMW słucha potoku słów Mantela z kamienną twarzą, ani na sekundę nie mrugając okiem. Gdy tłum skanduje kolejne „WHAT!”, on jedynie powoli, z kpiarską satysfakcją, żuje swoją gumę, jakby przemówienie rywala było dla niego co najwyżej nudną reklamą w telewizji. Dopiero na wspomnienie o Cavazosie i „robieniu za szmatę”, na jego ustach wykwita drapieżny, psychopatyczny uśmiech. Mateusz powoli zbliża mikrofon do ust, ale nie krzyczy. Odpowiada cichym głosem.
MateuszMW: Metodyczny nudziarz się zdenerwował... No, no, no. Słyszę, że panu „Normalnemu” w końcu skoczyło ciśnienie. I bardzo dobrze, kurwa, przynajmniej wiem, że pod tą bezpłciową skorupą płynie jakakolwiek krew. Pytasz, jak skończyła się moja walka z Cavazosem? Tak, przegrałem. Dostałem po mordzie i zostałem odliczony. Różnica między mną a tobą polega jednak na tym, że po tamtej nocy całe Chicago mówiło o patolu Mateuszu, który bił się do utraty tchu, a o twojej walce z RVD ludzie zapomnieli w momencie, w którym zgasły światła na arenie! Wolę być krzykliwym idiotą, wolę być psychopatą bez leków i zbierać nienawiść tej publiki, niż być tobą – jebanym, przezroczystym duchem, na którego widok ludzie idą po popcorn! Mówisz, że analizujesz? Że wygrywasz metodycznie? To analizuj to, profesorze: w ringu nie ma algorytmów, nie ma pierdolonych tabelek w Excelu, ani drabin, po których wdrapiesz się swoimi mądrymi słówkami. W ringu liczy się to, kto potrafi znieść większy ból. Chcesz mnie uśpić na tej macie? Chcesz zagłuszyć mój krzyk? To spróbuj, kurwa! Ty chcesz wygrywać, a ja? Ja chcę czuć, jak pękają twoje kości, kiedy będę cię niszczył sekunda po sekundzie.
Po tych słowach MateuszMW upuszcza mikrofon.
Second Round of the LPW World Championship Tournament
Singles Match:
Derrick Mantel vs
Mateusz MW
![[Obrazek: 270628bd1f650.png]](https://zapodaj.net/images/270628bd1f650.png)
Kamera przenosi nas teraz do ringu, gdzie Derrick Mantel dominuje na środku kwadratowego pierścienia swojego przeciwnika. Mateusz MW zdecydowanie nie ma łatwego czasu, kiedy to Derrick okłada go pięścią po głowie. Teraz mamy Irish Whip w stronę lin, Mateusz się odbija i inkasuje Scoop Slam. Mantel nie czeka i już pakuje się na trzecią linę narożnika i dokłada do tego Frog Splash. Pin… 1… 2… Kickout! To wyraźnie za mało, żeby załatwić krakowskiego zawodnika. Amerykanin łapie na szybko dwa oddechy i szybko zapina Chin Lock od tyłu dla Mateusza, który aktualnie siedzi na macie. Polish Fucker chwilę walczy sam ze sobą, ale finalnie jest już na nogach i wymierza swojemu przeciwnikowi łokcie na tułów, co skutkuje rozerwaniem duszącego uścisku. Polak robi krok w tył i wymierza swojemu rywalowi Super Kicka, a ten ledwo stojąc na nogach odbija się od lin plecami…i inkasuje piękny Jumping Clothesline. Krakus nie czeka, odbija się od liny i dokłada Splash w miejscu. Pin… 1… 2… Kickout! Oboje nie chcą dać za wygraną! The Big MW kontynuuje ofensywę i wyprowadza teraz serię Elbow Dropów. Jeden, drugi, trzeci, czwarty, piąty! Polak jest teraz ewidentnie nakręcony! Wchodzi na narożnik i pokazuje, że będzie chciał wykonać jakąś akcję wysokiego ryzyka… Swanton Bomb prosto na przeciwnika! Zawodnik z Krakowa nie chce dać odpocząć swojemu przeciwnikowi i od razu wychwyca nogi oponenta i zapina Sharpshootera! Zawodnik z Sacramento chwilę nie ma pojęcia co zrobić, ale już zaczyna czołgać się w stronę lin. Nie przychodzi mu to z łatwością, ale w końcu to zrobił, na co Mateusz w ogóle nie reaguje. Sędzia zaczyna odliczać… 1… 2… 3… 4… w ostatniej chwili krakowiak opamiętał się i puścił uchwyt. Oboje odczuwają już trudy pojedynku, łapią oddech i powoli wstają. Jednak Mateusz robi to pierwszy, bierze rozbieg… Clothesline? Nie, Mantel unika… I wykonuje Potężny Spin Kick, którym ścina przeciwnika z nóg. Nie chce teraz czekać dłużej, chyba będzie chciał zakończyć dzisiejszą rywalizację. Staje w narożniku, a rywal powoli wstaje. Normal Guy biegnie… Head Crusher?!... Nie! Polish Fucker kontruje to solidnym Powerslamem i teraz pinuje swojego oponenta! 