Rozpoczynamy Elysium oznaczone numerem 5! Kamera pokazuje rampę, gdzie wita nas mały pokaz pirotechniczny, a po chwili przenosi się na trybuny! Widzimy wiele plakatów oraz transparentów wspierających naszych ulubionych zawodników, między innymi oczywiście grupkę (coraz większą) wiernych fanów Maxwella Ransoma! Po chwili widzimy jeszcze ujęcie z dalekiego planu, obejmujące całą arenę. Po wstępie zapada chwila ciszy, przerwana przez God Save the King co oznacza pojawienie się Generalnego Managera! Wychodzi on na rampę w granatowym garniturze, z mikrofonem w prawej dłoni... I walizką Golden Laurel w lewej!
Nick Aldis: Witam serdecznie na piątej edycji Elysium! *cheer* Mam dla wszystkich bardzo ważną informację, którą przedstawię już za chwilę... Najpierw jednak... *unosi do góry walizkę* To jest Golden Laurel Briefcase! Na przestrzeni najbliższych gal Elysium będziemy świadkami walk kwalifikacyjnych, uprawniających zwycięzców do wzięcia udziału w finałowym Elimination Chamber Matchu i zostania jej posiadaczem! *cheer się wzmaga, jednak Aldis gestem prosi o ciszę* Będzie mi ona towarzyszyła aż do czasu zbliżającej się, hallowenowej gali. Teraz jednak... Proszę spojrzeć na ekran.
Aldis wskazuje ręką na telebim, na którym wyświetlona zostaje końcówka walki Axela Blaze'a z Jose Lopezem z Heatwave! Wideo jest puszczone w spowolnionym tempie i widać wyraźnie, że bark Axela Blaze'a oderwał się od maty tuż przed ostatecznym, trzecim klepnięciem sędziego.
Nick Aldis: Czasu nie cofniemy, ale widać doskonale, co się wydarzyło. W związku z tym od razu zapowiadam, jako że od teraz pas LPW World Championship należy w całości do Elysium - na najbliższej gali PPV, Jose Lopez stanie do walki z Axelem Blazem, w obronie rewanżowej swojego mistrzostwa! *cheer, Aldis trochę przeczekuje, aż publiczność się uspokoi i zrzuca kolejną bombę* W Three Stages of Hell Matchu! *publika szaleje*
Całość przerywa nam Void in Blue! Czyli nowa, wejściowa piosenka Jose Lopeza! Słychać teraz wyraźne buczenie i niezadowolenie fanów, chociaż widać na trybunach, że niektórzy kibice mają tabliczki sugerujące nam, że Jose Lopez nadal to ma. Nowy LPW World Champion zjawia się na rampie w TYM stroju oraz z mistrzostwem LPW World na ramieniu. Jest jeszcze lekko poobijany, ale od PPV minęło już sporo czasu. Chico Malo przygląda się reakcji fanów, nie okazując jakichkolwiek emocji. Mistrz rzuca w końcu spojrzenie na Aldisa i rusza w kierunku ringu. Przed zagoszczeniem tam, standardowo odbiera mikrofon i w końcu wchodzi do kwadratowego pierścienia. Chwilę jeszcze odczekuje i zabiera głos
Jose Lopez: Spoglądasz na pierwszy, PRAWDZIWY wybór Elysium, Nick. Ten wymuszony przez fakt zostania posiadaczem drugorzędnego tytułu i byciem odrobinę ciekawszym niż Jorge Cavazos nie ma znaczenia. *fani buczą, a Jose patrzy uważnie na Aldisa* Sam tego dokonałeś. Wybrałeś mnie, bo zdawałeś sobie sprawę z tego, że federacje się zmieniają, lata mijają, ale tym, który ZAWSZE ląduje na szczycie...jestem JA. *wynosi pas ku górze, co powoduje głośną reakcję fanów, po chwili kładzie go znów na barku* Nie myliłeś się, w końcu spłaciłem ten kredyt zaufania z solidną nawiązką. *uśmiecha się kącikiem ust* Po wojnie z Axelem Blazem na Heatwave dałem Elysium LPW World Championship i dokonałem tego, co zapowiadałem już na początku. NIKT nie jest słowny tak jak ja. *gładzi swoją brodę* Wiesz... mógłbym ci wybaczyć fakt, że zabrałeś mi możliwość otwarcia show i celebracji, bo... i tak nie mam z kim tego celebrować. *buczenie* Jednak pewnej rzeczy nie mogę zaakceptować. *głębszy wdech* JAKIM PRAWEM nagle przestałeś mi okazywać szacunek?! Wytłumacz mi, Nick! Deprecjonujesz moją wygraną i pokazujesz jakiś durny filmik? W imię czego? Myślisz, że nawet jeśli sędzia zdążyłby zareagować i doliczył ostatecznie do dwóch, to by zmieniło wynik? Oczywiście, że nie! Jesteś byłym zawodnikiem, więc powinieneś wiedzieć, że Blaze'owi wyświadczono przysługę! Nawet jeśli ten twardy sukinsyn instynktownie odkopał, to i tak był już praktycznie nieprzytomny i po prostu bym go ZMASAKROWAŁ, gdyby trwało to dalej. *buczenie* Chcę wszystkim przypomnieć, że... to nie Mike Brutal, nie Ben Zamora, nie James River Waters, nie Kenneth Riddle... nie WES WALLACE, tylko JA gdzie się nie pojawiam, zostaję GŁÓWNYM mistrzem. To JA przez te pierdolone 10 lat wypruwałem z siebie żyły, dawałem TOPOWE widowisko i NALEŻY mi się szacunek od mojego General Managera!
