Earlier this week...
Kamera przenosi nas na rozległe ranczo w sercu Teksasu, a w tle słyszymy przyciszone "La Granga" zespołu ZZ Top. Po horyzont ciągną się wypalone słońcem pastwiska, drewniane ogrodzenia i samotne drzewa, a w oddali pasą się bydło i konie. Przy domu z czerwonego drewna i kamienia stoi zakurzony pickup, na werandzie kołysze się drewniany fotel, a na stoliku obok stoi ciężka, żeliwna popielniczka oraz butelka piwa Shiner Bock, która jest do połowy opróżniona. W tym miejscu życie płynie własnym rytmem. W końcu przenosimy się do wnętrza domu. W kuchni krząta się kobieta około pięćdziesiątki - ma mocną sylwetkę, włosy związane z tyłu głowy i spojrzenie osoby, która niejedną rzecz w życiu bierze na własne barki. W jeansach, koszuli w kratę i skórzanym fartuchu dogląda garnka na kuchence, jednocześnie przygotowując kolejne składniki obiadu. Porusza się sprawnie, z naturalną pewnością siebie, ale na jej twarzy nieustannie gości ciepły, serdeczny uśmiech. Nagle w drzwiach kuchni pojawia się nie kto inny, jak Jose Lopez, a muzyka cichnie. Hiszpan ubrany jest dosyć skromnie jak na siebie. Zdobią go biały t-shirt, czarne proste spodnie oraz Martensy na stopach. Lopez nie puka, po prostu staje w progu, jakby miał pełne prawo tu być. Kobieta szybko zauważa przybysza, zerka na niego znad ramienia i uśmiecha się serdecznie, ale też nie przerywa pracy, ani nie rzuca wszystkiego, żeby go przywitać.
Gospodyni: Cóż za niespodzianka. *wyciera dłonie w fartuch* Wchodź, kochanie. Właśnie robię obiad. Napijesz się kawy?
Mówi to autentyczną życzliwością, jakby oferowanie kawy niezapowiedzianemu gościowi było najnaturalniejszą rzeczą na świecie. Nie dopytuje, po co przyjechał, nie okazuje niepokoju, po prostu wraca do gotowania. Jose zawiesza się na chwilę z pustym wzrokiem widocznym na twarzy, by po chwili w końcu wymusić na swojej twarzy uśmiech, który do naturalnych nie należy, ale Lopez bardzo stara się, by to miano można było mu nadać.
Jose Lopez: Kawa... brzmi świetnie. *kiwa głową*
Anti Heroe wchodzi do środka, szybko skanując otoczenie swym wzrokiem. Jego spojrzenie spotyka się z oczami zamieszkałej tu kobiety i wymieniają się serdecznymi uśmiechami. Jose spokojnie zasiada na krześle, które jest przy malutkim stoliku.
Jose Lopez: Niesamowite jest to, jak niedaleko pada JABŁKO od jabłoni. Teraz już wiadomo dzięki komu Axel stał się tak dobrą oraz życzliwą osobą. *uśmiech*
Gospodyni wyłącza ogień pod garnkiem, wyciera ręce w ścierkę, a następnie sięga po dzbanek z kawą i nalewa jej do dwóch dużych kubków. Jeden stawia przed gościem, drugi zaś zabiera ze sobą i siada z nim po drugiej stronie stolika. Patrzy prosto w oczy Lopeza, teraz pokazuje bardzo sztuczny, wyraźnie przerysowany uśmiech, a następnie poważnieje.
Susana Morgan: Nieładnie jest zazdrościć, kochanie. Czasami lepiej jest po prostu wziąć z kogoś przykład. I kto wie, może jeszcze wyjdziesz na ludzi? *solidny łyk kawy* Przejdźmy od razu do rzeczy - czemu zawdzięczam tę "przemiłą" wizytę?
Jose Lopez: Zazdrościć...?
Jose z zadumą spogląda na swój kubek z kawą i cukier, który jest w pobliżu, wygląda, jakby za chwilę miał coś dopowiedzieć, ale nie robi tego. Ostatecznie nie słodzi swojego napoju, jakby po prostu świadomie poraz kolejny wybrał w swoim życiu gorycz. Lopez bierze powolny łyk kawy i spogląda pustym wzrokiem na kobietę.
Jose Lopez: Jestem tutaj, bo chcę, by pani wiedziała o pewnych sprawach. *kobieta jest lekko zainteresowana* O rzeczach, których dokonam, a także o tych, których już dokonałem. *odkłada kubek* Wszystko jest powiązane z Axelem, więc wierzę, że to będzie dla pani bardzo ciekawe. *pusty, ledwo widoczny uśmiech*
Susana Morgan: *łyk kawy* Zamieniam się w słuch, kochaneczku. Co taki smutny chłopiec ma do powiedzenia starszej pani?
Jose zbiera się dłuższą chwilę do wypowiedzenia jakichkolwiek słów, patrzy przed siebie swoim zawieszonym, jakby pozbawionym duszy wzrokiem, w końcu ułamku sekundy spogląda na Susane.
Jose Lopez: Znam Axela już od jakiegoś czasu i przez cały ten okres znajomości wmawiałem wszystkim, że pomagam mu... bo widzę w nim dawnego siebie? Z troski o jego talent? Mniej więcej takie brednie można było ode mnie usłyszeć. Być może moja cząstka tak to postrzegała, to nieistotne, prawda jest taka, że... *bierze głębszy wdech* Robiłem to dla SIEBIE. Chciałem jak najsilniejszego rywala, takiego, który znienawidzi mnie i zrobi wszystko, bym podczas walki został zmasakrowany. Czy się udało? Nie do końca. On nie potrafi słuchać, nie chce tego robić, ma swój własny świat, a ja? Ja mam swoje własne metody. *splata dłonie, łokcie opiera na stole i patrzy głęboko w oczy rozmówczyni* Zamierzam skrzywdzić pani syna. *kobieta wzdryga się i chce coś powiedzieć* Dla swoich celów jestem w stanie zrobić wiele, naprawdę WIELE, więc nie będzie problemu z tym, bym zrobił wszystko, byś wysłuchała mnie do końca i nie wchodziła mi w słowo. *Jose spogląda groźnie* By okazać ci skalę tego po jakie okropności jestem w stanie sięgnać, mogę przytoczyć to, że podałem twojemu synowi środki nasenne, a następnie zorganizowałem całą szopkę, która miała na celu zniszczenie mu życia! KUREWSKO chciałem, byś to usłyszała ode mnie OSOBIŚCIE! Może to ci uzmysłowi, co już niebawem czeka twoją pociechę...
Mama Blaze'a ani przez chwilę nie okazywała strachu, wręcz przeciwnie. Kiedy Lopez kończy ponownie uśmiecha się promiennie, bierze solidny łyk kawy i spokojnie odstawia kubek. Przez cały czas patrzy prosto w oczy swojego gościa.
Susana Morgan: Wpadłeś, złotko.
W tym momencie słyszymy kliknięcie dyktafonu, jednak to nie Doktor Kline, ale Axel Blaze wchodzi z pokoju do kuchni trzymając przy uchu urządzenie.
Nagranie: "Podałem twojemu synowi środki nasenne, a następnie zorganizowałem całą szopkę, która miała na celu zniszczenie mu życia!"
Axel Blaze: Ależ Ty jesteś przewidywalny, Lopez.
Axel podchodzi coraz bliżej, Lopez wstaje i poprawia ubranie. Zawodnicy stają ze sobą twarzą w twarz, dosłownie stykają się czołami i zaczynają napierać coraz mocniej. W końcu widać ogień złości w oczach Blaze'a, ale też niezwykłą determinację w oczach Lopeza. Atmosfera jest coraz gęstsza z każdą chwilą. Wygląda na to, że zaraz zobaczymy porządne mordobicie, kiedy nagle atmosferę w ułamku sekundy uspokaja dźwięk przeładowanej strzelby. To mama Axela mierzy prosto do nieproszonego gościa! Susana stoi pewnie, nie mruga, od razu widać, że nie żartuję.
Susana Morgan: Nie na mojej warcie, kochaneczku. Bierz dupę w troki i wynoś się z mojego domu. W podskokach.
Hiszpan nie zamierza testować cierpliwości gospodyni, rzuca jeszcze jedno spojrzenie Axelowi i opuszcza budynek. Obraz z kamery gaśnie...
![[Obrazek: cNDyCwA.png]](https://i.imgur.com/cNDyCwA.png)
Zamiast standardowego wstępu kamera pokazuje nam centrum stage’u, gdzie przy pięciu mównicach stoi pięciu potwierdzonych uczestników walki o walizkę. Dodatkowo po boku ustawiona jest również szósta mównica, przy której stoi Nick Aldis, zabierający też od razu głos.
