Legion Pro Wrestling
Legion Pro Wrestling E-Fed Tygodniówki Colosseum #4 - Indianapolis, Indiana - 27.06.2026

Colosseum #4 - Indianapolis, Indiana - 27.06.2026

Colosseum #4 - Indianapolis, Indiana - 27.06.2026

Strony (2): 1 2 Dalej
195
27.06.2026, 11:51
#1
Earlier Tonight

Na zapleczu widzimy Rybacka, który w koszulce Butcherback podchodzi obok cateringu. Chwile patrzy na przygotowane dla rosteru dania... po czym zaczyna jeść, talerz po talerzu, ilości wręcz hurtowe, obsługa nie próbuje nawet powstrzymywać olbrzyma. The Big Guy po opróżnieniu 17 talerza z jedzeniem dostrzega idącego obok Roba McŁowicza i trąca go barkiem

Ryback: Najmocniej nie przepraszam... Ty zostałeś szefem tego cateringu, czy co, że się tu pojawiłeś? Robisz to co najbardziej umiesz jak domniemam. Twoje żarcie w pobitych garach, gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy było całkiem dobre. Tylko było go mało. To tak jak w ringu...jesteś całkiem dobry...ale na pewnych gości to nadal za mało...i o ile wtedy tylko sobie tak żartowałem, o tyle teraz...słyszałem, że masz stanąć na mojej drodze... To bardzo niebezpieczna droga, nie łatwiej Ci po prostu iść do Twojego imiennika, a naszego szefa i powiedzieć, że nie dasz rady walczyć? Udaj kontuzje na przykład, wierz mi, to znacznie lepsze rozwiązanie niż doznanie prawdziwej kontuzji...

Rob po uderzeniu barkiem cofa się o pół kroku, ale szybko odzyskuje równowagę. Spogląda na puste talerze, potem na Rybacka, poprawia okulary i uśmiecha się pod nosem.

Rob McŁowicz: Najmocniej nie dziękuję za troskę. Widzę, że apetyt dalej masz ogromny, tylko maniery zostały gdzieś między szesnastym a siedemnastym talerzem. Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, pomyślałem, że to po prostu głód mówi za ciebie. Zjadłeś, popchnąłeś mnie na stół, potem przeprosiłeś i uznałem, że sprawa jest zamknięta. Teraz widzę jednak kogoś innego. Człowieka, który bardzo chce, żebym uwierzył, że sam rozmiar i groźna mina wystarczą, by zejść mu z drogi. Nie wystarczą. Nie zaszedłem tak daleko w turnieju po to, żeby teraz udawać kontuzję u Roba Van Dama. Jeśli chcesz miejsca na Ascension, będziesz musiał mnie zatrzymać sam. A wtedy sprawdzimy, czy naprawdę jesteś Rzeźnikiem, czy tylko dużym gościem, który nie potrafi odejść od stołu.

Ryback przez chwile jest zajęty dojadaniem kolejnego talerza, po czym wyrzuca go przed nogi Roba i spluwa pod nogi przyszłego oponenta

Ryback: Jeśli masz w ten sposób mówić do pana Rybacka, to lepiej dla Ciebie jakbyś urodził się niemy... Wyglądasz jakby fast food guy z obskórnej budki, z utargiem 12 dolców na dzień nagle zechciał wejść do ringu i pokazać umiejętności... Moje maniery między szesnastym, a siedemnastym talerzem? Ty jesteś gościem, bo nie użyję w Twoim przypadku słowa wrestler, który w rosterze jest dla mnie między szesnastym, a siedemnastym zawodnikiem, nie wiem co masz w karcie, ale moim daniem głównym jest danie Ci takiej lekcji, że po walce będziesz przychodził do mojej rzeźni na korepetycje. Tak bardzo pobije Cię w garnek, że Pobite Gary będą dla Ciebie koszmarem stulecia, a nie tylko programem. Prostak Steel się nie zastosował, i został zezłomowany, tak więc Rob... w mojej rzeźni będzie dla Ciebie specjalny hak…

Rob przez chwilę patrzy na talerz leżący pod jego nogami, potem na ślinę obok buta. Nie robi jednak kroku w tył. Poprawia okulary, powoli unosi wzrok na Rybacka i ponownie arogancko się uśmiecha

Rob McŁowicz: Pan Ryback? No proszę, widzę, że głód nie tylko pozwolił na zjedzenie cateringu, ale też kontaktu z rzeczywistością. Możesz rzucać talerzami, pluć pod nogi i opowiadać o hakach w swojej rzeźni, ale pamiętaj jedno: rzeźnik bez fachu to tylko facet, który macha ostrzem i robi bałagan. Kucharz wie, gdzie ciąć, kiedy odsunąć rękę i kiedy zakończyć gotowanie. Ja nie przyszedłem tu prosić o miejsce przy stole. Ja je sobie wywalczyłem. A jeśli naprawdę widzisz mnie między szesnastym a siedemnastym zawodnikiem rosteru, to tym bardziej będzie bolało, kiedy właśnie ten człowiek zamknie ci drogę do Ascension. Mówisz, że pobijesz mi garnek? Spróbuj. Tylko pamiętaj, Ryback… pusty garnek robi najwięcej hałasu, a ja bardzo dobrze wiem, jak uciszyć coś, co za długo gotuje się bez pokrywki.

Ryback rozrywa koszulkę Butcherback, którą ma na sobie, staje przed Robem bardzo blisko, oko w oko, skupiając wyraźnie swoją uwagę na Robie

Ryback: Robert, nie stać Cię na to, żeby postawić kolczatkę przed pędzącym tirem, a tylko wtedy mógłbyś zamknąć mi drogę do Ascension. Bez pokrywki, to są Twoje słowa, bo one się nie pokryją z rzeczywistością. Ty jesteś kucharzem, ale gotujesz to, co ja wcześniej w rzeźni przygotowuje. To ja decyduje czy Twoje dania będą dobre, czy nie, i żebyś mi nie powiedział, że z moich słów wynika, że jesteś moim szefem, bo wiem, że będziesz chciał to zrobić - nie, ode mnie zależy czy Twoje dania się przyjmą. Czy dam Ci dobrą świnie, czy po prostu...podłożę Ci świnie, a że niestety nie zasługujesz na najlepszej jakości mięso...dostaniesz już tylko podroby, najlepszej jakości mięso zostawię sobie na finał. Bo ja jestem Butcherback, najlepszy rzeźnik w tej federacji, a Ty jesteś tylko Łowicz... prawie nikt w USA nie wie, gdzie leżysz na mapie... i nasza walka zakończy się tak samo...nie będziesz za bardzo wiedział po niej gdzie dokładnie leżysz, zgadzać będzie się tylko pozycja. Bo będziesz leżeć, i żałować, że wszedłeś do tej gry będąc nic nie wartym pionkiem...Choćbyś zaklinał rzeczywistość, na końcu dnia przyjdziesz do domu, odłożysz swoje marzenia i pomyślisz.... Mogłem to lepiej ugotować. Ale chciałeś mi przysolić, a przepieprzysz te walkę... Feed Me...MORON!

Rob przez moment patrzy na Rybacka z bliska, nie cofając się ani o krok. Zerka na porwaną koszulkę, potem z powrotem w oczy rywala i spokojnie poprawia okulary.

Rob McŁowicz: Widzisz, Ryback, ty bardzo chcesz, żebym się przestraszył. Stajesz blisko, rozrywasz koszulkę, mówisz głośniej, rzucasz obelgami i liczysz, że w którymś momencie zrobię krok w tył. Tylko że ja już słyszałem ludzi, którzy mówili mi, czym nie jestem. Nie jestem wystarczająco poważny. Nie jestem prawdziwym zagrożeniem. Nie jestem kimś, kto powinien dojść tak daleko. A jednak stoję tutaj, przed tobą, w ostatniej rundzie turnieju i jestem o krok od walki o mistrzostwo podczas PPV. Możesz nazywać mnie pionkiem, możesz udawać, że nie wiesz, gdzie leży Łowicz, możesz obiecywać kontuzje, haki i rzeźnię. To wszystko brzmi groźnie, naprawdę. Ale pod tym całym hałasem słyszę jedną prostą rzecz: wiesz, że musisz mnie pokonać, żeby dostać się na Ascension. I to boli cię bardziej, niż chcesz pokazać. Nie jestem Prestonem . Nie jestem talerzem z cateringu. Nie jestem kimś, kogo połkniesz między jednym oddechem a drugim. Jeśli chcesz finału, będziesz musiał przejść przeze mnie naprawdę, nie tylko w swoich przemowach.

Rob nachyla się minimalnie bliżej.

Rob McŁowicz: A kiedy po walce będziesz leżał i szukał odpowiedzi, gdzie popełniłeś błąd, przypomnij sobie ten moment. Bo miałeś rację tylko w jednym: mogłem to lepiej ugotować. Dlatego na gali podam cię dokładnie tak, jak trzeba. Smakuje?

Obraz z kamery gaśnie

Kamera przenosi nas na zaplecze. Obraz jest lekko roztrzęsiony, jakby ktoś nagrywał telefonem z ukrycia. W kadrze widać uchylone drzwi do biura Roba Van Dama. Ze środka słychać głos GM’a, który najwyraźniej rozmawia przez telefon.

Rob Van Dam: Tak, dokładnie. Potrzebujemy kogoś, kto będzie reprezentował interesy LPW, zanim pewne sprawy wymkną się spod kontroli. Nie chodzi już tylko o porządek na gali. Chodzi o zabezpieczenie federacji.

RVD robi krótką pauzę, słuchając osoby po drugiej stronie telefonu.

Rob Van Dam: Kogoś konkretnego. Kogoś, kto zna ten biznes i wie, jak rozmawiać z ludźmi, którzy myślą, że zasady ich nie dotyczą.

Nagle RVD odwraca głowę w stronę drzwi, jakby usłyszał szmer. Kamera natychmiast zaczyna się cofać.

Rob Van Dam: Porozmawiamy na miejscu. Do zobaczenia wkrótce.

RVD kończy rozmowę, podchodzi do drzwi i z hukiem je zatrzaskuje. Obraz urywa się gwałtownie.

[Obrazek: 0e916733f1788.png]


Na hali wybrzmiewa dobrze znana muzyka a na titaronie wyświetlają się kolejno zawodnicy rosteru LPW. Po chwili widzimy złoto czerwoną grę świateł, która ma za zadanie podkreślić wagę tego co za chwilę nas czeka. Przy refrenie utworu na rampie widzimy mały pokaz pirotechniczny, a następnie kamera przenosi nas do stolika komentatorskiego.

Przy stoliku komentatorskim siedzą już Michael Cole oraz Tomasz Hajto. Kamera pokazuje obu panów, którzy przygotowują się do rozpoczęcia kolejnego fragmentu gali.

Michael Cole: Panie i panowie, Michael Cole i Tomasz Hajto witają państwa ze stolika komentatorskiego! Naszym dzisiejszym gościem specjalnym miał być Eugene, jednak rozchorował się, tak więc tym razem jesteśmy bez gościa specjalnego.

Tomasz Hajto: Tak jest, jednak dwóch takich profesjonalistów jak my da sobie radę!

W tym momencie na arenie rozbrzmiewa theme Jose Lopeza! Ku zdumieniu obu komentatorów Lopez pojawia się przy stoliku komentatorskim, zakłada słuchawki i zajmuje miejsce obok nich.

Jose Lopez: Nie martwcie się, panowie... jestem i ja! Wiem, że w federacji są lepsi kandydaci na bycie gościem „specjalnym”. <Lopez uśmiecha się szyderczo.> Ale nie ma chętnych, a ja nie mogę zostawić was w potrzebie. Przemyślałem swoje zachowanie, zresocjalizowałem się prawie jak Kenneth Riddle i... przybyłem. Miałem czas, by zrozumieć, że Rob Van Dam to konkretny gość. Wie, gdzie uderzyć... <spogląda na Hajto> Daruj sobie teraz piłkarskie żarty. Po tym, gdy nasz GM skazał mnie na walkę z tamtym prymitywnym spaślakiem, a teraz dorzucił mu kolejnego, jeszcze głupszego klauna, boję się, że przy dalszych niesnaskach wymyśli coś jeszcze gorszego i być może zawalczę ja sam kontra wcześniej wymieniona dwójka i... Mike Brutal? To byłoby już zbyt wielkie stężenie głupoty. <parsknięcie> Tak czy siak... zaplusuję i zadbam o to, by nasze ukochane władze nie musiały wydawać kolejnych pieniędzy na jakiegoś zawodnika spoza federacji, który wyduka kilka zdań. Dzisiaj ja zajmę się komentowaniem, więc... co my tutaj mamy ciekawego?

Michael Cole: Bardzo dobrze cię widzieć, Lopezzo. Dziś mamy w karcie kapitalną walkę: Axel Blaze kontra Jorge Cavazos. Axel jest faworytem, ale czy Cava da radę?