1… 2… 2.99! W ostatnie chwili Derrick ledwo żywy odkopuje tą ofensywę! Polish Fucker jest już na nogach i dyskutuje z sędzią, że było 3 klepniecię w matę, ale ten jest nieubłagany i każe mu walczyć dalej. Polak więc staje w narożniku i podnosi stojącą tam butelkę oliwki dziecięcej. Wylewa sobie ją na głowę, co nam sygnalizuje chęć rychłego zakończenia walki przez Łysy Punch. Amerykanin w końcu wstaje, a krakus nie odpuszcza. Rusza na rywala… i inkasuje potężny Discus Lariat, po którym słaniając się na nogach odbija się od lin, a Normal Guy dokłada do tego jeszcze Running Knee powalające swojego przeciwnika na ziemię! Zawodnik z Californii nie chce dłużej czekać. Sygnalizuje chęć zakończenia tej walki. Polak powoli wstaje… Czy to będzie Fatal Blow?! Nie, The Big MW wyrywa się z akcji tuż przed wyniesieniem go do góry… Łysy Punch!?… Nie! Mateusz MW ląduje samotnie i boleśnie na ziemi, a Derrick Mantel odbija się od liny… i mamy Head Crusher! Mantel od razu pinuje! 1… 2… 3! Derrick Mantel zwycięzcą tego starcia!
Kamera przenosi nas do biura, w którym widzimy, że przy biurku siedzi sam GM Colosseum, Rob Van Dam. Generalny Menedżer prowadzi jakąś rozmowę przez telefon kiedy nagle drzwi z wielkim hukiem otwierają się i do środka wparował wściekły Allan Hill.
Rob Van Dam: Chyba muszę kończyć, oddzwonię…
RVD nie zdążył skończyć zdanie, bo The Rogue wyrwał mu telefon z ręki i roztrzaskał go o ziemię.
Rob Van Dam: Chyba nie…
Allan Hill: Zamknij się! Teraz ja będę mówił. Chyba nie spodziewałeś się, że kolejny tydzień z rzędu będę grzecznie siedział w szatni i czekał na swoją szansę? Nie wiem czy jesteś może na tyle głupi, żeby mnie w ten sposób wyprowadzać z równowagi czy może jednak musisz znaleźć gdzieś swoje jaja, które zgubiłeś jak wszyscy w LPW na wieść o mnie? Nie zamierzam dłużej czekać na swoją szansę, żeby dać upust swojej agresji. Mogę walczyć z kimkolwiek? Gdzie jest ten gość, który walczył w ringu przed chwilą? Mogę go roznieść w mgnieniu oka.
Rob Van Dam: Rozumiem, Allan, że bardzo chcesz się pokazać, ale rozmawialiśmy już o tym wcześniej. Na razie skupiamy się na turnieju o LPW World Championship i ciężko jest znaleźć dla ciebie czas na Colosseum.
The Broken Prodigy wściekły wali pięścią w biurko z taką siłą, że kubek z kawą spada na dywan, którego całego zalewa.
Allan Hill: Mam już dosyć słuchania takich wymówek. Jesteś niby gościem, dla którego hardcore i ekstremalne walki nie były obce, a tak bardzo boisz się niepohamowanej agresji jaką mogę komuś zgotować w ringu? Może skoro tak bardzo dbasz o zdrowie swoich zawodników to zamiast zrobić krzywdę im w ringu wezmę się za ciebie tutaj w tym momencie?
Rob Van Dam: Uważaj sobie do kogo tak mówisz. Za długo jestem w tym biznesie…
The Unstable energicznym ruchem podnosi z krzesła Roba trzymając go za gardło.
Allan Hill: Wcale mnie to nie obchodzi kim jesteś ani ile czasu spędziłeś w tym biznesie. Jedyne co mnie interesuje to aby dać komuś posmakować bólu jaki kiedyś mi zaserwowano.
Rob Van Dam: Ochrona, zabrać tego gościa!