Nick Aldis: Witam serdecznie wszystkich zgromadzonych na trybunach, oraz naszych szanownych zawodników. *cheer* Pomyślałem, że zanim wyłonimy ostatniego uczestnika Elimination Chamber Matchu, dobrze byłoby przeprowadzić kulturalną *uśmiech* debatę. Każdy z was będzie miał 90 sekund na udzielenie odpowiedzi na to samo pytanie. Pytań będzie trzy. Będę was wywoływał do odpowiedzi, przy każdym z pytań kolejność odpowiedzi jest losowa. Nie przedłużając, bo myślę, że każdy jest zainteresowany tym co macie do powiedzenia - zaczynamy. Pierwsze pytanie brzmi następująco: “Gdy patrzysz na pozostałych uczestników zbliżającej się walki o walizkę, co jako pierwsze przychodzi Ci do głowy?”. *spogląda na Leone* Tony, czas start. *na titantronie zaczyna się odliczanie*
Tony Leone: *szeroko rozkłada ręce, serdeczny uśmiech* Witam serdecznie, przyjaciele.Cóż za niewątpliwa przyjemność spotyka mnie, aby rozpoczynać debatę w tak doborowym towarzystwie. *skinienie głową w kierunku Dickinsona oraz Hallowaya* Panowie Dickinson oraz Halloway niewątpliwie dobrze mnie już znają. Zaryzykuję stwierdzenie, że lepiej może znać mnie tylko Brutal. *sardoniczny uśmiech* Wyjątkowo ciepło wspominam nasze ostatnie spotkanie i żywię szczerą nadzieję, że w naszych interesach nic się nie zmieni. Natomiast jeśli chodzi o pozostałych dżentelmenów *Tony składa dłonie w piramidkę* to już na pierwszy rzut oka widać, że mamy do czynienia z rozsądnymi ludźmi. Z całą pewnością nie będą chcieli czuć się ZAWSTYDZENI, kiedy walka dobiegnie końca.
Nick Aldis: Koniec czasu. Dziękujemy za tą SZCZERĄ wypowiedź Tony. *sarkastyczny uśmiech* Skoro już wywołałeś wilka z lasu - Derek, Twoja kolej. 90 sekund. Czas, start.
Derek Halloway: *Tony wciąż ma ułożoną piramidkę z palców* Widzicie? Spójrzcie tylko na tego manipulanta. Jedyne co mi przychodzi do głowy, gdy na Ciebie patrzę iluminato, to czuję odrazę. Brzydzę się takimi osobistościami, które próbują zawładnąć światem, otaczającym ich, choćby było to LPW. To samo tyczy się Ciebie, Mantel. Na pierwszej gali próbowałeś mnie do siebie przekonać, ale już wtedy poznałem kim tak naprawdę jesteś! Programujesz umysły młodych widzów, na to że przedmioty kolekcjonerskie mają jakąś wartość, ale tak nie jest! Maxwellu, jeśli brakuje Ci drogowskazu w życiu, przyjdź na nasze spotkanie głosicieli prawdy, nie zawiedziesz się. A do Ciebie, Edgarze, coraz bardziej zaczynam się przekonywać pomimo wcześniejszych uprzedzeń. *ostatnie słowa wypowiedział bardzo szybko, żeby wyrobić się w czasie*
Nick Aldis: *wybrzmiewa sygnał kończący czas Halloway’a* Zdecydowanie ciekawe spostrzeżenia, Derek, dziękujemy Ci za tą wypowiedź. Derrick *patrzy w kierunku Mantela* Twoja kolej. *odliczanie zaczyna się od nowa*
Derrick Mantel: *spogląda na pozostałych uczestników debaty* Wszyscy mogą się przekrzykiwać, obiecując gruszki na wierzbie. Jednak nie słowa a czyny decydują o ostatecznym rezultacie. Możecie się bawić w gierki słowne, aby zdobywać sztuczną przewagę. Ja tego nie potrzebuję, tak samo jak nie potrzebuję zbędnych podlizów i bawienie się w ulubieńca publiczności czy wielkiego, przerażającego przywódcę Mafii. *spogląda na Leone* Nie muszę Was znać, by mieć sposób na to, aby zatrzymać każdego, kto postanowi stanąć na mojej drodze. Gablota czeka z niecierpliwością na to, co z Was pozostanie. Razem z nią ja, oczekujący na ten nieunikniony sukces. Walizka będzie idealnym zwieńczeniem całego procesu, który może i był długi i żmudny. W ostatecznym rozrachunku będzie on jednak niezwykle owocny.
Nick Aldis: Koniec czasu, Derrick. Bardzo ciekawa perspektywa. Edgarze, *spogląda na Poetę* Twoja kolej. Prosiłbym tylko… zrozumiale dla wszystkich. *Odliczanie resetuje się znowu do 90 sekund*
Edgar Dickinson: *Odrywa wzrok od mównicy, przez moment wyglądając na zdezorientowanego, zanim odzyskał rezon* Widzę króla szczurów. Obrzydliwe splątanie motywacji. Chciwości, szaleństwa, pychy, żałości i głodu. Pobudzone złotymi laurami wewnętrzne demony. *Poeta toczy wzrokiem po rywalach, zatrzymując spojrzenie na Dereku* Widzę też, kogoś kto zna prawdę i wie, że tak niebezpieczne narzędzie, jak walizka nie może trafić w niepowołane ręce. *Edgar w ciszy przeczekuje ostatnie kilka sekund swojego czasu*
Nick Aldis: To było… zdecydowanie coś. Dziękujemy Edgarze. *Drapie się po głowie, wyraźnie skonsternowany* To na czym my tu… A, tak. Maxwell, Twoja kolej. Znasz zasady. 90 sekund - czas, start.
Maxwell Ransom: *ogląda się po rywalach* Stoję tu pośród poważnych zawodników. Każdy z was ma wyklarowane cele, część toczy między sobą prawdziwą wojnę, a jeden zbiera uwagę dosłownie wszystkich. *zerka na Leone* Ja takiej zdecydowanie nie otrzymuję. Wygląda na to, jestem tu ciałem obcym, MOŻE wypadkiem przy pracy. Mógłbym wręcz zapytać “co ja tu do cholery robię”? *zwiesza na moment wzrok* Dzisiaj jednak umiem spojrzeć prawdzie w oczy i powiedzieć, że na pewno większość z was… Cóż, po prostu mnie lekceważy. *kiwa głową* Nie jestem głupi, wiem, że tak jest. Wiem również, że wszyscy będziecie stanowili dla mnie i mojego celu, który jest całkowicie pomijany, ogromne zagrożenie. Traktuję każdego z was niezwykle poważnie i nie ukrywam… W głębi duszy liczę na wzajemność. *pewniejszym wzrokiem zmierza stojących zawodników* Tak, naprawdę w to wierzę. W końcu znalazłem się tutaj, wśród najlepszych, nawet jeśli uważacie, że po prostu nie pasuję do tak elitarnego grona… *koniec czasu*
Nick Aldis: Dziękuję bardzo, Maxwell. Tą wypowiedzią dotarliśmy do końca pierwszego pytania. Ilu zawodników, tyle różnych odpowiedzi. Następne pytanie jest jednak trochę trudniejsze. “Kogo traktujesz jako najsłabsze ogniwo, kogo jako największe zagrożenie, a w kim upatrujesz czarnego konia walki?”. Zasady pozostają te same - 90 sekund na odpowiedź, czas jest odliczany na titantronie, wraz z końcem czasu kończy się wasza wypowiedź. *Rozgląda się po zawodnikach* Tym razem zaczniemy od… Edgara. Czas, start!
Edgar Dickinson: *Tym razem wygląda na zdecydowanie bardziej obecnego i skupionego na sytuacji. * Mam nadzieję, że zebrani tu panowie nie poczytają mi za nieuprzejmość, pewnego pominięcia ich przy mojej odpowiedzi. Ale chciałbym wyróżnić tutaj Pana Leone. Nie wątpię, że dobrze zna motyw dogmatu trójcy. Myślę, że Pan Leone jest czarnym koniem, pojawił się na Elysium wcale niedawno a brnie przez nie niczym burza. Zakładam również, że jest największym zagrożeniem, niepokonany w Legion Pro Wrestling, liczby nie kłamią wybitna forma. Ale jest też najsłabszym ogniwem. Pas ciążący na ramieniu, liczba wrogów zaczynająca przewyższać liczbę pupilków, bycie na świeczniku oznacza bycie na celowniku. *Edgar zakończył wpatrując się w lidera The Outfit, i bawiąc się długopisem który znalazł na mównicy*
Nick Aldis: Celne spostrzeżenia, Edgarze, myślę, że we wszystkim co powiedziałeś tkwi jakieś ziarno prawdy. *Spogląda przez chwilę na Leone, po czym przenosi wzrok na Mantela* Derrick, prosiłbym o Twoją odpowiedź. Pytanie bez zmian. Czas 90 sekund. Start.