Tomasz Hajto: Ivi Lopez, znakomita postać. Lepszego partnera w komentowaniu nie można było wymyślić. Cava myślę, że da radę. On jest na tyle mocny, że Axel może mieć problemy.

Jose Lopez: Czyli mamy starcie dwóch amatorów alkoholu, którzy obnoszą się z tym i jednocześnie aspirują do bycia ulubieńcami dzieciaków. Jasne! Ma to sens... Blaze to bierze i idzie walczyć o pas. <Jose przegląda kartki.> Następnie będzie... <wczytuje się jeszcze bardziej> Ktoś, kto bardzo lubi koty i ten od oliwek. Świetny pojedynek, nieprawdaż?

Michael Cole: Bardzo ciekawe starcie. Mateusz próbuje przełamać się po serii porażek, natomiast debiutant wypadł obiecująco.

Tomasz Hajto: Mateusz to człowiek, w którego mało kto wierzy, ale ja kiedyś komentowałem sport z Mateuszem. Tylko innym. I sport też był inny, dlatego trzymam za niego kciuki.

Michael Cole: Zbyszek Uszczelka kontra Edgar Dickinson. To jakby starcie dwóch światów. Jestem ciekawy twojej fachowej opinii, Jose. Jako wieloletni zawodnik różnych organizacji — wolisz walczyć z zawodnikami bliższymi tobie czy takimi, którzy są zupełnym przeciwieństwem Jose Lopeza?

Tomasz Hajto: Ja raz walczyłem na jednej gali, ale moim zdaniem łatwiej walczyć z kimś równym tobie. A ty, Ivi, jak się na to zapatrujesz?

Jose Lopez: Mam przez to rozumieć, że kimś równym tobie była starsza, bezbronna i niewinna osoba? W takim razie na pewno inaczej postrzegamy równość i wiele innych rzeczy. Ups... skąd ja to wiem? Dziwnym trafem w każdej pieprzonej federacji, w jakiej jestem, władze nabierają się na ciebie i cię zatrudniają, ale ty udawaj, że nie pamiętasz mojego imienia... chociaż ty raczej nie udajesz. Jesteś po prostu idiotą. <spogląda na Cole’a> A co do twojego pytania, Michael... wolę walczyć przede wszystkim z poważnymi rywalami. <patrzy na kartki> McŁowicz kontra Ryback... zapodam wam ciekawostkę. Po części dzięki temu osiłkowi dostałem angaż w mojej pierwszej poważnej federacji, jaką było PHW.

Michael Cole: Dla mnie ta walka to typowe 50/50. Nie ma tutaj wyraźnego faworyta, ale tej ciekawostki chętnie posłuchamy.

Tomasz Hajto: Może ty, Michał, chętnie. Ja po prostu spełnię swój obowiązek z klasą godną finału Ligi Mistrzów. Znacznie bardziej jednak ciekawi mnie starcie Preston Steele i Miguel Escobar kontra Dick A’Very Big i Jeff Brown. Szczególnie postać Dicka Advocaata może budzić duży respekt.

Jose Lopez: Nasz GM ma chyba fetysz dawania zawodnikom z Las Palmas dosyć „intrygujących” oponentów. Tak... kolejna ciekawostka! Miguel Escobar pochodzi z tego samego miasta co ja. Niestety. <wredny uśmiech> Tyle o tym starciu mogę powiedzieć. Przejdźmy dalej. <ponownie Lopez patrzy na kartkę> A, no tak... moja batalia przeciwko Puszystemu i... Tautu. Co powiecie o tym? Myślę, że wszyscy eksperci, którzy bawią się w Dave’a Meltzera, już mogą szykować minimum pięć gwiazdek.

Tomasz Hajto: Lopez, ciebie znam, Jeana znam, to kiedyś aktor był, w Kickboxerze grał, natomiast Tautu? Nie mam pojęcia, kto to jest.

Michael Cole: Przede wszystkim chciałbym o tej walce powiedzieć, że taki człowiek jak ty jest w oczach wielu zdecydowanym faworytem. Ja osobiście mogę powiedzieć, że twoja praca w ringu zdecydowanie mi imponuje i myślę, że realnie nie powinieneś mieć problemów w tym starciu. Chyba że Pierre na ciebie spadnie, to jednak gigantyczny gość. Kenneth Riddle kontra Zack Sabre Jr... Czy to nie jest przypadkiem najmocniejsza walka wieczoru w historii naszej federacji?

Jose Lopez: Doceniam wazelinę z twojej strony, Michael, ale bez przesady, bo tak jak Mateusz MW jest znany z wiadomo czego, to ja zaraz będę jego wazelinowym odpowiednikiem. <ironiczny uśmiech> Przechodząc do walki wieczoru, kojarzę Kennetha Riddle’a... chyba kilka pojedynków ze sobą nawet stoczyliśmy. Całkiem niezły jest. A Zack? Jeśli będzie mu szło tak dobrze jak wymyślanie nowych imion dla Riddle’a, to myślę, że... przegra.

Tomasz Hajto: Moim zdaniem jest tutaj potencjał na wybitny pojedynek, ale wyjątkowo zgadzam się z tobą. Riddle jest tutaj faworytem.

Michael Cole: My więc nie zanudzajmy, nie osądzajmy i nie przewidujmy. Dajmy ringowi popracować. Dziękujemy, Lopezzo, za dołączenie do naszego stolika i oddajmy głos ringowi!

Kamera przenosi nas teraz do ringu, w którym znajdują się Jorge Cavazos oraz Axel Blaze. Obaj mają w ręku mikrofonu, więc chyba będą mieli nam coś do powiedzenia.

Jorge Cavazos: Hola Amigos! Como estais!? *lekki cheer* U mnie ostatnio muy bien, mam nadzieję, że u was tak samo. Ci, którzy śledzili ostanie odcinki Colosseum wiedzą, że wygrałem ostatnią rundę turnieju i cały czas w nim jestem. Moja kariera zaczyna ostatnio nabierać niezłego rozpędu. Szczerze mówiąc, teraz już z perspektywy czasu mogę wam o tym powiedzieć. Sam się nie spodziewałem takiego obrotu spraw. Spodziewałem się, że na tym etapie raczej nie będę brał już udziału w turnieju. Jednak dzięki ciężkiej pracy jestem cały czas tutaj i nie zamierzam się cofać i doprowadzić cały ten turniej do mojego finalnego triumfu. Czy nie brzmi to bueno? Luchador bez maski, którego krytykuje pół środowiska zostaje pierwszym w historii LPW World Championem. Dla mnie to będzie potwierdzenie tego, że moja droga ma sens, a ta naprawdę nie była łatwa. Co prawda w debiucie pokonałem Mateusza MW, który nie okazuje się być zbyt mocnym przeciwnikiem, ale potem natrafiłem na Roba McŁowicza. Rob był bardzo mocny i nie udało mi się go pokonać. Rob, mam nadzieję amigo, że będziemy mieli okazję spotkać się w finale na LPW: Ascension i będę mógł ci udowodnić, że tym razem to ja będę tym lepszym. W ostatniej rundzie odkupienia wylosowałem Zygmunta Butlę. Jedni mogli by powiedzieć, że to przecież alkoholik, żaden przeciwnik. Ja osobiście nie mam nic przeciwko alkoholowi, ale wszystko powinno mieć swój czas i swoje miejsce. Zygmunt nie był łatwym przeciwnikiem, na tym etapie już nie było łatwych rywali i zagwarantowałem sobie miejsce w dzisiejszym półfinale. Nie możemy też zapominać o tym co wydarzyło się na koniec odcinka. Najpierw wylosowałem swojego przeciwnika Axela Blaze`a, a następnie wszyscy jako półfinaliści postanowiliśmy przejść do czynów. Wszyscy widzieliście jak to się skończyło. To ja stałem w tym ringu wskazując palcem na to logo *Jorge wskazuje palcem na logo LPW: Ascension*

Axel Blaze: Jorge, wiem, że angielski to nie jest Twój ojczysty język, ale jesteśmy w Indianie, domu legendarnego wyścigu Indianapolis 500, Ci ludzie zasługują na najwyższy poziom widowiska. *cheer* Nie bierz tego do siebie, kiedy ja popełniam błędy to też oczekuję, że ktoś zwróci mi na nie uwagę. I muszę przyznać, że w Louisville popełniłem ogromny błąd. Nie da się zaprzeczyć, że to ja zaatakowałem Cię jako pierwszy. Nie powinienem tego robić, za co przepraszam. Boleśnie przekonałem się, że nie tędy droga. Swoją drogą, chłopie, ale Ty masz kopyto. Na drugi dzień czułem się jak po ostro zakrapianej nocy. A skoro znowu jesteśmy przy alkoholu, po gali możemy wyskoczyć na kilka głębszych Cava Tequili. Bez względu na wynik. *cheer* Lubię Cię i bardzo szanuję, Jorge, ale tutaj muszę postawić granicę. Tutaj kończą się uprzejmości i czułe słówka. *Blaze staje twarzą w twarz z Cavazosem* Turniej trwa, a w nim każdy może liczyć wyłącznie na siebie. Za chwilę wybrzmi gong, a wtedy zaczniemy nasz koncert. Spokojnie, ja nie uznaję brudnej gry i coś mi się wydaję, że Ty też nie. Teraz wszystko inne schodzi na bok, liczy się tylko dobre show. Ascension czeka i tylko jeden z nas będzie mógł tam wejść jako kandydat do zdobycia pasa. I powiem Ci jedno - w życiu nie byłem tak blisko zapisania się w historii. A im bliżej tego celu jestem, tym bardziej jestem niebezpieczny. Nie rozpraszaj się, nie mrugaj, nie wstrzymuj ręki. Bo jestem gotowy iść na wojnę, żeby trwale wypalić swoje nazwisko w wieczności. Słyszysz jak wali mi serce? Już nie mogę się doczekać, bo wiem, że zaraz damy czadu. Jeszcze nigdy nie byłem tak gotowy, a Ty?

Jorge Cavazos: Na wstępie przyjmuję przeprosiny amigo, a wypad do baru napić się Cavy Tequili brzmi jak dobre romper el hielo. Ostanio to ty zaatakowałeś mnie pierwszy i muszę ci coś szczerze powiedzieć. Trochę Ciebie rozumiem, sam czułem już presję i ekscytację naszą walką, która odbędzie się za chwilę. Pewnie gdybyś Ty tego nie zrobił to mi mogłyby puścić nerwy i ruszyłbym po Ciebie. Na tym jednak dulces palabras się kończą jak sam to określiłeś. Wiem, że bardzo zależy Tobie na tym zwycięstwie i finalnie na zostaniu pierwszym LPW Wolrd Championem w historii. Zresztą byłbyś głupim, gdybyś wziął udział w turnieju w momencie, kiedy by Tobie nie zależało. Wiem, że postarasz się zrobić wszystko, co w twojej mocy aby mnie dzisiaj pokonać i pozostać w stawce turniejowej. Powiedziałes, że jesteś blisko zapisania swojej karty w historii. Ja może jestem trochę dłużej w tym biznesie. Może już osiągałem sukcesy w swojej karierze. Ale nigdy nie osiągnąłem takiego sukcesu jak teraz - nigdy nie zostałem World Championem i nigdy nie byłem twarzą federacji. Nie zamierzam z tego rezygnować. Wiem, że będziesz ciężką przeprawą, ale już nie raz w życiu miałem ciężko i jestem zahartowany. Jesteś faworytem, ale dla mnie to nawet lepiej. To jest pozycja w jakiej to ja się czuje najlepiej, jak peces en el agua. Większość mojego życia byłem skreślany i stawiany na przegranej pozycji. Musiałem sobie z tym radzić i teraz nie będzie inaczej. Myślisz, że możesz mi zagwarantować coś więcej niż piekło gorącej Tijuany albo twarde i zimne cele meksykańskiego więzienia? Nie sądzę, ale mam nadzieję, że kiedy sędzia klepnie trzeci raz w matę i uniesie moją rękę do góry to nie będziesz miał problemu, żeby potem wychylić w barze wspólnie jedną szklankę czy dwie. Pytasz mnie czy jestem gotowy na naszą walkę? Musisz zapytać najpierw siebie - czy jesteś gotowy na zderzenie z El Locomotorą?