I gotsta get paid przerywa wypowiedź mistrza, a fani reagują ogromnym cheerem! Blaze pojawia się na rampie ubrany standardowo w jeansy, skórzaną kurtkę, swoją koszulkę i oczywiście z okularami przeciwsłonecznymi na nosie. Zawodnik zatrzymuje się na chwilę i klepie po barku, sygnalizując, że czegoś tam brakuje, a potem rusza żwawo do ringu, przybijając po drodze piątki z fanami. Koło ringu wyciąga rękę w kierunku strefy technicznej, a pracownik rzuca mu mikrofon. Blaze chwyta go bez wysiłku i gestem dziękuje za dobre podanie. W końcu wchodzi do ringu, zdejmuje okulary i zakłada je za koszulkę. Mr. Forever również ma na twarzy wciąż widoczne ślady po ostatniej walce, ale trzyma się całkiem nieźle. Podchodzi do Hiszpana i staje z nim twarzą w twarz.
Axel Blaze: Cholera, Lopez, jesteś głośniejszy niż niedzielny krawat dziadka i to, co Ci się teraz należy to pierwsza nagroda w konkursie na największą beksę po tej stronie Missisipi. *śmiech na trybunach* Ahh… mam Ci tyle do powiedzenia, ale wszystko w swoim czasie. Najpierw muszę naprawić pewne rzeczy. *Blaze totalnie olewa Lopeza i skupia swój wzrok na Aldisie* Nick, od samego początku źle zaczęliśmy. Chciałem Cię serdecznie przeprosić. W pierwszej kolejności za tą pamiątkę, *wskazuje na łuk brwiowy Aldisa* ale także za to, że od początku utrudniałem Ci pracę. Już podczas naszego pierwszego spotkania zachowałem się jak buc, który myśli, że chcesz działać przeciwko niemu. Przepraszam Nick. Może i późno to zrozumiałem, ale lepiej późno niż wcale. *Blaze ponownie patrzy na Lopeza* A co do Ciebie, Lopez, to muszę przyznać, że mnie zaskoczyłeś i wcale nie mam tutaj na myśli, że to Ty dzisiaj wyszedłeś tutaj jako mistrz. Co za ironia, przez ostatnie tygodnie robiłeś wszystko, aby wejść do mojej głowy, zrobić ze mnie potwora, pokazać, że jestem niestabilny... wszystko po to, żeby zepchnąć mnie ze szczytu i zająć moje miejsce. Jednak po takim czasie ktoś tu chyba nabawił się lęku wysokości. Przez cały ten czas chciałeś pokazać, że jesteś ponad to, a kiedy w końcu Ci się to udało to wychodzisz tutaj i nie trzymasz ciśnienia. *cheer* Zabawne, bo przez ostatnie dwa tygodnie dostałem masę wiadomości, w której każdy życzył mi wszystkiego dobrego, mówił, że nic się nie stało, żebym się nie przejmował. Znajomi, którzy nie są tak blisko mnie na co dzień, nagle wpadali do mnie częściej, bojąc się, że zastaną mnie zalewającego się w trupa, nie mogącego podnieść się z łóżka po tym wszystkim przez co przeszedłem. Dziękuję wszystkim za dobre słowo, bardzo to doceniam. Jednak, jak widać, ze mną wszystko w porządku, mam się dobrze, w przeciwieństwie do niektórych. *puszcza oczko do Lopeza* Odkąd tylko sędzia uderzył w matę trzeci raz wiedziałem, że popełnił błąd. Ale jesteśmy tylko ludźmi, każdy je popełnia. Ja popełniłem ich ostatnio całkiem sporo. Dlatego milczałem, bo wiedziałem, że prawda wyjdzie