Derrick Mantel: *spogląda na każdego z pozostałych uczestników debaty, jego wzrok najdłużej skupia się na Ransomie* Nie będę się bawić w dyplomatę, jak postanowił to zrobić Dickinson. Skoro mówimy o najsłabszym ogniwie, to nasuwa mi się wyłącznie jedna opcja i jest nią Maxwell, który nie jest kimś wielkim. Więcej mówiło się o jego przyjaźni z Dolnickiem i ich wybrykach niż o jego własnych sukcesach. Na tle reszty wypada niczym ubogi krewny i ciężko brać kogokolwiek innego pod uwagę. *robi krótką pauzę, wrednie zerkając na Ransoma* Zabolało, co? *śmieje się* Swoją drogą, bawi mnie, że mam wytypować największe zagrożenie, bo osobiście uważam, że… takowego nie ma. Widzisz, Nick. Jeśli mówimy o największym zagrożeniu i czarnym koniu, to możemy w zasadzie mówić o mnie, bo jedynym, który może mnie zatrzymać, jestem wyłącznie ja sam. Cała reszta będzie dla mnie wyłącznie tłem. *koniec czasu*
Nick Aldis: Bardzo odważne słowa Derrick. *sytuacja zaczyna robić się coraz bardziej nerwowa, Aldis odchrząkuje* Tony, Twoja kolej. Czas, start.
Tony Leone: Jakże nieroztropnym posunięciem byłoby wyłożenie wszystkich kart na stół, kiedy sami nie znamy nawet wszystkich uczestników pojedynku. Taka niefrasobliwość byłaby niemal równoznaczna tworzeniu nowych teorii spiskowych, a ja nie zamierzam odbierać ostatniej rzeczy, która pozostała Panu Halloway'owi...
W tym momencie Derek nie wytrzymuje ciśnienia i wyrywa się ze swojej mównicy. Aldis na szczęście w porę zauważył, że coś się zbliża, ponieważ w czas zatrzymuje Halloway'a. Po kilku sekundach pojawia się cały tabun ochroniarzy, którzy wyprowadzają go na zaplecze. Generalny Manager wyciąga mikrofon z pobliskiej mównicy i obraca się w stronę zgromadzonych widzów.
Nick Aldis: Niestety, na tym jesteśmy zmuszeni zakończyć debatę, zanim całkowicie wymknie się z pod kontroli. Prosiłbym zawodników o udanie się na zaplecze. Dziękuję.
Ochroniarze odgradzają każdego z zawodników i po kolei wyprowadzają za kulisy, a Aldis nadzoruje cały przebieg. A teraz, czas na reklamy.
REKLAMY
Wracamy do ringu, gdzie widzimy już całą ekipę mającą wziąć udział w Battle Royal ostatniej szansy. Sędzia rozgląda się po zawodnikach i już ma dać znać by rozpocząć walkę. Jednak nagle na arenie wybrzmiewa... o kurwa... TEN THEME SONG! Fanom chwile zajmuje ogarnięcie do kogo on należał, ale tak jest... Jean-Pierre Dolnick pojawia się na rampie! Grubas... jest jakiś mniejszy, ewidentnie schudł trochę kilogramów, chociaż nie jest to znacząca różnica. Nie ma swoich włosów, jest łysy! Ma na sobie swój strój zapaśniczy, a obok niego... jest JEGO ASYSTENTKA! Co za powrót! Kobieta szepcze coś na ucho Jeanowi, ten skupiony słucha tego i rusza powoli w kierunku ringu patrząc na swoich oponentów, niektórzy widząc go, nie potrafią utrzymać powagi, on stara nie zwracać się uwagi na nich, chociaż jest lekko poirytowany. Dolnick włazi na pole bitwy, która zaraz się rozpocznie, a asytentka pozostaje w pobliżu.
11 Man Battle Royal Last Chance Match
Elias Shadow vs Yoshi Tatsu vs Rob Mcłowicz vs Alistair Fraser Jr. vs Lord Sebastien vs "Rocks" Xebec vs Chris Finnegan vs Mike Brutal vs Jean-Pierre Dolnick vs Enzo Sacrale vs Vincenzo Vizzini
Proszę nie regulować odbiorników, to naprawdę się dzieje - Jean-Pierre Dolnick powrócił do LPW! Sędzia nakazuje uderzyć w gong i rozpoczynamy tę ostatecznie 11-osobową walkę. Wygląda na to, że decyzja Grubasa z Konga o pompatycznym wejściu bez wcześniejszej zapowiedzi szybko obraca się przeciw niemu, gdyż praktycznie od razu po gongu cała dziesiątka rywali obiera sobie na cel właśnie jego! Jean-Pierre cofa się w stronę narożnika, gdzie pod gradem ciosów i kopnięć zostaje sprowadzony do pozycji siedzącej. Zmasowany atak szybko jednak się rozmywa, a zawodnicy po zneutralizowaniu Dolnicka grupują się w raczej spodziewany sposób. Członkowie The Outfit ruszają z ofensywą na Mike'a F'N Brutala, a Lord Sebastien wraz z Alistairem Fraserem obierają sobie za cel Chrisa Finnegana. Rob McŁowicz przygląda się im z niesmakiem, z czego momentalnie korzysta Rocks Xebec, który z łatwością sprowadza kucharza do parteru i tam częstuje serią ciosów. W tym samym czasie Yoshi Tatsu sprowadza Eliasa Shadowa na liny, po czym honorowo wydaje z siebie okrzyk japońskiego wojownika i rusza z Running Big Bootem...
jednak Elias uchyla się i przerzuca go nad sobą, jednocześnie eliminując! No to Yoshiego mamy z głowy. Elias celebruje ten fakt co najmniej tak, jakby już wygrał. Wdrapuje się na dolną linę i zaczyna wymachiwać łapami gest 6-7 w kierunku Tatsu. Bardzo niehonorowe zachowanie, które musiało spotkać się z negatywną reakcją fanów. Tymczasem za plecami Eliasa ustawił się Mike Brutal, który z zażenowaniem obserwuje ten pokaz...
po czym delikatnie popycha stojącego na linach chłopaczka, doprowadzając do jego eliminacji! Kto by się spodziewał, że tak to się skończy? No pewnie wszyscy oprócz samego Eliasa. Wkurwiony dzieciak zaczyna tłuc łapami o krawędź ringu. Po chwili obie dłonie go bolą, więc przestaje, za to wkurwia się jeszcze bardziej i kopie w stalowy słupek. Że nie było to zbyt mądre, raczej nie trzeba dodawać. Teraz kuleje na prawą nogę, co wywołuje śmiech u Brutala. Sędzia nakazuje Eliasowi udać się do szatni, a my możemy wrócić do akcji ringowej. Extrememaniac miał chwilę spokoju od Sacrale i Vizziniego, jednak teraz ci wracają do niego, starając się wyrzucić go ponad górną liną. Michael chwyta lewą ręką za górną linę, starając się zapobiec eliminacji, zaś prawą klepie...Vizziniego w pysk, dzięki czemu Włoch na moment odpuszcza, Brutal odzyskuje balans, a widmo odpadnięcia oddala się od niego. Zaraz potem silnym Headbuttem powala na matę Sacrale. W międzyczasie Dolnickowi udało się już wstać przy pomocy lin, jednak już po paru sekundach ponownie zostaje zaatakowany, konkretnie przez Lorda i jego towarzyszy. Tak więc Grubas znowu sobie posiedzi na macie, zaś do Sebastiena i jego kompanii dopadają teraz Chris Finnegan i Rocks Xebec, którzy postanowili działać wspólnie. O ile Apex Anarchist dobrze sobie radzi, zdobywając kontrolę nad Alistairem, o tyle atak Chrisa na Roba okazuje się nieskuteczny, gdyż ten kontruje jego szarżę na Iverted Atomic Drop. Momentalnie do Surfera dopada także Lord i wraz z McŁowiczem otłukują go, sprowadzając do parteru. Wtedy Sel de la Terre nakazuje Polakowi podnieść rywala i chwycić go za ręce od frontu. Tak też Rob czyni, zaś Sebastien wyskakuje na Finnegana z drugiej strony, aplikując Prise de Pouvoir! Następnie wraz z McŁowiczem ruszają w stronę Rocksa, który obija kamerdynera. Lord odwraca Xebeca i próbuje Irish Whipu, jednak rywal z łatwością zrywa chwyt. Wtedy jednak McŁowicz wyprowadza European Uppercut, nie doprowadzając jednak do upadku Rocksa na matę. Alistair także dołącza do ataku. Odwraca on zawodnika urodzonego w Sao Paulo i częstuje Knee Liftem, zaś bezpośrednio po tym Lord przechwytuje Xebeca i wykonuje Aristo Suplex! Teraz czas na nowy cel, a przynajmniej tak uważa Sebastien, który nakazuje swoim podwładnym ruszyć w kierunku The Outfit i Brutala. Fraser momentalnie idzie za nim, a potem także Rob. Gdy są już w pobliżu oponentów...