Axel Blaze: Ty mnie chyba nie słuchałeś, amigo. *Blaze puszcza oczko* Nie lubię się powtarzać, ale dla Ciebie zrobię wyjątek. NIGDY! NIE BYŁEM! BARDZIEJ! GOTOWY! *cheer* Skup się, Jorge. Żarty się skończyły. Zabawa się skończyła. I bycie miłym też się skończyło. Przynajmniej na dopóki walka będzie trwać. Później, jeśli to Twoja ręka powędruje w górę, stawiam pierwszą kolejkę. Mówisz o piekle gorącej Tijuany i zimnej meksykańskiej celi, ale na mnie nie robi to wrażenia. Widzisz, ja wychowałem się na ranczu w Teksasie. Upał i tornada nie są mi obce. Tak samo jak uczciwa, ciężka praca przy hodowli bydła. I wiesz co, Jorge? Umiejętności poskromienia krnąbrnego byczka wyssałem już mlekiem matki. Co prawda nie siedziałem, ale dyscypliny nauczyła mnie religia i futbol. Ty dorastałeś tam. Ja dorastałem tutaj.  Inne języki, domy, historie... a jednak obaj skończyliśmy w tym samym miejscu. Liczy się tylko to, co jest tu i teraz. Popatrz na to. *Blaze unosi przedramię, na wysokość wzroku Cavazosa. Na skórze widać gęsią skórkę* Właśnie dla takich chwil żyję! Emocje, adrenalina, walka - to mnie napędza, to jest mój sposób na życie. I właśnie dlatego tak cholernie nie mogę się doczekać, aż zabrzmi gong. Nie dlatego, że chcę Cię upokorzyć. Nie dlatego, że chcę Ci coś udowodnić. Nie dlatego, że Cię nienawidzę. Tylko dlatego, żeby postawić kolejny krok w drodze ku wielkości. Nawet jeśli będę musiał się zderzyć z pieprzoną Lokomotywą to stanę na baczność i będę czekał aż we mnie wpadnie, a później otrzepię się i zapytam czy ma dla mnie coś jeszcze! *cheer, Blaze podchodzi jeszcze bliżej i patrzy prosto w oczy Cavazosa* Mam nadzieję, że to co widzę teraz w Twoich oczach to nie strach... bo inaczej właśnie przypieczętował Twój los. Ale może przestaniemy w końcu gadać i damy im coś, czego nigdy nie zapomną?! *cheer* I niech ring zapłonie!

Zawodnicy jeszcze przez chwilę toczą pojedynek na spojrzenia, aż w końcu rozdziela ich sędzia i nakazuje udać się do narożników. Na odchodne jeszcze mamy uścisk dłoni między Panami i faktycznie przechodzą do przeciwległych narożników, a sędzia zaczyna sprawdzać ich gotowość przed walką.

Final Round of the LPW World Championship Tournament
Singles Match: Axel Blaze vs Jorge Cavazos
[Obrazek: 7tdYRZp.png]

Wracamy do pojedynku po reklamach i widzimy jak Axel trzyma rywala w Headlocku na macie. Jorge zaczyna powoli wstawać, a gdy już jest na nogach to spycha rywala przed siebie. Blaze odbija się od lin i mamy Shoulder Block, ale na Cavazosie nie robi to wrażenia. Mr. Forever przechodzi do kolejnego Shoulder Blocka, ale dalej nie jest w stanie ruszyć Fiesta Monstera. Meksykanin krzyczy mu nakręcony prosto w twarz, a Amerykanin wychodzi z założenia, że do trzech razy sztuka i chce wyprowadzić trzeciego Shoulder Blocka, ale wpada wprost na No More Tequila, po którym natychmiast przypina…1…2…break. El Locomotora wygląda jakby trochę się tego spodziewał, więc podnosi przeciwnika i wynosi go pod Vertical Suplex. High Life Warrior jest jednak na tyle przytomny, że broni się kolanami w głowę rywala przez Jorge musiał go puścić, a Axel wykorzystuje chwilę, aby wyprowadzić Bicycle Knee Strike. Cavazos chwieje się na nogach, więc Blaze idzie dalej za ciosem i wykonuje Ushigoroshi, po którym przypina…1…2…Fiesta Monster kładzie nogę na linie. Mr. Forever jest zmuszony kontynuować pojedynek. El Locomotora wraca na nogi, a Legend in Making przechodzi do próby Drive By, jednak na próbie się kończy, bo Bone Breaker w odpowiednim momencie wynosi go do góry i mamy potężny Powerbomb! Axel nieco oszołomiony, ale od razu wstaje i nadziewa się na Big Boot. Blaze coraz wolniej, ale znowu wstaje i dostaje kolejny Big Boot. Amerykanin wraca ponownie na nogi i wyprowadza Clothesline, ale Cavazos robi unik pod jego ręką. Blaze odbija się od lin i wpada wprost na Clothesline From Tijuana. Fiesta Monster nakręcony macha linami w takim stylu, jak to kiedyś robił Batista przy owacji całej areny. Mr. Forever wraca na nogi, a latynos wynosi go pod C Factor, jednak High Life Warrior szarpie się i daje radę zsunąć się za jego plecy. Axel wykorzystuje okazję, że Jorge dopiero co się odwrócił i mamy Lariat. Latynos jednak od razu wstaje, ale mamy kolejny Lariat. Bone Breaker jest wyraźnie zirytowany, że dostaje teraz lanie i sam wyprowadza Big Boota, ale przeciwnik robi unik pod jego nogą, odbija się od lin i mamy Facebreaker Knee Smash! Meksykanin pomaga sobie utrzymać równowagę przy pomocy narożnika, a Blaze idealnie wykorzystuje tą okazję dokładając Corner Clothesline. Tym razem to Mr. Forever wchodzi na falę i przy owacji fanów czeka aż oponent wstanie, aby zapiąć mu Last Breathe, jednak Cavazos chyba się tego spodziewał, bo chwiejnym krokiem od razu się cofnął łapiąc się lin przez co sędzia był zmuszony przerwać submission. Fani nagradzają poczynania zawodników ogromnymi brawami. Widać, że obydwoje już są zmęczeni, ale to Amerykanin pierwszy wyprowadza mocny sierpowy. Fiesta Monster nie pozostaje mu dłużny i odpowiada tym samym. Wymiana nam się nakręca coraz bardziej i coraz szybciej panowie wyprowadzają cios za cios. Z całej wymiany lepiej wychodzi Legend in Making, który chce rywalowi dołożyć Bicycle Knee Strike, ale Jorge zdołał w ostatniej chwili zejść z lini ataku i oszałamia rywala Big Bootem w tył głowy, po którym dokłada jeszcze C Factor. Mr. Forever na jego szczęście wiedział, że zaczyna się robić i nieciekawie i wytoczył się z ringu. Cavazos idzie za ciosem i wychodzi za rywalem tylko po to, aby wrzucić go z powrotem do kwadratowego pierścienia. El Locomotora od razu wchodzi za nim do ringu, jednak jednak Axel od razu wykonuje Gut Kick i wynosi Jorge pod Fade to Black, ale Fiesta Monster broni się łokciami w głowę rywala przez co musi go puścić. Meksykanin od razu bez namysłu odbija się od lin i wykonuje Cava Shock, lecz przeciwnik przeskakuje nad nim. Cavazos ponownie odbija się od lin i ponownie próbuje Cava Shock, ale nadziewa się na Bicycle Knee Strike! Bone Breaker chwieje się na nogach, a Blaze wykonuje mu Fade to Black! Od razu pinuje…1…2…3! Axel Blaze przechodzi do wielkiego finału!

Earlier Tonight

Kamera przenosi nas do jednej z szatni. Na drzwiach widnieje lekko już zdrapany napis „Uszczelka”. W środku widzimy poczciwego hydraulika, który w kącie obwiązuje sobie dłonie pakułami. W tym momencie rozlega się dzwonek telefonu „Mydełko Fa”. Fachowiec odbiera komórkę i marszczy brwi.

Zbyszek Uszczelka: Panie Robie, ale ja mam walkę... Ja wiem, że się leje, ale to do tego służy, żeby się lało. Wybuchnie panu pożar, to... Dobra, ale robię to tylko ze względu na nazwisko. Ten pana krewny, co na tirach się rozkraczał, to był majstersztyk. Dobra, idę…

Obraz kamery kieruje się na parking, gdzie przy cieknącym hydrancie stoi dwóch ekspertów — jeden od wody, drugi od wody z kreską. Fachowiec instruuje swojego towarzysza, jak ma dokręcić śrubę.

Zbyszek Uszczelka: Kurwa, Zygmunt, to musisz z wyczuciem, jak z nakrętką od ruskiego szampana. Odkręcisz za szybko i ci wypierdoli ciśnienie. Ja bym ci to zrobił, ale już ręce pozaklejałem.

Zygmunt Butla: Z wyczuciem, z wyczuciem... Raz kiedyś otworzyłem pół litra z takim wyczuciem, że korek nawet nie wiedział, że już było po nim.

Zygmunt przykłada klucz do jednej ze śrub i zaczyna kręcić w losową stronę. Po chwili zauważa, że kręci w tę złą.

Zygmunt Butla: Cholera, nie w tę stronę.

Butla przekręca mocniej i nagle słychać, jak hydrant zaczyna syczeć. Przez moment słychać tylko ciche „o kurwa”, aż nagle strumień wody trafia go prosto w twarz. Zygmunt szybko się odsuwa, przeciera twarz i spogląda na hydrant, z którego dalej leje się woda, dosięgając także zaparkowanych obok aut.

Zygmunt Butla: Kurwa, Zbyszek, nic żeś nie mówił, że to tak potrafi! A ten strumień to też nie piwo...!

Wykrzykuje to do kolegi tak, jakby cała sytuacja wcale nie była jego winą.

Zbyszek Uszczelka: Zygmunt, ja mam nadzieję, że ty w poprzednim życiu byłeś lakiernikiem... A nie, czekaj... Nic się nie stało. Już się bałem, że w moją Renóweczkę trafiłeś, ale doleciało tylko do tego buraka, co mu tatuś auto kupił. Spokojna głowa. Tata ma, tata da.

Całe zajście widzą idący z drugiej strony parkingu Preston Steele oraz Miguel Escobar. Obaj panowie ubrani są w garnitury, które już na pierwszy rzut oka wyglądają na drogie. Po ich minach widać wściekłość, ale, co ciekawe, na twarzy Hiszpana maluje się znacznie większa złość.

Preston Steele: Buraka? Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, ile taki Maybach może kosztować? Oczywiście, że nie. Taki udany hydraulik jak ty pewnie całe życie haruje, a koniec końców i tak nie zarobi tyle aż do śmierci. Możesz być pewien, że nie zamierzam tego tak po prostu zostawić. Moi prawnicy ogołocą cię z każdego dolara, jaki wpadnie ci do kieszeni w najbliższym czasie. Albo w sumie mam lepszy pomysł. Odpracujesz to. Mam dziesięć tysięcy metrów kwadratowych trawnika w swojej willi. Przynajmniej zaoszczędzę na ogrodnikach. No chyba, że to też byś umiał zepsuć.

Miguel zerka ze zdziwioną miną na Prestona, a następnie przemawia podniesionym głosem.

Miguel Escobar: Co ty wyprawiasz? Z takimi ludźmi nie ma sensu dyskutować. Przecież to margines społeczny. Oni nawet nie wyobrażą sobie terenu tego trawnika. Tutaj słowa nic nie dadzą... ¡Perdedores! ¡Pagarán por esto!

Hiszpan wykrzykuje te słowa i momentalnie doskakuje do Zygmunta, łapiąc go za gardło. Wykrzykuje do niego jeszcze kilka słów, ale nie zdąża zrobić nic więcej. Najpierw Uszczelka odpycha go od Butli, a następnie na miejscu pojawia się ochrona. Ochroniarze łapią nadal zdenerwowanego Escobara, który cały czas odgraża się Zygmuntowi i Zbyszkowi. Preston próbuje go uspokoić, ale na niewiele się to zdaje. Miguel każe ochronie go puścić, a ta faktycznie to robi, jednocześnie ustawiając się przed nim, aby nie mógł ponownie zaatakować. Escobar odwraca się, spogląda na Steele’a i z zaciśniętymi pięściami opuszcza parking.

Kamera przenosi nas na zaplecze LPW Colosseum, gdzie przy stanowisku wywiadowym stoi Renee Paquette. Renee spogląda w kamerę, po czym unosi mikrofon z logiem LPW. WKrótce obok niej pojawia się nowy nabytek LPW El Garra De Gato

Renee Paquette: El Garra, za chwilę czeka cię twój pierwszy pojedynek w LPW, a po drugiej stronie ringu stanie Mateusz MW, zawodnik większy, silniejszy i bardzo bezpośredni. Dla wielu osób to będzie pierwsza okazja, żeby naprawdę zobaczyć, kim jesteś między linami. Co chcesz dziś udowodnić publiczności, Mateuszowi i całemu rosterowi LPW?

El Garra De Gato: <span title=Droga-pani>Estimada señora Renee</span>, przez całą moją karierę byłem wyszydzany i wyśmiewany przez takich ludzi jak señor Mateusz. Nikt nigdy nie widział w El Garra De Gato powodu do szacunku, lecz każdy z nich się mylił… Chce pokazać, że kocie uszy nie czynią nikogo słabszym! Każdy młody señor i każda młoda señora na całym świecie muszą w siebie uwierzyć, nie poddawać się i nie dać sobie wmówić, że są gorsi! <span title=Dzisiejszego-wieczoru>Esta noche</span> udowodnię co znaczy <span title=pazur>el garra</span>! Niech MateuszMW będzie przykładem, że siła i wielkość to nie wszystko. Liczy się serce, pasja i wiara w to co się czyni!