Do biura wpada czterech ochroniarzy z czego każdy rozmiarów Allana albo i jeszcze większy. Z trudem, ale jednak odciągają rozjuszonego Hilla i przytrzymują go z dala od GM’a.
Rob Van Dam: Możesz być pewien, że ja tego tak nie zostawię. Poniesiesz tego konsekwencje!
Po tych słowach ochroniarze wyprowadzili Allana Hilla z biura.
Earlier Today
Kamera przenosi nas na parking, który znajduje się przed halą zlokalizowaną w Rockford. Widzimy jak podjeżdża w tamto miejsce czarny, luksusowo wyglądający Rolls Royce Ghost. Limuzyna podjeżdża blisko tylnego wejścia na halę, a z tyłu samochodu wysiada z jednej strony Preston Steele ubrany w jasno beżowy garnitur, jasnobrązowe eleganckie buty oraz fioletowy krawat. Z drugiej strony wysiada osoba wyglądająca jakby była w podobnym wieku co Legacy Breaker. Ubrany jest w granatowy garnitur z białymi pionowymi paskami, czarne eleganckie buty i bordowy krawat.
Preston Steele: …Właśnie dlatego wydaje mi się, że mogę przeznaczyć na ten cel pół miliona dolarów. Dla mnie to nie zrobi, żadnej różnicy, a komuś może to odmienić jego życie.
Przyjaciel Prestona: Rozumiem Preston, że chcesz pomagać tym ludziom, którzy mieli gorzej w życiu od ciebie, ale w tym przypadku raczej nie liczy się jak dużo przekażesz na ten cel charytatywny tylko sam gest.
Preston Steele: Widzisz Andrew, ja już mam tak naprawdę wszystko to co mógłbym sobie kupić za pieniądze, więc mi tak na nich w ogóle nie zależy. Sto czy pięćset tysięcy dla chorych dzieci. Obydwie te kwoty mnie nie zabolą, a im mogą naprawdę znacząco pomóc.
Andrew: To może skoro tak ci bardzo zależy, aby innym ułatwić życie to przekażesz również na licytację zegarek, który dostałeś w prezencie od swojego ojca?
The Heir Apparent wyciąga z kieszeni spodni Rolexa Daytona z platynowym paskiem i kopertą, który na pierwszy rzut oka widać, że nie jest tani.
Preston Steele: Masz na myśli tego Rolexa? W sumie nie jest to bardzo głupi pomysł, bo i tak na co dzień go nie noszę. Ludzie zawsze myślą, że syn bogacza to musi zawsze każdemu pokazać swój status każdym możliwym sposobem, ale ja nie lubię obnosić się tym całym bogactwem. Wszystkie te pieniądze bez wahania oddałbym za to, żeby ludzie zaczęli doceniać mnie za moje dokonania niż bogactwo moje ojca.
Andrew otwiera drzwi od tylnego wejścia do hali i panowie wchodzą do środka, ale przed samym wejściem Preston dosyć niezdarnie wsuwa zegarek do kieszeni przez co ten wypada przed samym wejściem do hali czego ani Steele ani Andrew nie zobaczyli i zostawili go na parkingu wchodząc do środka. Jakieś kilkadziesiąt metrów za Andrew i Prestonem powolnym krokiem w stronę hali zmierzają Miguel Escobar oraz jego partnerka Sara Rojas. Na pewno widzieli oni Steele'a i jego przyjaciela, lecz wątpliwe by usłyszeli cokolwiek z ich rozmowy. Para jest wyraźnie zadowolona i sprawia wrażenie jakby nic dookoła ich nie obchodziło. Są zapatrzeni w siebie…aż do momentu gdy coś odbija się w okularach przeciwsłonecznych Miguela. Divine spokojnym ruchem ściąga okulary, a następnie przygląda się rzeczy leżącej na ziemii. Miguel przykuca i spogląda na Sarę. Następnie podnosi zegarek zgubiony przed chwilą przez Prestona i mówi.
Miguel Escobar: No proszę…Rolex Dayton. Mam jeden taki w swojej kolekcji…ale wiem, że nie byle kto wchodzi w jego posiadanie. Cóż za znalezisko. Nie sądziłem, że Preston mógłby być posiadaczem takiego cudeńka.
Sara Rojas: Chcesz zatrzymać ten zegarek czy oddasz go właścicielowi?
Miguel Escobar: Zobaczymy jak rozwinie się sytuacja. Chętnie pogadam z nim. To może być wartościowa znajomość. Wiesz, że mi ten zegarek normalnie nie jest do niczego potrzebny, ale teraz wyjątkowo może się przydać.
Sara Rojas: Rozumiem, znajdźmy go w takim razie.