nagle McŁowicz przechwytuje Alistaira i z zaskoczenia wyrzuca go ponad linami z ringu! Lord Sebastien nie może uwierzyć w to, co właśnie zrobił jego kucharz. Wściekły nakazuje Robowi opuścić ring! Ten początkowo nie chce tego robić, jednak Lord przypomina mu, że ten jest zmuszony wykonywać każde jego polecenie. Popycha go, a nawet uderza z liścia, co wyraźnie irytuje Krakowianina, a pewnie jeszcze bardziej frustrujący dla Szefa Kuchni jest fakt, iż nie może nawet oddać Lordowi. Patrzy przez chwilę ze złością na swojego przełożonego, jednak w końcu decyduje się wejść na narożnik, a stamtąd przejść nad linami na krawędź ringu. Spogląda jeszcze raz w kierunku Sebastiena, który stoi tuż przed jego twarzą i ponownie nakazuje mu wyjść z ringu. W pewnym momencie Rob pokazuje Francuzowi, by się odwrócił. Ten spokojnie spogląda za siebie i...
zostaje trafiony przez Chrisa Finnegana, który wykonuje Running Clothesline - a mało tego, w tym samym momencie McŁowicz naciąga w dół górną linę, nad którą przelatuje Lord, odpadając z Battle Royal! Chef of Chaos patrzy z satysfakcją na swojego pana, jednak jego szczęście nie trwa długo, gdyż zostaje przechwycony za szyję przez Rocksa!
The Scourge of Hachinosu przez kilka sekund trzyma Roba za szyję, osłabiając go, po czym wynosi w górę i wykonuje Chokeslam prosto na apron, po którym McŁowicz spada poza ring! Zaraz potem do Rocksa dopada Surfer Chris, któremu udaje się przechwycić wcale nie tak małego rywala i wykonać mu The Sydney Sweep. Bezpośrednio po tym rzucie wdrapuje się na narożnik, po czym skacze, wykonując The Big Wave! Ale niestety nie trafia! W ostatnim momencie Rocksowi udało się uciec przed akcją kończącą Australijczyka! Wstaje z maty i patrzy na zbierającego się Ocean Boya. Widzimy taunt imitujący strzał z pistoletu, po czym Xebec rusza...Headshot dla Finnegana! Chris pada na matę i nie rusza się.
The Apex Anarchist niemal od razu podnosi jego bezwładne ciało i przerzuca ponad linami, eliminując z dzisiejszej walki! Jeszcze przez kilka sekund patrzy z wyraźnym triumfem w oczach na leżącego poza ringiem Chrisa. W końcu jednak odwraca się....i niemal od razu zostaje trafiony przez Enzo Sacrale! Lupara sprowadza Xebeca na matę, a w tym czasie widzimy, że na narożniku jest już Vizzini, który nie czekając na nic wykonuje skok, aplikując Rocksowi Divine Departure!
Następnie obydwaj Włosi podnoszą Japończyka urodzonego w Brazylii i przerzucają nad linami - to koniec Rocksa Xebeca w tym Battle Royal! Zostaje zatem już tylko czwórka. Dwóch członków The Outfit zastanawia się nad następnym ruchem. Mike Brutal powoli wstaje po tym, jak wcześniej został pobity, zaś Dolnick...no cóż, chyba się obraził, bo cały czas siedzi w tym samym narożniku ze skrzyżowanymi rękami i ani myśli wstawać. Sacrale i Vizzini...już po raz któryś dzisiaj decydują się zaatakować Brutala. Większy z Włochów przechwytuje ręce Mike'a za plecami, zaś The Consigliere wymierza serię ciosów w odsłonięty brzuch Extremely Mad Doga. Zawodnik z Philadelphii osuwa się na kolano, zaś Vizzini zakłada mu Kimura Lock! Brutal szarpie się, ale o dziwo nie odklepuje! Mało tego, drugą ręką udaje mu się trafić kilka razy w głowę Vincenzo, przez co ten w końcu puszcza dźwignię! Extrememaniac ma jednak zbyt mało sił, by płynnie przejść do kolejnej akcji. W dodatku trzyma się za obolałą rękę. Próbuje z tego skorzystać Sacrale, który chwyta go za kark i posyła nad linami...ale tylko na krawędź ringu. Następnie Brutal trafia barkiem w brzuch Il Santo. Następnie Vizzini próbuje swojej szansy, jednak próba siłowania się z Brutalem to kiepski pomysł - Mike przeciąga go ponad linami na krawędź ringu. Mamy chwilową wymianę ciosów, z której zwycięsko zdaje się wychodzić Brutal. W końcu Sacrale decyduje się złapać Mike'a, lecz i on zostaje ściągnięty ponad linami na apron. W międzyczasie Dolnick postanawia jednak wstać, chyba po to żeby lepiej widzieć to, co tam się dzieje. Zawodnik z Philadelphii wyprowadza Forearm Smash, w wyniku którego Enzo chwieje się, ale jeszcze nie spada. Szansę stara się wykorzystać Vincenzo, który przechwytuje Brutala w Front Facelock. Do żadnej akcji jednak nie dochodzi, gdyż Mike przytomnie rusza do przodu i już po chwili plecy Il Ombre spotykają się ze stalowym słupkiem!
To pozwala Brutalowi się uwolnić, a już po chwili wyprowadza on potężny Headbutt, w wyniku którego Vizzini spada na podłogę! U South Philly Scumbaga widać już ogromne zmęczenie tym starciem. Co gorsza, drugi z mafiozów doszedł już do siebie...i właśnie przechwytuje Brutala w Sleeper Hold! Ten stara się szarpać, jednocześnie cały czas kurczowo trzymając się jedną ręką za liny, aby nie spaść. W końcu... Mike'owi udaje się drugą ręką pochwycić kark Il Santo! Chwilę później także druga z kończyn Brutala znajduje się na szyi Włocha...
STUNNER! Sacrale spada, zaś Brutal ledwo co unika eliminacji, w ostatnim momencie chwytając za liny! Z niemałym trudem powraca do pozycji stojącej. Patrzy przez chwilę na nieco zmieszanego Dolnicka, po czym postanawia wrócić do środka....ale w tym momencie zostaje złapany za nogę!
To Tony Leone, lider The Outfit, właśnie zjawił się tuż obok ringu i chwyta Brutala, ściągając go na podłogę! Mike zostaje wyeliminowany...a zatem to koniec tej walki! Do Elimination Chamber Matchu kwalifikuje się Jean-Pierre Dolnick, w co chyba on sam nie może jeszcze uwierzyć!
Earlier today...
Pada rzęsisty deszcz, a słońce mimo to próbuje przedrzeć się przez chmury, kamera kieruje nas do dobrze znanego już miejsca fanom LPW - sierocińca, w którym kiedyś przebywał River. Znajdujemy się w sali szkolnej, możemy tam zaobserwować grupkę młodych mężczyzn, którzy słuchają właśnie wykładu, który prowadzi nie kto inny, jak sam kowboj z Montany. Obok niego stoi jego była wychowawczyni z dawnych czasów.
River: Słuchajcie, tak jak już wam mówiłem - tu nie chodzi o to, żeby opowiadać wam jakieś bajeczki o tym, że macie równe szanse i że generalnie nasze pochodzenie, nasza droga nie ma znaczenia, a liczy się tylko to, co chcemy osiągnąć. To wszystko, co tu przeżywacie was kształtuje, dlatego też takie ważne jest to, jak podejdziecie do mieszkania i nauki tu.
Wychowawczyni: To co River mówi, to prawda. Znałam go osobiście i wiem, że ta droga, którą tu przebywacie jest niezwykle istotna. Pomyślcie jak inne może być to miejsce, gdy zrozumiecie, że nikt z was tutaj nie jest za karę. Nikt z was nie jest tutaj, bo jest gorszy, czy niechciany. Trafiliście tutaj, bo taki jest świat. Takie jest życie. Niestety, nie wszyscy w nim mają równe szanse, ale to nie znaczy, że powinniśmy się poddawać.
River: *uśmiecha się lekko do wychowawczyni* Powiecie pewnie, że łatwo jest nam o tym gadać, bo tego nie przeżywamy. Tylko, że ja tu byłem. Dokładnie w tych samych salach i to wcale nie tak dawno. Znam tu każdy korytarz, każde pomieszczenie, wiem gdzie jest składzik na miotły i gdzie pan Harrelson trzyma niedopity alkohol. *dzieciaki się śmieją* Prawda jest taka, że to miejsce dalej jest we mnie. Kiedy tu przebywałem czułem się nieraz zdradzony, oszukany czy wykpiony przez los. *patrzy się na uczniów z trwogą w oczach* Macie prawo się tak czuć. Macie prawo czuć, że "to jest kurwa niesprawiedliwe". Bo jest. Tylko, musicie zrozumieć, że wasze dusze chłoną te emocje. Jeśli ktoś się zamartwia, jeśli ktoś upaja się smutkiem, to z czasem również jego ciało daje o tym znać i wtedy zaczyna się walka z samym sobą...