Renee Paquette: Mówisz, że kocie uszy nie czynią nikogo słabszym. Dla jednych to może być tylko kostium, dla ciebie wygląda to jednak jak coś znacznie ważniejszego. Co tak naprawdę oznacza dla ciebie ta kocia natura, którą pokazujesz światu?

El Garra De Gato: Dla mnie ten strój… ta maska…*Kociarz poprawia maskę, zmieniając przy tym ton na poważny* El Gato to symbol niezależności, dyscypliny, odwagi i drapieżnej natury. Szlachetność, jest kocim dziedzictwem, które wziąłem na swoje barki. *El Garra wraca do pozytywnego tonu mowy* Jest to również dla mnie bardzo ważny hołd, dla <span title=mojego-przyjaciela>mi amigo</span> El Queso. To on dał mi wiarę, ale i nadzieję, że każda zła natura człowieka może zostać zwalczona, bez względu na to, czy przeciwnik jest wysoki, niski, gruby czy chudy, czy jest silny, szybki, niebezpieczny… Wierzę, że to co przedstawię w ringu LPW zainspiruje świat do zmiany na lepsze. <span title=nasz-wspólny-lepszy-świat>Nuestro mundo compartido y mejor</span>!

Nie pada jednak kolejne pytanie ze strony Renee. Wszystko zostaje nagle przerwane za sprawą niespodziewanego pojawienia się Derricka Mantela.

Derrick Mantel: Kogo my tu mamy? Kolejny cyrkowiec, który próbuje się wyróżnić swoją barwną osobowością... *śmiech Mantela* Niestety miałem okazję słuchać tego całego bełkotu i im dłużej to trwało, tym bardziej odnosiłem wrażenie, że mam tutaj do czynienia z potencjalnym pacjentem zakładu psychiatrycznego. Rozumiem twoją desperację. Nie chcesz zostać zapomniany. Obrałeś przy tym jednak bardzo zły sposób. Twoja maska... To wszystko, co sobą prezentujesz... Widzę w tym wyłącznie potencjał na kolejną cyrkową małpkę. Widziałem różne dziwadła, ale ty bijesz je na głowę. Rozumiem dziwne upodobania, ale kocia maska i twoje bełkoty o kocim bractwie, noszącym się po zapleczu... Ktoś tu chyba zapomniał o lekach.

El Garra De Gato: Derrick... jesteś wyjątkowo wygadany, cabrón, jednak nie zauważasz, jak niesamowicie bardzo wszyscy są tym zmęczeni. Tak ślepo poszukujesz normalności dookoła, tak bardzo cię to boli... *El Garra kręci głową z dezaprobaty* stałeś się zwykłym wrzodem na dupie! Los fans del LPW, każdy z nich ma dość ciebie i tego co sobą reprezentujesz... a ja stoję wraz z nimi w masce, która tak potwornie na ciebie działa! Mówisz, że widzisz we mnie <span title=pacjenta-zakładu-psychiatrycznego>paciente en un centro psiquiátrico</span>, chociaż to tobie przydałaby się terapia *Kociarz sarkastycznie się uśmiecha*, bo skoro nie możesz znieść chociaż chwili bez tego zbędnego ględzenia, to może wyspecjalizowany terapeuta będzie w stanie cię wysłuchać, <span title=gaduło>hablador</span>! Bo prawda, której za nic w życiu nie chcesz zaakceptować, jest taka, że nikogo nie interesuje co masz do powiedzenia, <span title=nieudaczniku>perdedor</span>!

Derrick Mantel: Jeśli jestem wrzodem na dupie, to muszę Cię zmartwić. Nie spocznę, nim nie oczyszczę tego miejsca z ludzi, którzy uważają, że kostiumy i różne dziwaczne osobowości czynią ich ważnymi. LPW nie potrzebuje dziwacznych osobowości, lecz osób, które rozumieją, o co w tym wszystkim naprawdę chodzi. Szczerze? Nie interesuje mnie jakoś szczególnie to, co o mnie mówią inni. Wolę skupić się na swojej misji, a ta była już jasna od samego początku. Dla kogoś takiego jak Ty jest to zabawa. Dla mnie to coś więcej. Miejsca takie jak to potrzebują ludzi takich jak ja. Ty natomiast... *chwilowa pauza* jesteś jedynie chwilą. Przez jakiś czas może być o Tobie głośno. Będą zapewne pojawiały się liczne artykuły o Kociarzu jako nowym talencie. Nie będzie to trwało wiecznie. Gdy efekt świeżości minie i zostaniesz odstawiony na półkę niczym nikomu niepotrzebna zabawka, zrozumiesz, że tak naprawdę miałem rację. Wszyscy to zrozumieją. Teraz każdy może się śmiać, uważając mnie za dziwaka. Za jakiś czas każdy będzie mnie przepraszał, ale na przeprosiny już będzie za późno. Jeśli nadal uważasz, że jesteś kimś więcej niż typem w dziwacznej masce, to mam dla Ciebie pewną radę. Miej oczy dookoła głowy, bo nigdy nie będziesz wiedział, kiedy Twoja kara nadejdzie.

Po słowach padających z ust Mantela dochodzi do dość napiętej wymiany spojrzeń. Po chwili Derrick wycofuje się, podążając w nieznanym kierunku, a Garra rusza w stronę ringu, gdzie za moment zmierzy się z Mateuszem MW.


Singles Match: El Garra De Gato vs Mateusz MW
[Obrazek: JxbGrSN.png]

Kamera przenosi nas do ringu, w którym znajdują się Mateusz MW oraz debiutujący El Garra De Gato. Ten pierwszy dominuje nad debiutantem na tą chwilę trzymając go w head locku. Meksykanin podnosi się z kolan na równe nogi i zaczyna wypłacać łokcie na korpus przeciwnika. Polish Fucker odpuszcza, ale nie chce dać mu dużo czasu na nabranie oddechu. Wypłaca kolano na brzuch, odbija się od lin. Jumping Clothesline… Nie! Kociarz schyla się, a Mateusz odbija od lin i inkasuje Running Elbow Strike. Luchador poczuł teraz krew i nie odpuszcza. Polak wstaje, ale tylko po to, aby przyjąć Tiger Suplex. Koci Luchador nie zatrzymuje się i wchodzi na narożnik. Diving Elbow Drop?! Connected! Pin... 1... 2... Kickout! Mateusz podnosi się do pozycji siedzącej i mówi do rywala, że to nie wystarczy, aby go pokonać. Gato Oscuro chyba jest innego zdania, bo wypłaca teraz oponentowi serię kopnięć na ziemi. Sędzia zaczyna liczyć, ale zawodnik z Rosarito odpuszcza od razu. Krakus powoli wstaje, a przeciwnik napiera na niego... Ale został tylko poczęstowany Forearm Smashem prosto w twarz. Meksykanin wyraźnie to odczuł, bo aż przyklęknął na jedno kolano. To daje czas dla The Big MW, który odbija się od lin i dokłada Jumping Clothesline. Luchador aż odbija się plecami na równe nogi, a Polak dokłada kolejny Jumping Clothesline. Kociarz jest teraz ewidentnie w kłopotach, a krakowianin nie odpuszcza. Kiedy tylko rywal wstał, od razu łapie go za głowę i dokłada mu Suplex. Zamaskowany zawodnik czołga się teraz do narożnika. Mateusz przejeżdża kciukiem po swoim gardle, sygnalizując, że będzie chciał wykończyć swojego oponenta. Kociarz wstał, krakus biegnie... Corner Splash?! Connected! The Big MW chyba poczuł się teraz bardzo pewnie, bo sięga teraz pod swoje spodnie dresowe i wyciąga z nich dziecięcą oliwkę. Wiemy co to oznacza, łysa głowa krakowianina została już cała zlana tym specyfikiem, a to może nam sygnalizować koniec walki. Przynajmniej Mateusz ma takie wrażenie. Czy to będzie Łysy Punch?! Nie, Koci Luchador od razu z wielką siłą przechwytuje rywala łapiąc go za korpus i wynosi na swoje ramiona. Potężnym Powerslamem wbija przeciwnika w matę! Polish Fucker próbuje powoli wstać łapiąc oddech. Robi to z pomocą lin, a kiedy odrywa od nich swoje ręce Meksykanin od razu bierze rozbieg i mamy Running Crossbody. Pin! 1... 2... W ostatniej chwili Mateusz kładzie nogę na dolnej linie, a sędzia nie ma wyboru i musi przerwać liczenie. Gato Oscuro chwilę próbuje dojść do porozumienia z sędzią co przed chwilą się wydarzyło... Ale Polak to wykorzystuje. Gut kick... I potężnie wbija przeciwnika głową w matę za pomocą DDT! Polish Fucker nie chce odpuścić rywalowi i ponownie z pośpiechem polewa głowę oliwką, a następnie energicznie ją rozmasowuje po głowie. Czy tym razem Łysy Punch dojdzie do skutku!? Nie! Luchador popycha go w stronę lin, a ten się od nich odbija i inkasuje silny Spinebuster! Kociarz ewidentnie ma już dosyć walki z Mateuszem i będzie chciał ją zakończyć. Polak powoli wstaje, a Koci Luchador powoli zachodzi go od tyłu. Gato Sleeper?! Nie! Polish Fucker wyrywa się i popycha rywala na liny. MW Kick!? Gato Oscuro unika kopnięcia i sam wyprowadza Garra Slam! Connected! Pin! 1... 2... 3! Koci Luchador w pięknym stylu wygrywa w swoim debiucie!

Video Promo - część 1

Kamera przenosi się na ciemną ulicę. Widać, że jest to wcześniejsze nagranie, ponieważ zdecydowanie jest to środek nocy. W oddali słychać nucenie i pogwizdywanie, a po chwili widać zbliżającą się postać - czarną i zakapturzoną, powoli zbliżającą się i wypełniającą coraz to większą część kadru.

???: Skibidi toilet goni mnie, śpiewając tę piosenkęęęęę... Jesteśmy niepokonani!

Mężczyzna, a w zasadzie chłopaczek (bo można się już domyślić iż jest to Elias Shadow), zaczyna się śmiać, jednak po chwili wraca do śpiewu, tym razem śpiewając swój autorski tekst, ale wciąż w tym samym rytmie.

Elias Shadow: Jestem Brutal, klepię tutaj... Mata jest klepana, jak mama przez tatę z ranaaaaaaa!

W tym momencie Elias zostaje złapany od tyłu a do jego ust zostaje przyłożona biała ściereczka! Młodzieniec natychmiastowo osuwa się do tyłu, na swojego zamaskowanego napastnika, który pozwala mu się przewrócić, łapie go za ręce i zaczyna ciągnąć po ziemi, w kierunku zaparkowanego nieopodal samochodu. Bagażnik zostaje otwarty, a zamaskowana postać wrzuca do środka Beta Wolfa! Po chwili siada za kierownicą i odjeżdża, a obraz z kamery czernieje...

LPW ASCENSION JUŻ 5 LIPCA - TRANSMISJA LIVE NA NASZYM DISCORDZIE

Obraz z kamery przenosi nas do... szatni, gdzie znajduje się sam Jean-Pierre Dolnick. Ubrany jest już w swój wrestlingowy outfit, a jak on wygląda? Dowiecie się, gdy będzie mi się chciało. Grubas siedzi na ławeczce i coś czyta... podejrzana sprawa. Jest to chyba... słownik? Jean jest bardzo skupiony.

Jean-Pierre Dolnick: P-p..pyszałek..

Dolnick duka pod nosem definicję tego słowa. Chyba próbuje to dokładnie zrozumieć, w końcu Big Jean zamyka słownik lekko podirytowany.

Jean-Pierre Dolnick: Gówno jakieś obesrane... <Dolnick bierze do ręki telefon, który ma obok> Dobra, ja to inaczej załatwie, ja się nie będę cackać. GEMINI. Podaj mi definicję słowa ''py...szalet''

Sztuczna inteligencja załapała, że chodzi prawdopodobnie o słowo pyszałek i nauczyła Jeana, co znaczy ten wyraz. Nagle drzwi do szatni otwiera... Maxwell.. nie, Pill Tau.. nie! Pillwell Tausom! Grubas spogląda na to i nie dowierza, jest podirytowany. Tausom z zacieszem na twarzy i wilgotnymi włosami wchodzi do pomieszczenia, mając w ręku baniak z wodą, na której jest bardzo improwizowana naklejka z napisem: ''Uwilgiatniacz 3000''. Pilwell odkłada go na podłogę.

Pillwell Tausom: Hej, Jean! <uśmiech> Widzę przygotowujesz się do naszej walki, staniemy w ringu jak za starych dobrych czasów! <patrzy na wkurwionego Dolnicka> Widzę w tobie tę ekscytację i nie dziwię się, ja sam nie mogę już się doczekać! <jeszcze szerszy uśmiech>

Dolnick wstaje z ławki i łapie za fraki Tautu. Ten się zarumienia, a przynajmniej chciałby, bo nie jest prawdziwym Ransomem.