Chłopak: No dobra, ale przecież wszyscy wiedzą o tym, że dzieciaki z sierocińca częściej sięgają po dragi i alko, więc skoro wszyscy to wiedzą i dalej tak jest, to może po prostu tak być musi?
Wychowawczyni chce coś powiedzieć, ale River daje jej znać ręką (podnosi ją delikatnie xD), że to on się tym zajmie.
River: Widzicie? To jest właśnie to. Skoro są jakieś badania, że jest to nieuniknione to tak jest i tyle. Zostawcie badania naukowcom, a tabelki ludziom od Excela. Naprawdę. Niech każdy skupi się na sobie i na tym, co chce wyciągnąć dla siebie samego. Wiem, że nie będzie wam łatwo, ale popatrzcie...na mnie. *prostuje się* Kiedyś te słowa nie przeszłyby mi przez gardło, a teraz? Teraz mogę być w końcu dumny z tego, jaką drogę przeszedłem i gdzie się znajduję. Rozumiem że czeka mnie jeszcze mnóstwo pracy i wyrzeczeń. Zdaje sobie sprawę z tego, że po nocy zawsze przychodzi dzień, a po burzy spokój, ale mam świadomość tego, że ciemne moce na tym...*River spogląda z niepokojem w okno, jakby coś tam zauważył, przełyka ślinę* ale...ale...wiem, że nie chodzi o to, by tego unikać. Chodzi o to, by rozumieć swoje lęki i móc z nimi walczyć.
Dzieciaki chcą zadać mu jakieś pytania, ale widzimy, że z "Madmanem" dzieje się coś złego, bierze on szybki łyk wody, a następnie wychodzi z klasy, wychowawczyni przeprasza dzieci i natychmiast podąża za nim, łapiąc go na korytarzu.
Wychowawczyni: River, co się stało? Wyglądasz jakbyś nagle zobaczył ducha!
River: Bo chyba zobaczyłem. Nie...nie wiem. *nerwowo poprawia włosy* Czuje się tutaj jakbym...jakbym dalej tu był. Nie potrafię opuścić tego miejsca. Wie pani o co chodzi? Moja głowa nie potrafi opuścić tego miejsca...mogę mówić tym dzieciom, że każda decyzja należy do nich, mogę im wmawiać, że mogą wybrać swoją ścieżkę życia, ale po co? Pani dobrze wie, jak tu było. Może czasy się zmieniły, ale to miejsce...*dotyka ściany, jakby chciał się w nie wsłuchać* Czuje tu to samo, co czułem 15 lat temu. Ból. Może to i dobrze? Może to znaczy, że w końcu jestem sobą? Może to znaczy, że odczuwam tak, jak powinien to odczuwać człowiek w mojej sytuacji? Teraz, kiedy zrzuciłem z siebie jeden ciężar, czuje się wolny. Tylko czy wolny oznacza...szczęśliwy? Pamięta pani tego grubego woźnego z blizną na policzku, który zawsze kosił ten trawnik? *wygląda przez okno*
Wychowawczyni: Errol? Co z nim? Nie ma go tu już z 10 lat.
River: Tak. *przełyka ślinę* Był jednak taki czas, że...*otwiera usta ale nic nie mówi przez dłuższą chwilę* Był taki czas, że...żadne dziecko nie potrafiło się pozbyć go z własnego umysłu. On nadal tu jest, wszędzie wokół nas. Był tu zanim się urodziliśmy i będzie po tym, jak umrzemy...
Obraz z kamery nagle się urywa.
Kamera przenosi nas na zaplecze, gdzie możemy dostrzec Jean-Pierre Dolnicka. Grubas (już ciut mniejszy) z Konga przemierza korytarz wraz ze swoją asystentką, która z gracją idzie tuż obok niego. Po chwili przed dwójką pojawia się nasz niezłomny reporter, Paddy Jackson!
Paddy Jackson: Jean-Pierre! Cóż za niesamowity, zwycięski powrót! *Dolnick pozostaje niewzruszony* Wszyscy jesteśmy ciekawi, jakie myśli Ci teraz towarzyszą? Co skłoniło Cię do ponownego pojawienia się w LPW? Czy zobaczymy twoje nowe oblicze? *asystentka szepcze coś Dolnickowi do ucha* Jean, musisz nam coś powiedzieć, umieramy z ciekawości!
Paddy z nadzieją przybliża mikrofon pod same usta Grubasa z Konga, ten jednak postanawia zachować milczenie i odsuwa rękę Jacksona, po czym skinieniem głowy nakazuje asystentce odejść razem z nim. Reporter wygląda na niepocieszonego, ale Jean-Pierre ma to najzwyczajniej w świecie w głębokim poważaniu i wymija Jacksona. Kilka kroków dalej natrafia na... Oczywiście, kogóż by innego - jedyny i niepowtarzalny Elias Shadow! Siedzący na skrzyni Gówniak odrywa wzrok od swojego Iphone'a 18 Pro Max i momentalnie przywołuje na usta kpiący uśmieszek.
Elias Shadow: Co Dolniczku Pierdolniczku, już się odobraziłeś na LPW? Zjadłeś eklerka albo pięć i kongusek nerwusek już się uspokoił? Hahaha!
Elias wręcz zanosi się śmiechem, ale Dolnick nawet nie zaszczyca go spojrzeniem, w tym samym tempie przemierzając korytarz wraz ze swoją asystentką. Poddenerwowany nieskuteczną próbą prowokacji Elias zeskakuje ze skrzyni na której do tej pory zasiadał.
Elias Shadow: Do Ciebie mówię, Dolnick! SŁYSZYSZ TY MNIE? *zero reakcji* GRUBASIE TY ZASRANY TY!
Jean-Pierre o dziwo nadal nie zareagował, co jeszcze bardziej wkurzyło Eliasa, który zaczyna coraz głośniej dyszeć. Nagle za Eliasem pojawia się.... Yoshi Tatsu! Battle Royal Specialist, który wypadł jako pierwszy, straszy Shadowa w karykaturalny sposób.
Yoshi Tatsu: Buuuu! *honorowo straszy* Haha, gdybyś mógł tylko teraz na siebie spojrzeć! Powinieneś być gotowy na takie psikusy, gdyż niebawem mamy Halloween! Lekcja kolejna, prawdziwy samuraj jest gotowy na Halloween!
Elias oczywiście o mało znowu nie wypuścił telefonu z ręki. W ostatniej chwili utrzymał go jednak w palcach, chyba siłą swojej woli (słabej bo słabej, ale jednak). Po sprawdzeniu czy jego IPHONE 18 PRO MAX jest cały i zdrowy, powoli obrócił się do Tatsu, zdecydowanie próbując go zamordować wzrokiem.
Elias Shadow: A TY DO CHOLERY JASNEJ... TY... TY... DEBILU TY! Czy Ty mnie próbujesz zabić?! *wznosi oczy ku niebu* Święty Skibidi Toilecie, daj mi cierpliwość, bo jak dasz mi siłę, to go rozszarpię! *patrzy z powrotem na Japońca* Czego Ty nadal ode mnie chcesz? Ciągle za mną łazisz, jakbyśmy byli kolegami jakimiś co najmniej. Chyba, że przyszedłeś się spinać, że Cię wywaliłem z Battle Royalu? *śmiech* Masz za swoje dziadu!
Yoshi Tatsu: To prawda, udało ci się wywalić mnie z Battle Royalu, ale wiesz... młodzieńcze... ja w swoim życiu wygrałem wielokrotnie ten typ walki. *honorowo wypina pierś* Widząc was... głodnych sukcesu, młodych, gniewnych, zawziętych... musiałem odpuścić. Tak postąbiłby prawdziwy samuraj. *honorowo szczery zęby i pokazuje okejke*
Elias Shadow: *wpycha palec do ucha i grzebie nim bez opamiętania* Chyba coś mi tam wpadło i się przesłyszałem... *wyciąga palec i patrzy na niego* Nie no, Ty tak na serio mówisz? *zaczyna się znowu śmiać* A wymień chociaż jedną wygraną w Battle Royal, co? *daje Yoshi'emu dosłownie pół sekundy* No, wymień, dawaj! Hahaha, nie wymienisz, bo żadnej nie ma! Pieprzysz mi tu jakieś kocopoły, jak zwykle zresztą. A w dupie Cię mam dziadu!
Elias cały wręcz dygocząc z nerwów obraca się na pięcie i odchodzi od Tatsu, który tylko z lekkim uśmiechem (wręcz z deka smutnym) patrzy za młodzieńcem przez jeszcze kilka sekund. Nagle za jego plecami słychać głośny łoskot, co zmusza go do wzrokowego zlokalizowania źródła dźwięku. Jego oczom - o zgrozo! - ukazuje się spadająca w jego stronę aluminiowa konstrukcja, której na pewno nie ma szans uniknąć! Wtem zostaje jednak odepchnięty na bok, upadając na posadzkę tuż za strefą "zagrożenia". Oczywiście to tylko aluminium, więc nic groźnego by mu się nie stało, ale wciąż - ktoś wypchnął go na bok, pozwalając mu uniknąć tego jakże ciężkiego wypadku! Kamera powoli przejeżdża w miejsce katastrofy... I naszym oczom ukazuje się Elias, leżący pod przewróconą konstrukcją!
Yoshi Tatsu: Cholera! *honorowo podbiega do Eliasa i jeszcze bardziej honorowo ściąga z niego konstrukcję* T-ty... ty mnie uratowałeś! Od zawsze wiedziałem, że jest w tobie wiele dobra! Haha! Nie mylilłem sie! Elias-Kun jesteś niesamowity!
Elias Shadow: *ledwo mówiąc, jakby leżało na nim co najmniej 500 ton, a nie jakieś 30kg aluminium* Nie wiem co się stało... Moje ciało... Po prostu ruszyło się samo...
Są to ostatnie słowa z ust Eliasa, który dosłownie mdleje. Yoshi uśmiecha się i kiwa z podziwem głową, po czym po prostu podnosi aluminiową konstrukcję jedną ręką do góry i wyciąga Eliasa na zewnątrz. Po chwili podchodzi do nich lekarz, a obraz z kamery gaśnie...
Singles Match
Zack Sabre Jr. vs RIVER
Wracamy po reklamach i widzimy, że River kompletnie dominuje nad ZSJ, obecnie ciska nim na liny i mamy do tego potężny Corner Clothesline! "Madman" wynosi swojego rywala na narożnik, następnie sam również się tam wspina i...Superplex? Tak jest! Lądują na środku ringu i widzimy, że Zack jest mocno poobijany, a "Montana Kid" niemal niezwłocznie się podnosi i dokłada Standing Moonsault. River rozgląda się jeszcze po publiczności, po czym czeka aż jego przeciwnik się podniesie i...nokautuje go wspaniałym Calf Kickiem! Łapie go jednak zanim ten zdąży upaść i mamy kombinację z German Suplexem! ZSJ jest już kompletnie zamroczony a "The Warden" wygląda na niesamowicie skupionego. Brytyjczyk podnosi się powoli, a za plecami czeka już jego rywal, który podcina go i zapina Crossface! ZSJ zaczyna wierzgać po całym ringu, ale Amerykanin wzmacnia uścisk i nie ma zamiaru dać mu się wyrwać! Liny są stosunkowo blisko i...uda się? Czy się nie uda? Uuuuudaje się! Złapał się lin Zack Sabre Jr! Ufff! Wszyscy fani tego utalentowanego zawodnika odetchnęli z ulgą, czyli jak łatwo się domyślić - nikt nie odetchnął. Wróćmy jednak do walki, bo teraz to Zack zaczyna przejmować ofensywę, chociaż to może zbyt daleko wysunięte założenie, bo po prostu kopnął parę razy Rivera. Ten jednak nie pozostaje mu dłużny, wyprowadza serię prawych, ale...Sabre Jr odpowiada! Cios za cios i...Big Boot od "Madmana"! Brytyjczyk pada na liny, następnie odbija się od nich mimowolnie i...Pele Kick od "The Retribution Bandit"! Najnowszy obiekt badań Dr Kline chyba będzie chciał zakończyć tę walkę, bo widzimy, że czeka aż jego przeciwnik się podniesie i czyżby? Czyżby szykowało się nam Lost Soul? Tak! Superkick wykonany! Pozostaje tylko pin! Tylko, że "Madman" nie ma zamiaru pinować! Co tam się dzieje?! On wyjmuje z kieszeni jakieś małe urządzenie, z którego po chwili wydobywa się dźwięk i cała arena słyszy teraz jak ktoś zachrypniętym głosem wypowiada słowa
"Zdać sobie sprawę, że całe twoje życie – wiesz, cała twoja miłość, cała nienawiść, cała pamięć, cały ból – wszystko to było tym samym. Wszystko to było snem, który śniłeś w zamkniętym pokoju. Snem o byciu człowiekiem." Po czym widzimy jak River przeczesuje włosy i zaczyna z wściekłością uderzać swojego przeciwnika! Bije go w parterze tak mocno, że część kibiców zasłania oczy, by na to nie patrzeć! Jesteśmy świadkami jakieś totalnej masakry, ale "The Warden" zachowuje się jakby był opętany! Dopiero teraz wstaje i zaczyna dusić rywala butem! Dosłownie kładzie mu buta na szyi, a ten nie ma już sił, by się podnieść! Sędzia widząc to natychmiast przerywa pojedynek i ogłasza zwycięstwo RIVERA poprzez niezdolność przeciwnika do kontynuowania pojedynku. "Madman" przez chwilę nieruchomo stoi w ringu, po czym bardzo powoli przechodzi przez liny i w kompletnej ciszy udaje się na zaplecze.
W pokoju panuje całkowita ciemność, nagle słychać kliknięcie i zapala się żarówka, w której świetle znajdują się Eli Cottonwood, Eli Cottonworld oraz Eli Cottontail. Bracia gładzą się po swoich dostojnych wąsiskach, Eli co jakiś czas przygryza marchewkę (domyślcie się który). Kamera nagle zaczyna skupiać się na całkowitym mroku, który jest bezpośrednio za nimi, zwiastując nam pojawienie się kolejnej osoby. Nikt jednak nie wychodzi z cienia, ale nagle w mroku pojawiają się oczy oraz śnieżnobiałe zęby! Biel białek oraz zębów niesamowicie kontrastuje z panującym dookoła mrokiem, jednak mimo usilnego wytężania wzroku nie widać nic więcej.
???: Wzywałeś mnie, Panie?
W tym momencie z cienia wyłania się wysoki, czarnoskóry zaowdnik, afro na głowie oraz oczywiście, pokaźnym wąsem pod nosem. Zawodnik jest chudy, wysoki, ma niezwykle długie ręce oraz jakby nienaturalnie długie palce. Tak przynajmniej wydaje się na pierwszy rzut oka.
Eli Cottonpicker: Mówią na mnie Eli Cottonpicker i przyszedłem tutaj z własnej, nieprzymuszonej woli. Wcale nikt nie kazał mi powiedzieć, że lubię ciężką pracę fizyczną, robić wszystko samodzielnie, własnymi rękami. Nie lubię natomiast gładkich twarzy oraz jak ktoś próbuje mi zapłacić. Trzymajcie brzytwy schowane przed moim wzorkiem, tak jak swoje własne portfele.
Eli dołącza do Elich i przez chwilę synchronicznie gładzą swoje wąsy, a po chwili obraz z kamery gaśnie.
Kamera przenosi nas na backstage, gdzie widzimy Xebeca, który stoi oparty o wielką skrzynię ze sprzętem i mówi coś do kogoś. Operator podchodzi nieco bliżej..
Rocks: ..TO MIAŁ BYĆ MÓJ MOMENT, ROZUMIESZ!? *zwraca się do kogoś po swojej lewej stronie, ale tam nikogo nie ma* Kurwa mać! Było tak blisko, a ci dwaj frajerzy w garniakach wyrzucili mnie za burtę! To jakaś abstrakcja Eddie, to jest jakaś pierdolona.. *bierze do ręki losowy, metalowy przedmiot i ciska nim gdzieś odwracając się za siebie*.. abstrakcja! Gdybym tylko.. nie wiem.. co ja mogłem zrobić inaczej!? Ale było ich dwóch.. sami nie mogli.. nie umieli.. KUR-..
Rocks oparty tyłem do skrzyni zauważa jednego z technicznych, który przy czymś pracuje..
Rocks: Możesz to do jasnej cholery robić.. nie wiem.. CISZEJ!? ALBO GDZIEŚ INDZIE-..
Nie dokańczając zdania, wyrywa technicznemu (który odsuwa się na bok instynktownie) narzędzia z jego rąk i ciska nimi o ścianę, po czym zaczyna się wyżywać na bogu ducha winnych sprzętach - kopie je, pomniejsze rzuca gdzieś bez ładu, jest w jakimś amoku i nie ma pojęcia co robi. Gdy stoi w miejscu ciężko oddychając, odwraca się i widzi Chrisa Finnegana, który przygląda się sytuacji..
Rocks: A Ty, surfer, co się patrzysz? Nie starczyło Ci, że Cię wypieprzyłem z ringu podczas battle royalu? Chcesz wylecieć jeszcze raz, ale tym razem na ścianę? Albo może w ten pierdolnik, który tutaj zostawiłem? Nie wiem, mam wrażenie, że Ty to po prostu lubisz.. *lekko ciszej mówiąc do siebie* Żałosny śmieć..
Surfer uśmiecha się do Rocksa i kręci głową z politowaniem.