Jean-Pierre Dolnick: Ty pojebie! Co ty wygadujesz w ogóle! Ubzdurałeś sobie, że jesteś Maxwellem, a nie masz z nim nic wspólnego! Jeszcze ta walka... po co ty polazłeś do tego Roba Van McŁowicza? Ja nie potrzebuję nic temu Lopezowi udowadniać, wygrał dlatego, że po 1... to miałem 5 lat przerwy w ringu. A po 2 i najważniejsze, to wpadł we mnie i mi zepsuł posiłek! Jak głodny miałem dać z siebie wszystko? Chyba każdy to rozumie i wie, że tak naprawdę to bym wygrał.. więc w dupę sobie wsadź to starcie! Przez ciebie to wszystko.

Pilwell Tausom: Ach, Jean... Tyle wigoru w tobie! Damy radę na spokojnie, wyluzuj! <wyrywa się Grubciowi z szerokim uśmiechem> Tylko musisz coś zrobić z tymi włosami.. co to jest w ogóle, są strasznie suche. Masakra jakaś...

Jean-Pierre Dolnick: O ty chuju! Przesadziłeś, kradniesz nawet najważniejszy tekst Maxwella o wilgotnych włosach, to przegięcie! Jesteś jak ten cały Dan Downson, co mi podwędził motyw listy! Rozumiesz to? To ja stworzyłem białą listę i mało tego, on tam nawet kiedyś trafił! Paranoja jakaś.

Pilwell Tausom: Spokojnie partnerze. Musisz wziąć wdech i wydech. <uśmiech> Aż pić mi się zachciało..

Tausom sięga po swój baniak z wodą i możecie się domyślić, że wcale nie chciało mu się pić. Pillwell wylewa wodę na głowę Dolnicka. Ten zszokowany stoi w miejscu i nie dowierza, co się właśnie stało.

Pilwell Tausom: O wiele lepiej, z tak wilgotnymi wlosami teraz na pewno naklepiesz Lopezowi!

Fake Maxwell Ransom uśmiecha się szczerze, po czym momentalnie ucieka z pomieszczenia. Mokrym i totalnie rozsierdzonym Dolnickiem kończymy przedstawienie. Obraz z kamery znika.

NA STRONIE LPW MOŻNA ZAKUPIĆ JUŻ NAJNOWSZY MERCH FEDERACJI

Kamera zabiera nas na zaplecze. Możemy zobaczyć korytarz wiodący zawodników do wejścia na arenę. Przestrzeń jest nieco zatłoczona. Nie brakuje przenoszących rekwizyty technicznych, jak i omawiających coś między sobą oficjeli w garniturach. Tłok ten właśnie sprawił, że w kadrze widzimy jak blisko siebie znaleźli się bohaterowie nadchodzącego starcia. Zbigniew Uszczelka oraz Edgar Dickinson i to do nich, przygotowujących się do walki zmierza kamerzysta.

Edgar Dickinson: Dzień dobry Panie Zbigniewie. Nie mieliśmy chyba wcześniej przyjemności się poznać, a jednak dobrze znamy wzajemnie swoje personalia. To bardzo wygodne prawda? Nie musimy przechodzić przez, ten często niezręczny, protokół przedstawiania się. Muszę przyznać, Panie Zbigniewie, że zaskakuje mnie to jak ważną rolę wraz z swoim przyjacielem pełni Pan w naszej historii. Naprawdę często nie doceniamy siły pracujących rąk prawda? Niemniej jednak mam duże obawy, że może być to na jakiś czas koniec Pana przygody w mojej głównej linii fabularnej.

Uszczelka spluwa na podłogę i głośno odchrząkuje, po czym wyciera rękę o strój zostawiając na nim ślady smaru.

Uszczelka: Pan żeś jest ten artysta co to wierszyki pisze ta? Ja zawsze uważałem, że te gryzipiórki to ino chcą zarobić, a się nie narobić. Jak chcesz się pan ze mną spróbować to się pan postaraj. Jak mały byłem to mamusia mnie czytali taką bajkę, znasz Pan? "Stoi na stacji lokomotywa, ciężka ogromna i pot z niej spływa.." To ja właśnie jestem taka ciuchcia, więc nie stój pan na torach bo się wykoleisz.

Poeta zmarszczył brwi i spoważniał, a jego głos z przyjaznego i zaczepnego zmienił się w szorstki.

Edgar Dickinson: Znane mi są bajki Tuwima, wielokrotnie przełożono jego dzieła na mój język. W Pana wieku wypadałoby jednak już sięgać po inne dzieła tego artysty.
“O przyjacielu nieuczony,
Mój bliźni z tej czy innej ziemi!
Wiedz, że na trwogę biją w dzwony
Króle z panami brzuchatemi”
“Do prostego człowieka” Powinno do Pana przemówić. Jestem Pana rywalem, ale nie wrogiem, proszę tego nie mylić. Gdzie indziej musi Pan szukać odpowiedzialnych, za to jak wyglądają chociażby losy Pańskiego przyjaciela. Może jeszcze zrozumie Pan z czym tak naprawdę się ścieramy, wierzę, że ma to Pan gdzieś na dnie serca.

Uszczelka: Nie będziesz mi tu wierszokleto mojego druha obrażał. Sam pan masz morde umazaną jak za przeproszeniem wyciągnięty z kolektora ściekowego, a innych będziesz oceniał. Zygmunt może i wychyli za dużo, ale serce to ma chłop złote. Ja może i jestem prosty chłop jak żeś mnie pan nazwał, ale jak z panem skończę to pan będziesz połamany chłop.

Uszczelka akcentuje ostatnie słowa z wrednym uśmiechem i odchodzi odprowadzany zdegustowanym spojrzeniem Poety..

Final Round of the LPW World Championship Tournament
Singles Match: Zbyszek Uszczelka vs Edgar Dickinson
[Obrazek: KFBhd0b.png]

Wracamy do ringu po reklamach. Akurat Edgar kończy się wspinać na narożnik, natomiast Zbyszek powoli zbiera się z maty. Poeta czeka na odpowiedni moment, tauntuje i w końcu skacze, kiedy Majster stoi już twardo na nogach. Diving Crossbody! Ale Uszczelka wykazuje się niezwykłą siłą! Bez problemu łapie Dickinsona. Polska Górom! Publiczność nie wydaje się zbyt zadowolona z takiego obrotu spraw, jednak Betonowy Syfon nic sobie z tego nie robi i częstuje swojego przeciwnika Zaliczką na Materiał! Zadowolony z siebie Fachowiec przesuwa się do lin, aby przybić piątkę Butli... ale przecież jego od samego początku tam nie ma. Co wyprawia Uszczelka? Ewidentnie potrzebuje chwili, żeby dojść do siebie, ale w końcu przechodzi do pinu… jednak nie, roll up! 1... 2... Kick Out! To tylko rozjuszyło Zbyszka! Jakimś cudem dźwignął się z maty szybciej niż rywal i od razu ruszył z kopyta do ataku. Clothesline! Wkurzony Polak nie pozwala wstać Edgarowi i częstuje go serią Punchy. Jeszcze raz próbuje pinu. 1... Kick Out! Irlandczyk się nie poddaje. Ale to tylko woda na młyn dla Zerwanego Gwintu. Podnosi on bowiem swojego przeciwnika, wypłaca mu solidny Headbutt, po którym klask było słychać najprawdopodobniej aż Polsce, a zaraz po nim wynosi Dickinsona pod Będzie Pan Zadowolony! Szykuje się koniec walki! Jednak w powietrzu Poeta zaczyna się szarpać w każdą stronę i Polak musi go odstawić. Kilka punchy w solidny bojler i Edgar daje radę wyrwać się z uchwytu. Od razu wypłaca Zbyszkowi szybkie Enzuiguri, choć to nie wystarczy, aby powalić potężnego Majstra. Oj, tanio skóry nie sprzeda. Zachwiał się, ale nie upadł. Dickinson wcale się nad tym nie zastanawiał. Zrobił krok wstecz, aby natychmiast dołożyć jeszcze Plot Twist! Betonowy Syfon pada na matę jak rażony piorunem. Od razu mamy pin. 1... 2... Kick Out! Publiczność jest niepocieszona, Crow Prince już obmyśla dalszy scenariusz. I wygląda na to, że faktycznie jest niezwykle kreatywny i potrafi szybko przelać myśli na papier. Momentalnie zrywa się na równe nogi, ustawia tyłem do przeciwnika i popisuje się fenomenalnym Moonsaultem! Wylądował perfekcyjnie na dorodnym mięśniu piwnym potężnego Polaka i tym samym mamy kolejny pin. 1... 2... Nic z tego! Zawodnik z Siedlec ani myśli bawić się w Najmana i nie zamierza łatwo odpuszczać. Powoli zbiera się maty, ale tam już czeka na niego The Dreamer, który odbija się od lin i niesiony dopingiem publiczności pędzie prosto na Zbyszka. Jednak, jak to mówią, mądry Polak po szkodzie, Uszczelka już nie raz w tej walce widział taką sytuację i kolejny raz nie da się na to nabrać. Przepuszcza biegnącego rywala, lekko popychając go w plecy. Ten jeszcze raz odbija się od lin i nabiera jeszcze większej prędkości, lecz Majster tylko na to czekał. Przygotował się i solidnym Shoulder Blockiem nie tylko sprowadził Dickinsona na deski, ale jeszcze udowodnił, że Betonowy Syfon to pseudonim nie w mąkę pierdnął i zyskał go nie przez przypadek. Co prawda Poeta w miarę sprawnie zbiera się z maty, ale na to tylko czekał Fachowiec i tym razem popisał się fantastycznym Urwanym Gwintem. Ależ to gruchnęło, dajcie spokój. Zbyszek jest w idealnej pozycji, aby kończyć to starcie... ale jednak tego robi? Zapatrzył się w rampę, jak zaczarowany. To chyba jego pierwsza walka bez Butli u boku i widocznie nie może sobie z tym poradzić. Biedaczek. Znam ten ból, jakby mi kto piwo bezalkoholowe do gęby lał. No ale ta chwila zawieszenia trwa już dość długo. Edgar ma wystarczająco dużo czasu, aby dojść do siebie i wstać. W końcu Polak się odwraca, ale Irlandczyk zaskakuje Double Knee Facebreakerem! Betonowy Syfon upada pod narożnikiem, a z jego piersi wydziera się okrzyk - "Aaa! Jaki ból!" Dickinson wykorzystuje to, aby wdrapać się na narożnik. Tym razem już nie tauntuje, nie traci czasu. The End! Trafiony zatopiony! 1... 2... 3! Edgar Dickinson wygrywa!

Po zakończonej walce Edgar świętuje zwycięstwo, a następnie kieruje się w stronę zaplecza. Zbyszek Uszczelka powoli podnosi się z maty...i w tym momencie obraz na ekranie ukazuje nam sytuację na zapleczu, gdzie Zygmunt Butla został zaatakowany przez Prestona Steela'a i Miguela Escobara! Zawodnik z Hiszpanii przytrzymuje ręce Zygmunta za plecami, zaś Preston kilka razy uderza Polaka w brzuch kijem do kendo! Widząc te obrazki, Zbyszek pomimo bólu głowy postanawia ruszyć z pomocą swojemu kompanowi. W tym czasie Escobar chwyta Butlę w Front Facelock i wykonuje DDT na betonową podłogę! Nawet po tej akcji nie odpuszcza, tylko przechodzi do Ground and Pound, zasypując fana wódki nawałnicą ciosów! W tym czasie Preston znalazł jakieś krzesełko, jednak nie zdążył zrobić z niego użytku, gdyż zostaje powalony na ziemię przez Zbyszka Uszczelkę! Betonowy Syfon niemal od razu rzuca się z pięściami na Escobara! Dochodzi do szamotaniny, a po krótkiej chwili zjawiają się także medycy, którzy starają się udzielić pomocy zalanemu krwią Zygmuntowi, a także sędziowie i ochroniarze, którzy usiłują rozdzielić walczących zawodników. Początkowo udaje im się odseparować Escobara i Uszczelkę, jednak taki stan rzeczy nie trwa długo, gdyż Zbychu wyrywa się i ponownie rusza z szarżą - kolejne ciosy spadają na Miguela! Chwilowa przewaga hydraulika nie trwa jednak długo, gdyż zostaje on trafiony w plecy stalowym krzesłem przez Prestona Steele'a! Osuwa się na kolana, zaś obaj agresorzy błyskawicznie zaczynają go otłukiwać punchami! Zbyszek jednak nie poddaje się, nie chce osunąć się na ziemię, gdyż to byłby jego koniec! Steele przechwytuje go w Front Facelock, probując wykonać DDT, jednak Zbyszek broni się! Uderza go kilka razy w korpus, po czym znajduje w sobie siły by wstać i rusza do przodu, wbijając Heir Apparenta plecami w stalową skrzynię! Nadal jednak musi zmagać się z Escobarem, który kontynuuje wymierzanie silnych ciosów. W końcu pojawia się większa grupa ochroniarzy, której udaje się zapanować nad tym chaosem. Wygląda na to, że tym razem na dobre. Escobar i Steele wykrzykują jeszcze coś w kierunku wściekłego i obolałego Zbyszka. Po kilku sekundach w całym tym rozgardiaszu zjawia się także General Manager, Rob Van Dam.

Rob Van Dam: <wyraźnie podniesionym głosem> Dosyć. Jeśli macie ze sobą problem, nie będziecie go rozwiązywać na zapleczu kijami, krzesłami i zasadzkami. Załatwicie to po mojemu - w ringu, przy kamerach i na oczach wszystkich.Na LPW: Ascension, jeśli medycy dopuszczą Zygmunta do walki, zobaczymy starcie drużynowe: Preston Steele i Miguel Escobar kontra Zbyszek Uszczelka i Zygmunt Butla. Dodatkowo jeśli którykolwiek z Was ruszy swojego rywala przed oficjalnym starciem, może zapomnieć o występie na PPV.

RVD każe ochronie odprowadzić Prestona oraz Miguela, podczas gdy medycy dalej zajmują się Butlą.

Earlier This Week
Kamera przenosi nas do bogato zdobionej sypialni hotelowej. Na ścianach wiszą bogato zdobione arrasy ukazujące bitwy z ubiegłych wieków. Przed nami na baldachimie o burgundowym kolorze wyleguje się Lord Sebastien, a obok łóżka stoi oparta o nie jego laska Margaux. Sel de la Terre jest karmiony przez pracownika ubranego jak służba hotelowa winogronami. Francuz wykonuje gest ręką, a służba odchodzi znikając nam z kadru. Lord podnosi się do pozycji siedzącej i spogląda w stronę kamery.

Lord Sebastien: Bonjour, dzisiaj jestem w mojej ukochanej Francji, gdzie ludzie potrafią odpowiednio obsłużyć gościa takiego kalibru jak ja. Pewnie już wam się obiło o uszy, bo  materiał krąży po sieci. Zostałem skandalicznie potraktowany przez służbę hotelową w The St. Regis Bal Harbour Resort w Miami na Florydzie. Tak, nie bójmy się pozwów, mówmy nazwę tego nieprofesjonalnego hotelu wprost. Zachowali się nieprofesjonalnie i prostacko. Zamówiłem butelkę Krug Clos d'Ambonnay. Dla tych, którzy nie znają się na szampanach, muszę powiedzieć, że to nie są tanie rzeczy. Jedna taka butelka kosztuje około 4000 dolarów. Prawdopodobnie nigdy nie będziecie mieli przyjemności spróbować czegoś takiego, pozostaje wam tylko Sowietskoje Igristoje. Ale wróćmy do tematu. Zostałem haniebnie potraktowany przez służbę w Ameryce, ale wiecie co? To wcale mnie nie zdziwiło, w Ameryce nigdy nie wiedzieli jak powinno się postępować z arystokracją. Więcej, tam nawet się mówi, że wszyscy ludzie są sobie równi, ha tfu. *Lord spluwa na podłogę, a służba błyskawicznie podbiega i wyciera ślinę z podłogi* Jedyne miejsce, w którym ludzie wiedzą, jak z nami, szlachetnie urodzonymi, się obchodzić to moja ukochana, rodzinna Francja oraz Europa. Dlatego jestem tutaj, dostałem wolne w tym tygodniu od federacji, więc mam czas na regenerację. *Lord wstaje z łóżka i powolnym krokiem wraz ze swoją Margaux udaje się do wielkiego okna balkonowego patrząc prosto na krajobraz Lazurowego Wybrzeża* Jednak nie tylko regeneracja w tym jest dobra. Ten czas można wykorzystać na to żeby stanąć z boku i obserwować co się dzieje z boku. A nie dzieje się dobrze. W LPW mamy wielu ludzi niegodnych, wiele pracy przede mną, aby pokazać tym wszystkim ludziom gdzie jest ich miejsce. Spójrzcie chociażby na takich ludzi jak Zygmunt Uszczelka czy Zbigniew Butla. Jeden z nich to prosty wyrobnik, którego miejsce powinno być tylko i wyłącznie pod zlewem w jakimś brudnym, polskim mieszkaniu. Drugi z nich ma wrażenie, że cokolwiek mu się należy w tej federacji. Butla, jedyne co ci się należy to renta alkoholowa i brudna melina, w której będziesz zalewał się w trupa co dzień. I można by tak wymieniać w zasadzie bez końca. Federacja woli umieszczać w karcie takich ludzi? Okej, niech będzie. Jeszcze się przekonają w swoim czasie, że jedyne co ich czeka czyniąc takie ruchy to rychła zguba. A wtedy uzmysłowią sobie jak wiele tracą na mojej nieobecności i nie będą mieli żadnego wyboru. Nawet tak ograniczony człowiek jak Rob Van Dam będzie musiał w końcu to zrozumieć, że dla arystokraty zawsze znajdzie się miejsce na show. A wtedy ja wrócę i zimną krwią będę dalej wykonywał swój plan oczyszczenia federacji i pokazania Amerykanom do kogo należy ten świat.

Po tych słowach Lord otwiera drzwi balkonowe i wychodzi na taras patrząc w horyzont znajdujący się na morzu cały czas dzierżąc w ręku swoją Margaux. Obraz z kamery gaśnie.

Final Round of the LPW World Championship Tournament
Singles Match: Rob McŁowicz vs Ryback
[Obrazek: E4OoGjg.png]

Końcówka walki… Rob McŁowicz próbuje utrzymać Rybacka w defensywie, ale The Big Guy wygląda, jakby każda kolejna akcja rywala tylko dolewała oliwy do ognia. The Culinary Butcher trafia szybkim kopnięciem w brzuch, wykonuje gest solenia nad przeciwnikiem i rusza z serią ciosów. Solenie Rywala! Ryback cofa się o krok, potem drugi, a Rob natychmiast dokłada Kitchen Sink! Human Wrecking Ball zgina się w pół, McŁowicz odbija się od lin. Gulasz-line! Trafiony zatopiony! Ryback pada na matę! Pin! 1... 2... kickout! Rob przykłada palce do ust i mlaska, jakby właśnie próbował wyjątkowo twardego kawałka mięsa. The Master Chef of Chaos nie czeka, tylko wchodzi na narożnik. Długie „eeeeeeee” zwiastuje Eeee-mak-łowicz-bow! Connected! Pin! 1... 2... nie! Ryback odrywa bark w ostatniej chwili! McŁowicz łapie się za głowę, ale widzi szansę. Podnosi Rybacka, próbuje ustawić go pod Krakowski Kocioł, jednak różnica siły robi swoje. The Butcher blokuje wyniesienie, chwyta Roba i rzuca go przez ring Gorilla Press Slamem! McŁowicz odbija się od maty i próbuje od razu wstać, ale Ryback rusza jak rozpędzona ciężarówka. Jumping Clothesline! Rob pada, a The Big Guy przechodzi do pinu. 1... 2... kickout! Ryback podnosi McŁowicza i wykonuje Uranagę! Rob zwija się z bólu, a Human Wrecking Ball od razu przeciąga go na środek ringu. Pin! 1... 2... nie! The Sausage King jeszcze zostaje w walce! Ryback ustawia się w narożniku. Publiczność wie, co się szykuje. Rob powoli podnosi się na nogi, lekko zamroczony, ale jeszcze próbuje poprawić furażerkę. Meat Hock Clothesline! Jednak nie! McŁowicz uchyla się, Ryback przelatuje obok, a Rob trafia The Spatula Slap prosto w klatkę piersiową! Olbrzym cofa się, a The Michelin Star Menace dorzuca Running Bulldog! Ryback pada na kolano. Rob widzi idealną pozycję. Cofa się do lin, bierze rozpęd i krzyczy: „Smakuje?!” Degustacja Goryczy! Nie! Ryback w ostatniej chwili odsuwa głowę, a McŁowicz trafia nogą w pustą matę. Rob odwraca się zaskoczony i natychmiast inkasuje Meat Hock Clothesline! Matko Boska, to mogło urwać mu głowę! The Big Guy nie poprzestaje na tej akcji. Podnosi bezwładnego Roba, wynosi go na barki i przez chwilę maszeruje po ringu, patrząc z pogardą na publiczność. Shell Shocked! McŁowicz zostaje wbity w matę, a Ryback pinuje 1... 2... 3! Ryback wygrywa i awansuje do wielkiego finału turnieju.

[Obrazek: a4578aa15d55c.png]
Rob McŁowicz

Streak: 2-0-2
Last Match: Axel Blaze def. Rob McŁowicz
Achievements:

[Obrazek: cEjDAaW.png]
Silas Crowe

Streak: 2-0-0
Last Match: Silas Crowe def. Jeff Brown
Achievements:
Odpowiedz
Cytuj
Ryse
Head Admin
27.06.2026, 11:51 #1
Earlier Tonight

Na zapleczu widzimy Rybacka, który w koszulce Butcherback podchodzi obok cateringu. Chwile patrzy na przygotowane dla rosteru dania... po czym zaczyna jeść, talerz po talerzu, ilości wręcz hurtowe, obsługa nie próbuje nawet powstrzymywać olbrzyma. The Big Guy po opróżnieniu 17 talerza z jedzeniem dostrzega idącego obok Roba McŁowicza i trąca go barkiem

Ryback: Najmocniej nie przepraszam... Ty zostałeś szefem tego cateringu, czy co, że się tu pojawiłeś? Robisz to co najbardziej umiesz jak domniemam. Twoje żarcie w pobitych garach, gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy było całkiem dobre. Tylko było go mało. To tak jak w ringu...jesteś całkiem dobry...ale na pewnych gości to nadal za mało...i o ile wtedy tylko sobie tak żartowałem, o tyle teraz...słyszałem, że masz stanąć na mojej drodze... To bardzo niebezpieczna droga, nie łatwiej Ci po prostu iść do Twojego imiennika, a naszego szefa i powiedzieć, że nie dasz rady walczyć? Udaj kontuzje na przykład, wierz mi, to znacznie lepsze rozwiązanie niż doznanie prawdziwej kontuzji...

Rob po uderzeniu barkiem cofa się o pół kroku, ale szybko odzyskuje równowagę. Spogląda na puste talerze, potem na Rybacka, poprawia okulary i uśmiecha się pod nosem.

Rob McŁowicz: Najmocniej nie dziękuję za troskę. Widzę, że apetyt dalej masz ogromny, tylko maniery zostały gdzieś między szesnastym a siedemnastym talerzem. Kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy, pomyślałem, że to po prostu głód mówi za ciebie. Zjadłeś, popchnąłeś mnie na stół, potem przeprosiłeś i uznałem, że sprawa jest zamknięta. Teraz widzę jednak kogoś innego. Człowieka, który bardzo chce, żebym uwierzył, że sam rozmiar i groźna mina wystarczą, by zejść mu z drogi. Nie wystarczą. Nie zaszedłem tak daleko w turnieju po to, żeby teraz udawać kontuzję u Roba Van Dama. Jeśli chcesz miejsca na Ascension, będziesz musiał mnie zatrzymać sam. A wtedy sprawdzimy, czy naprawdę jesteś Rzeźnikiem, czy tylko dużym gościem, który nie potrafi odejść od stołu.

Ryback przez chwile jest zajęty dojadaniem kolejnego talerza, po czym wyrzuca go przed nogi Roba i spluwa pod nogi przyszłego oponenta

Ryback: Jeśli masz w ten sposób mówić do pana Rybacka, to lepiej dla Ciebie jakbyś urodził się niemy... Wyglądasz jakby fast food guy z obskórnej budki, z utargiem 12 dolców na dzień nagle zechciał wejść do ringu i pokazać umiejętności... Moje maniery między szesnastym, a siedemnastym talerzem? Ty jesteś gościem, bo nie użyję w Twoim przypadku słowa wrestler, który w rosterze jest dla mnie między szesnastym, a siedemnastym zawodnikiem, nie wiem co masz w karcie, ale moim daniem głównym jest danie Ci takiej lekcji, że po walce będziesz przychodził do mojej rzeźni na korepetycje. Tak bardzo pobije Cię w garnek, że Pobite Gary będą dla Ciebie koszmarem stulecia, a nie tylko programem. Prostak Steel się nie zastosował, i został zezłomowany, tak więc Rob... w mojej rzeźni będzie dla Ciebie specjalny hak…

Rob przez chwilę patrzy na talerz leżący pod jego nogami, potem na ślinę obok buta. Nie robi jednak kroku w tył. Poprawia okulary, powoli unosi wzrok na Rybacka i ponownie arogancko się uśmiecha

Rob McŁowicz: Pan Ryback? No proszę, widzę, że głód nie tylko pozwolił na zjedzenie cateringu, ale też kontaktu z rzeczywistością. Możesz rzucać talerzami, pluć pod nogi i opowiadać o hakach w swojej rzeźni, ale pamiętaj jedno: rzeźnik bez fachu to tylko facet, który macha ostrzem i robi bałagan. Kucharz wie, gdzie ciąć, kiedy odsunąć rękę i kiedy zakończyć gotowanie. Ja nie przyszedłem tu prosić o miejsce przy stole. Ja je sobie wywalczyłem. A jeśli naprawdę widzisz mnie między szesnastym a siedemnastym zawodnikiem rosteru, to tym bardziej będzie bolało, kiedy właśnie ten człowiek zamknie ci drogę do Ascension. Mówisz, że pobijesz mi garnek? Spróbuj. Tylko pamiętaj, Ryback… pusty garnek robi najwięcej hałasu, a ja bardzo dobrze wiem, jak uciszyć coś, co za długo gotuje się bez pokrywki.