Finnegan: Rocks.. Rocks.. Rocks.. skąd w tobie tyle agresji? Cholera i co z tego, że wypadłeś z tego battle royalu? Nie kończysz przecież zaraz kariery, żebyś miał żałować każdej niewykorzystanej szansy. Fakt, wyeliminowałeś mnie i za to należy ci się szacunek, ale czy to oznacza że jesteś ode mnie lepszy? Taka stypulacja rządzi się swoimi prawami, być może jeden na jeden sytuacja wyglądałaby zgoła odwrotnie, ale to zostawiam twojej wyobraźni, która jak widać jest naprawdę bujna w końcu masz wymyślonego przyjaciela, Eddie tak? Może zamiast się tu męczyć otworzysz dom zmyślonych przyjaciół Pana Rocksa? Serio stary musimy się kiedyś umówić i polatać na desce. Na pewno ci to dobrze zrobi. *Finnegan czeka na reakcję Rocksa, ale jej nie dostaje* Widzę, że dzisiaj i tak nie pogadamy, ochłoń trochę i czekam na cynk, peace..
Finnegan odwraca się od Xebeca i zaczyna iść w swoją stronę. Rocks po chwili namysłu chwyta stojące nieopodal krzesło i rzuca nim w Surfera - ten ląduje na betonie i łapie się za plecy, w które Scourge of Hachinosu trafił. W tym momencie Xebec chwyta jeszcze za leżący kawałek rurki i okłada nim Finnegana, raz po raz szybciej, bez opamiętania, a na końcu wysypuje na niego zawartość kosza na śmieci..
Rocks: Jak w domu, co? *chwilowy uśmiech* Haha! *uśmiech natychmiast znika* Tu jest twoje miejsce..
Lekko zmęczony Rocks próbuje odejść, ale słyszy jak Chris zaczyna się podnosić.. Xebec staje w miejscu, mówi coś niezrozumiale pod nosem, po czym podchodzi i łapie Finnegana.. Pandemonium na jakiś losowy zbiór gratów pod ścianą! Widokiem stojącego dumnie Rocksa, bez śladu uśmiechu na twarzy, patrzącego na Finnegana leżącego wśród sprzętu... Obraz gaśnie.
REKLAMY
Kamera przenosi nas na zaplecze, gdzie River właśnie przemierza jeden z korytarzy. Nagle podchodzi do niego Paddy Jackson, trzymający w dłoni niewielką kopertę.
Paddy Jackson: River! Zaczekaj chwilę. Ktoś prosił, żebym ci to przekazał.
Waters zatrzymuje się i spogląda podejrzliwie na kopertę.
River: Kto?
Paddy Jackson: Powiedział tylko, że będziesz wiedział.
River bierze kopertę. Na jej froncie znajduje się wyłącznie jedno słowo - „RIVER”. Zawodnik otwiera ją i wyciąga pojedynczą kartkę.
River, Miałeś rację, są miejsca, których człowiek nigdy naprawdę nie opuszcza. Deszcz nadal głośno uderza tutaj o szyby. Korytarze są węższe, niż można zapamiętać, a z twojej dawnej sali wciąż doskonale widać cały dziedziniec. Powiedziałeś, że nie chodzi o to, żeby uciekać przed własnymi lękami. Chodzi o to, żeby je zrozumieć i móc z nimi walczyć. Chciałbym sprawdzić, czy nadal tak uważasz. Nie każ na siebie czekać.
Dr Victor Kline
River dociera do ostatnich zdań i momentalnie podnosi wzrok znad kartki. Przez chwilę stoi zupełnie nieruchomo, jakby właśnie dotarło do niego coś znacznie ważniejszego niż sama treść wiadomości.
Paddy Jackson: River?
Waters zgniata kartkę w dłoni i gwałtownie rusza w stronę wyjścia.
Paddy Jackson: Hej! Co się dzieje?!
River nawet się nie odwraca.
River: Oni tam są.
Po kilku sekundach River znika za drzwiami prowadzącymi w stronę parkingu, pozostawiając Paddy'ego samego na korytarzu.
Kamera przenosi nas teraz do szatni na zapleczu, w której widzimy Enzo Sacrale oraz Vincenzo Vizziniego zajmujących się… Cóż, niecodzienną dla nich robotą. Zawodnicy pochłonięci są sprzątaniem szatni. Panuje między nimi cisza, zakłócana jedynie przez piosenkę tytułową “Z Archiwum X”. Bezdźwięczne sprzątanie zajmuje im chwilę, lecz w końcu Enzo podnosi wzrok na swojego kompana i zatrzymuje się, opierając ręce o miotłę.
Enzo Sacrale: Robimy to od pół godziny i w tym czasie nie padło tu ani jedno słowo. *wskazuje palcem na Vincenzo* Ani jedno. Jakbym pracował z kimś, komu zazwyczaj ciężko zamknąć usta i ta osoba milczałaby przez tak długi czas, zacząłbym się zastanawiać, zadał jakieś pytanie… Czy wszystko okey? Dlaczego nic nie mówisz? COKOLWIEK. A Ty? *kręci głową* Nie zwracasz na nic uwagi, jakby nic się złego nie działo. *marszczy brwi* Co z Tobą nie tak?
Vincenzo unosi głowę, wstając z szufelką pełną zagarniętych do niej śmieci i spogląda na partnera.
Vincenzo Vizzini: Ale co miałoby być nie tak? Nie rozumiem, Enzo. Jeśli masz mi coś do powiedzenia, to po prostu to powiedz. Nie zamierzam Cię ciągnąć za język. *wysypuje zawartość szufelki do stojącego obok kubła* Mamy robotę do zrobienia. Czy do wykonywania tej pracy Twoim zdaniem potrzeba rozmowy? *Nadgarstkiem poprawia okulary na nosie* Nie przejmuję się, bo nie ma czym - przegraliśmy swoje walki, więc odbywamy za to karę. To prostsze niż przepis na ragù. Nie trzeba z tego powodu robić scen.
Enzo Sacrale: Nie robię scen, znamy zasady i nie mam z tym problemu. Zastanawiam się po prostu… *wpatruje się w Vincenzo* Jak twarda jest twoja skorupa? Próżno wśród nas szukać ślepców i głupców, więc musimy zdawać sobie sprawę, że nie wszystko przebiega idealnie. A Ty? Jesteś taki sam… Zero zawahania, zero emocji, nie zwracasz uwagi na niepokojące znaki… Drogi są dwie, albo tracisz czujność, albo twój stoicyzm jest godny najwyższego uhonorowania.
Vincenzo chwilę patrzy na Enzo, bierze do ręki telefon leżący obok i zmienia piosenkę na
TAKĄ.
Vincenzo Vizzini: Ja po prostu niewiele czuję. Tobą kierują gniew, radość, smutek, zwątpienie. To zupełnie normalne uczucia, których ja po prostu nie posiadam. Upadek ze schodów nie sprawia, że nie możesz już więcej się na nie wspiąć. Musisz po prostu znaleźć sposób na to by wstać i zacząć się wspinać ponownie. Właśnie to mnie zajmuje. Nie gniew. Nie smutek. Nie rozpacz. Zero zwątpienia. Widzę nasz cel, wytyczony przez Dona. Nie marnuję energii na rzeczy, które nie sprowadzą nas z powrotem na właściwe tory. Moją całą uwagę skupiam na kolejnym kroku. Na wyjściu z sytuacji. A chyba pamiętasz, co ma się dzisiaj wydarzyć? Myślę tylko o tym. To nasze odkupienie.
Enzo Sacrale: Możemy się znać latami, ale zawsze byłem zdania, że prawdziwie ludzie poznają się dopiero w boju. To wtedy wychodzą z człowieka najczarniejsze myśli, najgorsze emocje, a instynkty potrafią przejmować władzę nad zdrowym rozsądkiem. *puszcza miotłę, która z hukiem upada na podłogę* Vincenzo, w głębi wiem serca wiem, że tak jest właśnie ze mną. To moja natura. Taki zostałem stworzony i tym bardziej zdumiewa mnie, że nie zdążyłem poznać Cię z tej drugiej strony… Której jak widać po prostu nie ma.
Vincenzo podchodzi do Enzo i kładzie mu dłoń na ramieniu... Lekko się przy tym uśmiechając???
Vincenzo Vizzini: A może po prostu... nie znalazł się jeszcze nikt, kto by tą drugą stronę wyzwolił? *Patrzy gdzieś nad głową Sacrale* Chociaż kilku osobników powoli się tam dokopuje.
Po tych słowach Il Freddo łapie ponownie za szufelkę i zaczyna dalej sprzątać, a chcąc nie chcąc Enzo również się do niego przyłącza...
Przenosimy się na arenę, gdzie w ringu czeka już cała czwórka zawodników mających walczyć w następnej walce. W tej chwili na rampie pojawia się jednak Nick Aldis, oczywiście z mikrofonem w dłoni.