Ryback rozrywa koszulkę Butcherback, którą ma na sobie, staje przed Robem bardzo blisko, oko w oko, skupiając wyraźnie swoją uwagę na Robie

Ryback: Robert, nie stać Cię na to, żeby postawić kolczatkę przed pędzącym tirem, a tylko wtedy mógłbyś zamknąć mi drogę do Ascension. Bez pokrywki, to są Twoje słowa, bo one się nie pokryją z rzeczywistością. Ty jesteś kucharzem, ale gotujesz to, co ja wcześniej w rzeźni przygotowuje. To ja decyduje czy Twoje dania będą dobre, czy nie, i żebyś mi nie powiedział, że z moich słów wynika, że jesteś moim szefem, bo wiem, że będziesz chciał to zrobić - nie, ode mnie zależy czy Twoje dania się przyjmą. Czy dam Ci dobrą świnie, czy po prostu...podłożę Ci świnie, a że niestety nie zasługujesz na najlepszej jakości mięso...dostaniesz już tylko podroby, najlepszej jakości mięso zostawię sobie na finał. Bo ja jestem Butcherback, najlepszy rzeźnik w tej federacji, a Ty jesteś tylko Łowicz... prawie nikt w USA nie wie, gdzie leżysz na mapie... i nasza walka zakończy się tak samo...nie będziesz za bardzo wiedział po niej gdzie dokładnie leżysz, zgadzać będzie się tylko pozycja. Bo będziesz leżeć, i żałować, że wszedłeś do tej gry będąc nic nie wartym pionkiem...Choćbyś zaklinał rzeczywistość, na końcu dnia przyjdziesz do domu, odłożysz swoje marzenia i pomyślisz.... Mogłem to lepiej ugotować. Ale chciałeś mi przysolić, a przepieprzysz te walkę... Feed Me...MORON!

Rob przez moment patrzy na Rybacka z bliska, nie cofając się ani o krok. Zerka na porwaną koszulkę, potem z powrotem w oczy rywala i spokojnie poprawia okulary.

Rob McŁowicz: Widzisz, Ryback, ty bardzo chcesz, żebym się przestraszył. Stajesz blisko, rozrywasz koszulkę, mówisz głośniej, rzucasz obelgami i liczysz, że w którymś momencie zrobię krok w tył. Tylko że ja już słyszałem ludzi, którzy mówili mi, czym nie jestem. Nie jestem wystarczająco poważny. Nie jestem prawdziwym zagrożeniem. Nie jestem kimś, kto powinien dojść tak daleko. A jednak stoję tutaj, przed tobą, w ostatniej rundzie turnieju i jestem o krok od walki o mistrzostwo podczas PPV. Możesz nazywać mnie pionkiem, możesz udawać, że nie wiesz, gdzie leży Łowicz, możesz obiecywać kontuzje, haki i rzeźnię. To wszystko brzmi groźnie, naprawdę. Ale pod tym całym hałasem słyszę jedną prostą rzecz: wiesz, że musisz mnie pokonać, żeby dostać się na Ascension. I to boli cię bardziej, niż chcesz pokazać. Nie jestem Prestonem . Nie jestem talerzem z cateringu. Nie jestem kimś, kogo połkniesz między jednym oddechem a drugim. Jeśli chcesz finału, będziesz musiał przejść przeze mnie naprawdę, nie tylko w swoich przemowach.

Rob nachyla się minimalnie bliżej.

Rob McŁowicz: A kiedy po walce będziesz leżał i szukał odpowiedzi, gdzie popełniłeś błąd, przypomnij sobie ten moment. Bo miałeś rację tylko w jednym: mogłem to lepiej ugotować. Dlatego na gali podam cię dokładnie tak, jak trzeba. Smakuje?

Obraz z kamery gaśnie

Kamera przenosi nas na zaplecze. Obraz jest lekko roztrzęsiony, jakby ktoś nagrywał telefonem z ukrycia. W kadrze widać uchylone drzwi do biura Roba Van Dama. Ze środka słychać głos GM’a, który najwyraźniej rozmawia przez telefon.

Rob Van Dam: Tak, dokładnie. Potrzebujemy kogoś, kto będzie reprezentował interesy LPW, zanim pewne sprawy wymkną się spod kontroli. Nie chodzi już tylko o porządek na gali. Chodzi o zabezpieczenie federacji.

RVD robi krótką pauzę, słuchając osoby po drugiej stronie telefonu.

Rob Van Dam: Kogoś konkretnego. Kogoś, kto zna ten biznes i wie, jak rozmawiać z ludźmi, którzy myślą, że zasady ich nie dotyczą.

Nagle RVD odwraca głowę w stronę drzwi, jakby usłyszał szmer. Kamera natychmiast zaczyna się cofać.

Rob Van Dam: Porozmawiamy na miejscu. Do zobaczenia wkrótce.

RVD kończy rozmowę, podchodzi do drzwi i z hukiem je zatrzaskuje. Obraz urywa się gwałtownie.

[Obrazek: 0e916733f1788.png]


Na hali wybrzmiewa dobrze znana muzyka a na titaronie wyświetlają się kolejno zawodnicy rosteru LPW. Po chwili widzimy złoto czerwoną grę świateł, która ma za zadanie podkreślić wagę tego co za chwilę nas czeka. Przy refrenie utworu na rampie widzimy mały pokaz pirotechniczny, a następnie kamera przenosi nas do stolika komentatorskiego.

Przy stoliku komentatorskim siedzą już Michael Cole oraz Tomasz Hajto. Kamera pokazuje obu panów, którzy przygotowują się do rozpoczęcia kolejnego fragmentu gali.

Michael Cole: Panie i panowie, Michael Cole i Tomasz Hajto witają państwa ze stolika komentatorskiego! Naszym dzisiejszym gościem specjalnym miał być Eugene, jednak rozchorował się, tak więc tym razem jesteśmy bez gościa specjalnego.

Tomasz Hajto: Tak jest, jednak dwóch takich profesjonalistów jak my da sobie radę!

W tym momencie na arenie rozbrzmiewa theme Jose Lopeza! Ku zdumieniu obu komentatorów Lopez pojawia się przy stoliku komentatorskim, zakłada słuchawki i zajmuje miejsce obok nich.

Jose Lopez: Nie martwcie się, panowie... jestem i ja! Wiem, że w federacji są lepsi kandydaci na bycie gościem „specjalnym”. <Lopez uśmiecha się szyderczo.> Ale nie ma chętnych, a ja nie mogę zostawić was w potrzebie. Przemyślałem swoje zachowanie, zresocjalizowałem się prawie jak Kenneth Riddle i... przybyłem. Miałem czas, by zrozumieć, że Rob Van Dam to konkretny gość. Wie, gdzie uderzyć... <spogląda na Hajto> Daruj sobie teraz piłkarskie żarty. Po tym, gdy nasz GM skazał mnie na walkę z tamtym prymitywnym spaślakiem, a teraz dorzucił mu kolejnego, jeszcze głupszego klauna, boję się, że przy dalszych niesnaskach wymyśli coś jeszcze gorszego i być może zawalczę ja sam kontra wcześniej wymieniona dwójka i... Mike Brutal? To byłoby już zbyt wielkie stężenie głupoty. <parsknięcie> Tak czy siak... zaplusuję i zadbam o to, by nasze ukochane władze nie musiały wydawać kolejnych pieniędzy na jakiegoś zawodnika spoza federacji, który wyduka kilka zdań. Dzisiaj ja zajmę się komentowaniem, więc... co my tutaj mamy ciekawego?

Michael Cole: Bardzo dobrze cię widzieć, Lopezzo. Dziś mamy w karcie kapitalną walkę: Axel Blaze kontra Jorge Cavazos. Axel jest faworytem, ale czy Cava da radę?

Tomasz Hajto: Ivi Lopez, znakomita postać. Lepszego partnera w komentowaniu nie można było wymyślić. Cava myślę, że da radę. On jest na tyle mocny, że Axel może mieć problemy.

Jose Lopez: Czyli mamy starcie dwóch amatorów alkoholu, którzy obnoszą się z tym i jednocześnie aspirują do bycia ulubieńcami dzieciaków. Jasne! Ma to sens... Blaze to bierze i idzie walczyć o pas. <Jose przegląda kartki.> Następnie będzie... <wczytuje się jeszcze bardziej> Ktoś, kto bardzo lubi koty i ten od oliwek. Świetny pojedynek, nieprawdaż?

Michael Cole: Bardzo ciekawe starcie. Mateusz próbuje przełamać się po serii porażek, natomiast debiutant wypadł obiecująco.

Tomasz Hajto: Mateusz to człowiek, w którego mało kto wierzy, ale ja kiedyś komentowałem sport z Mateuszem. Tylko innym. I sport też był inny, dlatego trzymam za niego kciuki.

Michael Cole: Zbyszek Uszczelka kontra Edgar Dickinson. To jakby starcie dwóch światów. Jestem ciekawy twojej fachowej opinii, Jose. Jako wieloletni zawodnik różnych organizacji — wolisz walczyć z zawodnikami bliższymi tobie czy takimi, którzy są zupełnym przeciwieństwem Jose Lopeza?

Tomasz Hajto: Ja raz walczyłem na jednej gali, ale moim zdaniem łatwiej walczyć z kimś równym tobie. A ty, Ivi, jak się na to zapatrujesz?

Jose Lopez: Mam przez to rozumieć, że kimś równym tobie była starsza, bezbronna i niewinna osoba? W takim razie na pewno inaczej postrzegamy równość i wiele innych rzeczy. Ups... skąd ja to wiem? Dziwnym trafem w każdej pieprzonej federacji, w jakiej jestem, władze nabierają się na ciebie i cię zatrudniają, ale ty udawaj, że nie pamiętasz mojego imienia... chociaż ty raczej nie udajesz. Jesteś po prostu idiotą. <spogląda na Cole’a> A co do twojego pytania, Michael... wolę walczyć przede wszystkim z poważnymi rywalami. <patrzy na kartki> McŁowicz kontra Ryback... zapodam wam ciekawostkę. Po części dzięki temu osiłkowi dostałem angaż w mojej pierwszej poważnej federacji, jaką było PHW.

Michael Cole: Dla mnie ta walka to typowe 50/50. Nie ma tutaj wyraźnego faworyta, ale tej ciekawostki chętnie posłuchamy.

Tomasz Hajto: Może ty, Michał, chętnie. Ja po prostu spełnię swój obowiązek z klasą godną finału Ligi Mistrzów. Znacznie bardziej jednak ciekawi mnie starcie Preston Steele i Miguel Escobar kontra Dick A’Very Big i Jeff Brown. Szczególnie postać Dicka Advocaata może budzić duży respekt.

Jose Lopez: Nasz GM ma chyba fetysz dawania zawodnikom z Las Palmas dosyć „intrygujących” oponentów. Tak... kolejna ciekawostka! Miguel Escobar pochodzi z tego samego miasta co ja. Niestety. <wredny uśmiech> Tyle o tym starciu mogę powiedzieć. Przejdźmy dalej. <ponownie Lopez patrzy na kartkę> A, no tak... moja batalia przeciwko Puszystemu i... Tautu. Co powiecie o tym? Myślę, że wszyscy eksperci, którzy bawią się w Dave’a Meltzera, już mogą szykować minimum pięć gwiazdek.

Tomasz Hajto: Lopez, ciebie znam, Jeana znam, to kiedyś aktor był, w Kickboxerze grał, natomiast Tautu? Nie mam pojęcia, kto to jest.

Michael Cole: Przede wszystkim chciałbym o tej walce powiedzieć, że taki człowiek jak ty jest w oczach wielu zdecydowanym faworytem. Ja osobiście mogę powiedzieć, że twoja praca w ringu zdecydowanie mi imponuje i myślę, że realnie nie powinieneś mieć problemów w tym starciu. Chyba że Pierre na ciebie spadnie, to jednak gigantyczny gość. Kenneth Riddle kontra Zack Sabre Jr... Czy to nie jest przypadkiem najmocniejsza walka wieczoru w historii naszej federacji?

Jose Lopez: Doceniam wazelinę z twojej strony, Michael, ale bez przesady, bo tak jak Mateusz MW jest znany z wiadomo czego, to ja zaraz będę jego wazelinowym odpowiednikiem. <ironiczny uśmiech> Przechodząc do walki wieczoru, kojarzę Kennetha Riddle’a... chyba kilka pojedynków ze sobą nawet stoczyliśmy. Całkiem niezły jest. A Zack? Jeśli będzie mu szło tak dobrze jak wymyślanie nowych imion dla Riddle’a, to myślę, że... przegra.

Tomasz Hajto: Moim zdaniem jest tutaj potencjał na wybitny pojedynek, ale wyjątkowo zgadzam się z tobą. Riddle jest tutaj faworytem.

Michael Cole: My więc nie zanudzajmy, nie osądzajmy i nie przewidujmy. Dajmy ringowi popracować. Dziękujemy, Lopezzo, za dołączenie do naszego stolika i oddajmy głos ringowi!

Kamera przenosi nas teraz do ringu, w którym znajdują się Jorge Cavazos oraz Axel Blaze. Obaj mają w ręku mikrofonu, więc chyba będą mieli nam coś do powiedzenia.

Jorge Cavazos: Hola Amigos! Como estais!? *lekki cheer* U mnie ostatnio muy bien, mam nadzieję, że u was tak samo. Ci, którzy śledzili ostanie odcinki Colosseum wiedzą, że wygrałem ostatnią rundę turnieju i cały czas w nim jestem. Moja kariera zaczyna ostatnio nabierać niezłego rozpędu. Szczerze mówiąc, teraz już z perspektywy czasu mogę wam o tym powiedzieć. Sam się nie spodziewałem takiego obrotu spraw. Spodziewałem się, że na tym etapie raczej nie będę brał już udziału w turnieju. Jednak dzięki ciężkiej pracy jestem cały czas tutaj i nie zamierzam się cofać i doprowadzić cały ten turniej do mojego finalnego triumfu. Czy nie brzmi to bueno? Luchador bez maski, którego krytykuje pół środowiska zostaje pierwszym w historii LPW World Championem. Dla mnie to będzie potwierdzenie tego, że moja droga ma sens, a ta naprawdę nie była łatwa. Co prawda w debiucie pokonałem Mateusza MW, który nie okazuje się być zbyt mocnym przeciwnikiem, ale potem natrafiłem na Roba McŁowicza. Rob był bardzo mocny i nie udało mi się go pokonać. Rob, mam nadzieję amigo, że będziemy mieli okazję spotkać się w finale na LPW: Ascension i będę mógł ci udowodnić, że tym razem to ja będę tym lepszym. W ostatniej rundzie odkupienia wylosowałem Zygmunta Butlę. Jedni mogli by powiedzieć, że to przecież alkoholik, żaden przeciwnik. Ja osobiście nie mam nic przeciwko alkoholowi, ale wszystko powinno mieć swój czas i swoje miejsce. Zygmunt nie był łatwym przeciwnikiem, na tym etapie już nie było łatwych rywali i zagwarantowałem sobie miejsce w dzisiejszym półfinale. Nie możemy też zapominać o tym co wydarzyło się na koniec odcinka. Najpierw wylosowałem swojego przeciwnika Axela Blaze`a, a następnie wszyscy jako półfinaliści postanowiliśmy przejść do czynów. Wszyscy widzieliście jak to się skończyło. To ja stałem w tym ringu wskazując palcem na to logo *Jorge wskazuje palcem na logo LPW: Ascension*

Axel Blaze: Jorge, wiem, że angielski to nie jest Twój ojczysty język, ale jesteśmy w Indianie, domu legendarnego wyścigu Indianapolis 500, Ci ludzie zasługują na najwyższy poziom widowiska. *cheer* Nie bierz tego do siebie, kiedy ja popełniam błędy to też oczekuję, że ktoś zwróci mi na nie uwagę. I muszę przyznać, że w Louisville popełniłem ogromny błąd. Nie da się zaprzeczyć, że to ja zaatakowałem Cię jako pierwszy. Nie powinienem tego robić, za co przepraszam. Boleśnie przekonałem się, że nie tędy droga. Swoją drogą, chłopie, ale Ty masz kopyto. Na drugi dzień czułem się jak po ostro zakrapianej nocy. A skoro znowu jesteśmy przy alkoholu, po gali możemy wyskoczyć na kilka głębszych Cava Tequili. Bez względu na wynik. *cheer* Lubię Cię i bardzo szanuję, Jorge, ale tutaj muszę postawić granicę. Tutaj kończą się uprzejmości i czułe słówka. *Blaze staje twarzą w twarz z Cavazosem* Turniej trwa, a w nim każdy może liczyć wyłącznie na siebie. Za chwilę wybrzmi gong, a wtedy zaczniemy nasz koncert. Spokojnie, ja nie uznaję brudnej gry i coś mi się wydaję, że Ty też nie. Teraz wszystko inne schodzi na bok, liczy się tylko dobre show. Ascension czeka i tylko jeden z nas będzie mógł tam wejść jako kandydat do zdobycia pasa. I powiem Ci jedno - w życiu nie byłem tak blisko zapisania się w historii. A im bliżej tego celu jestem, tym bardziej jestem niebezpieczny. Nie rozpraszaj się, nie mrugaj, nie wstrzymuj ręki. Bo jestem gotowy iść na wojnę, żeby trwale wypalić swoje nazwisko w wieczności. Słyszysz jak wali mi serce? Już nie mogę się doczekać, bo wiem, że zaraz damy czadu. Jeszcze nigdy nie byłem tak gotowy, a Ty?

Jorge Cavazos: Na wstępie przyjmuję przeprosiny amigo, a wypad do baru napić się Cavy Tequili brzmi jak dobre romper el hielo. Ostanio to ty zaatakowałeś mnie pierwszy i muszę ci coś szczerze powiedzieć. Trochę Ciebie rozumiem, sam czułem już presję i ekscytację naszą walką, która odbędzie się za chwilę. Pewnie gdybyś Ty tego nie zrobił to mi mogłyby puścić nerwy i ruszyłbym po Ciebie. Na tym jednak dulces palabras się kończą jak sam to określiłeś. Wiem, że bardzo zależy Tobie na tym zwycięstwie i finalnie na zostaniu pierwszym LPW Wolrd Championem w historii. Zresztą byłbyś głupim, gdybyś wziął udział w turnieju w momencie, kiedy by Tobie nie zależało. Wiem, że postarasz się zrobić wszystko, co w twojej mocy aby mnie dzisiaj pokonać i pozostać w stawce turniejowej. Powiedziałes, że jesteś blisko zapisania swojej karty w historii. Ja może jestem trochę dłużej w tym biznesie. Może już osiągałem sukcesy w swojej karierze. Ale nigdy nie osiągnąłem takiego sukcesu jak teraz - nigdy nie zostałem World Championem i nigdy nie byłem twarzą federacji. Nie zamierzam z tego rezygnować. Wiem, że będziesz ciężką przeprawą, ale już nie raz w życiu miałem ciężko i jestem zahartowany. Jesteś faworytem, ale dla mnie to nawet lepiej. To jest pozycja w jakiej to ja się czuje najlepiej, jak peces en el agua. Większość mojego życia byłem skreślany i stawiany na przegranej pozycji. Musiałem sobie z tym radzić i teraz nie będzie inaczej. Myślisz, że możesz mi zagwarantować coś więcej niż piekło gorącej Tijuany albo twarde i zimne cele meksykańskiego więzienia? Nie sądzę, ale mam nadzieję, że kiedy sędzia klepnie trzeci raz w matę i uniesie moją rękę do góry to nie będziesz miał problemu, żeby potem wychylić w barze wspólnie jedną szklankę czy dwie. Pytasz mnie czy jestem gotowy na naszą walkę? Musisz zapytać najpierw siebie - czy jesteś gotowy na zderzenie z El Locomotorą?

Axel Blaze: Ty mnie chyba nie słuchałeś, amigo. *Blaze puszcza oczko* Nie lubię się powtarzać, ale dla Ciebie zrobię wyjątek. NIGDY! NIE BYŁEM! BARDZIEJ! GOTOWY! *cheer* Skup się, Jorge. Żarty się skończyły. Zabawa się skończyła. I bycie miłym też się skończyło. Przynajmniej na dopóki walka będzie trwać. Później, jeśli to Twoja ręka powędruje w górę, stawiam pierwszą kolejkę. Mówisz o piekle gorącej Tijuany i zimnej meksykańskiej celi, ale na mnie nie robi to wrażenia. Widzisz, ja wychowałem się na ranczu w Teksasie. Upał i tornada nie są mi obce. Tak samo jak uczciwa, ciężka praca przy hodowli bydła. I wiesz co, Jorge? Umiejętności poskromienia krnąbrnego byczka wyssałem już mlekiem matki. Co prawda nie siedziałem, ale dyscypliny nauczyła mnie religia i futbol. Ty dorastałeś tam. Ja dorastałem tutaj.  Inne języki, domy, historie... a jednak obaj skończyliśmy w tym samym miejscu. Liczy się tylko to, co jest tu i teraz. Popatrz na to. *Blaze unosi przedramię, na wysokość wzroku Cavazosa. Na skórze widać gęsią skórkę* Właśnie dla takich chwil żyję! Emocje, adrenalina, walka - to mnie napędza, to jest mój sposób na życie. I właśnie dlatego tak cholernie nie mogę się doczekać, aż zabrzmi gong. Nie dlatego, że chcę Cię upokorzyć. Nie dlatego, że chcę Ci coś udowodnić. Nie dlatego, że Cię nienawidzę. Tylko dlatego, żeby postawić kolejny krok w drodze ku wielkości. Nawet jeśli będę musiał się zderzyć z pieprzoną Lokomotywą to stanę na baczność i będę czekał aż we mnie wpadnie, a później otrzepię się i zapytam czy ma dla mnie coś jeszcze! *cheer, Blaze podchodzi jeszcze bliżej i patrzy prosto w oczy Cavazosa* Mam nadzieję, że to co widzę teraz w Twoich oczach to nie strach... bo inaczej właśnie przypieczętował Twój los. Ale może przestaniemy w końcu gadać i damy im coś, czego nigdy nie zapomną?! *cheer* I niech ring zapłonie!

Zawodnicy jeszcze przez chwilę toczą pojedynek na spojrzenia, aż w końcu rozdziela ich sędzia i nakazuje udać się do narożników. Na odchodne jeszcze mamy uścisk dłoni między Panami i faktycznie przechodzą do przeciwległych narożników, a sędzia zaczyna sprawdzać ich gotowość przed walką.

Final Round of the LPW World Championship Tournament
Singles Match: Axel Blaze vs Jorge Cavazos
[Obrazek: 7tdYRZp.png]

Wracamy do pojedynku po reklamach i widzimy jak Axel trzyma rywala w Headlocku na macie. Jorge zaczyna powoli wstawać, a gdy już jest na nogach to spycha rywala przed siebie. Blaze odbija się od lin i mamy Shoulder Block, ale na Cavazosie nie robi to wrażenia. Mr. Forever przechodzi do kolejnego Shoulder Blocka, ale dalej nie jest w stanie ruszyć Fiesta Monstera. Meksykanin krzyczy mu nakręcony prosto w twarz, a Amerykanin wychodzi z założenia, że do trzech razy sztuka i chce wyprowadzić trzeciego Shoulder Blocka, ale wpada wprost na No More Tequila, po którym natychmiast przypina…1…2…break. El Locomotora wygląda jakby trochę się tego spodziewał, więc podnosi przeciwnika i wynosi go pod Vertical Suplex. High Life Warrior jest jednak na tyle przytomny, że broni się kolanami w głowę rywala przez Jorge musiał go puścić, a Axel wykorzystuje chwilę, aby wyprowadzić Bicycle Knee Strike. Cavazos chwieje się na nogach, więc Blaze idzie dalej za ciosem i wykonuje Ushigoroshi, po którym przypina…1…2…Fiesta Monster kładzie nogę na linie. Mr. Forever jest zmuszony kontynuować pojedynek. El Locomotora wraca na nogi, a Legend in Making przechodzi do próby Drive By, jednak na próbie się kończy, bo Bone Breaker w odpowiednim momencie wynosi go do góry i mamy potężny Powerbomb! Axel nieco oszołomiony, ale od razu wstaje i nadziewa się na Big Boot. Blaze coraz wolniej, ale znowu wstaje i dostaje kolejny Big Boot. Amerykanin wraca ponownie na nogi i wyprowadza Clothesline, ale Cavazos robi unik pod jego ręką. Blaze odbija się od lin i wpada wprost na Clothesline From Tijuana. Fiesta Monster nakręcony macha linami w takim stylu, jak to kiedyś robił Batista przy owacji całej areny. Mr. Forever wraca na nogi, a latynos wynosi go pod C Factor, jednak High Life Warrior szarpie się i daje radę zsuną