Nick Aldis: Zanim zaczniemy tą walkę, chciałbym jeszcze coś ogłosić. To nie będzie zwykła walka. Ku uciesze gawiedzi - wprowadzamy nowy pas na pola Elizejskie! *obok Aldisa pojawia się drugi sędzia, z pasem w rękach* Będzie to tak zwany... Pas przegrywa! *konsternacja* Ten który zostanie przypięty bądź poddany w trakcie walki, zostaje niechlubnym "mistrzem"! Powodzenia!
REKLAMY
LPW Loserweight Championship Fatal 4 Way Match
Dick A'very Big vs Jeff Brown vs Pill Tautu vs Salvador
Wracamy po reklamach do mistrzostw Roll-upu i widzimy, że Salvador siedzi w narożniku, a Dick i Brown stopmują go na zmianę. Nagle do ringu wślizguje się Pill podchodzi do obu zawodników, łapie ich za głowy i zderza ich głowami. Obaj panowie padają, Brown nawet wytacza się na apron. Tautu zaczyna tauntować niczym Hulk Hogan mimo swojego braku widocznych mięśni. Teraz podnosi siedzącego Salvadora i wypłaca mu klasyczne punche z góry. Pill wyprowadza rywala za rękę z narożnika i wynosi go pod Body Slam, jednak Zamiatacz zeskakuje z barku przeciwnika wypychając go przed siebie. W tym momencie Dick wyprowadza Slap na twarz Tautu. Pill odwraca się trzymając za twarz w stronę Salvadora, a ten wyprowadza punch. Tautu w karuzeli bólu raz jeden go atakuje, raz drugi, aż z tego potężnego bólu pada na matę. Albo zakręciło mu się w głowie. A’very pada teraz do przypięcia 1... 2... O dziwo Salvador przerywa! Wszyscy zadają sobie pytanie dlaczego, Dick wstaje i patrzy pytającym wzrokiem, a sam Zamiatacz chyba po chwili się dopiero orientuje i sam próbuje przypiąć! 1... 2.. Kickout. Ależ akcja, ależ emocje, rany Boskie. W tej chwili zza pleców Dicka pojawia się Jeff, który poprzez Double Axle Handle atakuje rywala. Jen odchodzi kilka kroków trzymając się za plecy. Wstający od przypięcia Salvador otrzymuje niskie kopnięcie na głowę na odchodne. Zajęty Jeff nie zwraca uwagi na Tautu, który leży na macie i teraz mam Schoolboy Pin! 1... 2.. 3?! Kickout! To może skończyć się w każdej chwili. Jeff teraz wstaje i wyprowadza kopnięcie na głowę leżącego rywala. Rozpędzony A’very zostaje wyrzucony ponad górną liną przez Jeffa! Tautu wstaje, również bierze rozpęd i tak samo zostaje wyrzucony ponad górną liną! Brown cieszy się, jakby wygrał! Chyba pomyliły mu się gimmicki walki. Teraz Brown odwraca się do Salvadora i mamy Roll-upze strony Sprzątacza! 1... 2... 3?! Tak, to koniec! Przegrywa, czyli pas wygrywa Jeff Brown!
Kamera przenosi nas teraz do luksusowego apartamentu, za ogromnymi oknami widać rozświetlone neonami miasto. Wnętrze urządzone jest z przesadnym przepychem: marmurowa podłoga, skórzane fotele, kryształowe szklanki i butelka drogiego alkoholu stojąca na stoliku. Drzwi wejściowe gwałtownie się otwierają i do pomieszczenia wchodzą w odpowiedniej kolejności: Lord Sebastien, Alistair oraz Rob McŁowicz. Na twarzy Lorda maluje się wyraźna wściekłość.
Lord Sebastien: Niech mnie wszyscy diabli! *kopie w stojącą obok komodę* Niech mnie wszyscy diabli, Alistairze!
Alistair: Obawiam się, że nie zmieni to rezultatu dzisiejszego wieczoru, mój panie.
Lord rzuca spojrzenie Alistairowi z jeszcze większą wściekłością.
Lord Sebastien: Rezultatu?! Ty to nazywasz rezultatem?! To miała być moja noc. Moja szansa! Jeszcze jeden krok, Alistairze. Jeden cholerny krok dzielił mnie, bym mógł stanąć przed całym tym
foulemotłochem i przypomnieć im, kto naprawdę zasługuje na miejsce na szczycie!
Lord podnosi ze stolika pilot i włącza telewizor, na którym mamy zatrzymaną klatkę w momencie, kiedy Rob przykłada się do eliminacji Lord Sebastiena.
Lord Sebastien: A potem pojawia się ON. Rob McŁowicz *wypowiedziane z wyraźnym obrzydzeniem* Człowiek, który niedawno nie potrafił nawet wygrać walki o swoją przyszłość. Jego największym osiągnięciem jest to, że potrafi nie zatruć posiłku. I ten człowiek… TEN CZŁOWIEK… ośmiela się stanąć na drodze mnie, Lordowi Sebastienowi!
Alistair: Bez wątpienia wykazał się brakiem rozeznania, mój panie.
Lord Sebastien: Brakiem rozeznania?! Alistairze, to nie był brak rozeznania! To była bezczelność! Niewybaczalna, ordynarna, pospolita niewdzięczność! *Lord zaciska pięść ze złości* Przez całe życie uczono mnie, że każdy w świecie powinien znać swoje miejsce. Że istnieje porządek, którego nie wolno naruszać. Dlaczego teraz do cholery kucharz uznał, że ma prawo do decydowania o moim miejscu?!
Alistair: Jeśli mogę, mój Panie. Rob zdecydowanie popełnił dziś błąd, to nie ulega wątpliwości. Ale pańska eliminacja była wydarzeniem sportowym. To co się do niej zaś przyczyniło było jednoznacznym brakiem szacunku. A brak szacunku zawsze można skorygować. Niestety nie wszyscy otrzymali ten przywilej wychowania i nie potrafią zrozumieć konsekwencji swoich czynów. Niektórzy muszą je po prostu poznać. *mówiąc to Alistair poprawia mankiety swojej marynarki*
Lord Sebastien: Widzisz, Rob?! Właśnie dlatego Alistair jest tu gdzie jest, a Ty jesteś… no pozostańmy na tym, że jesteś. Alistair rozumie hierarchię. Ty pomyliłeś swoją rolę z prawem do decydowania. Jedyne o czym powinieneś decydować to co najwyżej mój jadłospis. Ty jednak pomyślałeś inaczej i upokorzyłeś mnie dzisiaj przed całą federacją. Nie zamierzam ci tego wybaczyć i lepiej dla Ciebie, żebyś drugi raz nie popełnił tego samego błędu, bo wtedy konsekwencje będą nieuniknione.
Rob przez cały czas słucha dyskusji w milczeniu, jednak z każdym kolejnym słowem Lorda coraz mocniej zaciska szczękę. W końcu robi krok w jego kierunku. Alistair odruchowo przesuwa się bliżej, ale McŁowicz nawet na niego nie patrzy.
Rob McŁowicz: Skończyłeś? Bo od pięciu minut słucham, jak dwóch dorosłych facetów próbuje sobie wytłumaczyć, że to nie oni dali dzisiaj dupy, tylko kucharz był niegrzeczny. <Rob wskazuje na obraz z telewizora>. Nie pomyliłem swojej roli, Sebastien. Doskonale ją znam. Przegrałem z tobą, więc gotuję dla ciebie, wykonuje twoje polecenia i znoszę cały ten cyrk, bo o tym mówiły warunki naszego pojedynkui. Ale nigdzie nie było napisane, że mam przestać być zawodnikiem.
Rob spogląda na Alistaira, po czym wraca wzrokiem do Lorda.
Rob McŁowicz: A dzisiaj, kiedy zabrzmiał gong, nie byłeś moim panem, Alistair nie był twoim conseiller, a ja nie byłem nadwornym kucharzem. Byliśmy trzema facetami w Battle Royalu. Alistaira wyrzuciłem własnymi rękami, a kiedy pojawiła się okazja, żeby pomóc Finneganowi pozbyć się ciebie... skorzystałem z niej. I wiesz, co jest w tym wszystkim najzabawniejsze? <Rob robi jeszcze pół kroku do przodu, ale po chwili bierze głębszy oddech i wyraźnie zmusza się do zachowania spokoju>. Możesz kazać mi przygotować kolację. Możesz założyć mi fartuch, podać jadłospis i przez cały tydzień przypominać, gdzie według ciebie jest moje miejsce. Ale kiedy wchodzę między liny, nie oczekuj, że pomogę ci spełniać twoje marzenia, kosztem siebie.
McŁowicz na moment milknie. Widać, że chciałby powiedzieć znacznie więcej, jednak ostatecznie zaciska pięść, po czym powoli ją rozluźnia.
Rob McŁowicz: A jeśli naprawdę chcesz rozmawiać o konsekwencjach... to radzę ci uważać, Sebastien, bo moja cierpliwość też ma swoje granice. Tymczasem zapraszam na kolację.
Rob wykonuje ironiczny uśmiech po czym się odwraca. Obraz z kamery gaśnie.