na jaw. Gdybym odezwał się jako pierwszy zostałbym odesłany do Dereka Hallowaya i jego live'a, aby przedstawić "swój punkt widzenia". Jednak teraz stoimy znowu na przeciwko siebie. Walka rewanżowa jest już ogłoszona. A moje serce bije szybciej. Od zdobycia tego pasa nie czułem czegoś takiego. I za to muszę Ci podziękować, to była najlepsza walka w moim życiu. Wkrótce znów zmierzymy swe siły i już nie mogę się tego doczekać. Postaraj się do tego czasu wziąć kilka głębokich oddechów, uspokoić się. Bo widzisz, ja nie chcę wykorzystywać momentu Twojej słabości, żeby ułatwić sobie walkę. Ja chcę walczyć z najlepszą wersją Ciebie, żeby każdy zapamiętał ten pojedynek do końca życia. Nie tylko my dwaj, żeby wspominać to po kilku latach, jak robisz to z Wesem. Żeby każdy, kto to zobaczy, opowiadał o tej walce swoim wnukom! *cheer*
Lopezzo rozgląda się po reakcji publiczności i z lekkim uśmiechem na twarzy kręci głową.
Jose Lopez: Chcesz mojej najlepszej wersji? Widzę, że do takiego motywu zainspirowałem nie tylko Bena Zamorę. *wredny uśmiech* Chłopcze... ja ciągle staję się lepszy, NIKT nie ma takich ambicji jak JA! Dla wielu są one wręcz chore oraz nierealne, ale nie ma co się dziwić... Mój sufit jest tak wysoko, że reszta nawet nie jest w stanie go dostrzec. Dlatego też lęk wysokości, o którym wspomniałeś, rzeczywiście może u mnie występować... tylko nie tak jak myślisz. On objawia się u mnie strachem przed tym, że będąc już za WYSOKO, nie zobaczę nikogo, kto jeszcze będzie stanowić dla mnie WYZWANIE. *krótka pauza, patrzy głęboko w oczy Blaze'a* Nie byłeś w stanie mnie pokonać na Heatwave, to jak chcesz dokonać tego w rewanżu? *poirytowany* Nadal nic nie wbiłem ci do tego twojego łba, Axel! Widzę, że nic się nie zmieniło! Po tym wszystkim, co się wydarzyło, co wyszło na ciebie, po twojej porażce... wchodzisz tutaj wesoły, udajesz, że masz to pod kontrolą i życie leci dalej. Kogo ty znowu chcesz oszukać? ŻENADA! *krótka pauza* Pewien mądry człowiek powiedział kiedyś ''szaleństwem jest ciągle robić to samo i oczekiwać innych rezultatów.'' A ja już widzę, że nie ma w tobie ŻADNEJ refleksji, nie posłuchałeś, uparcie wierzysz, że masz rację...szkoda. Jednak śmiało, próbuj ponownie po swojemu, wedle schematu, w który wierzysz. Po raz kolejny twoje sztuczne ideały zostaną zmiażdżone, o ironio... w Three Stages of Hell Matchu. *ekscytacja fanów* Zapowiedziałem już ponad dwa miesiące temu, że piekło po ciebie przyjdzie. *wredny uśmiech* To będzie idealne zamknięcie naszej historii i obnażenie cię. Możesz już dać tym swoim znajomym, którzy ostatnio bardzo ochoczo cię odwiedzali adres do potencjalnego szpitala, bo przy twoim tak żenującym i lekkomyślnym podejściu... tam będzie twoje miejsce!
Axel Blaze: O ironio, jak Ty chcesz mnie pokonać w Three Stages of Hell Matchu, skoro nie byłeś w stanie pokonać mnie na Heatwave? Zdaję sobie sprawę, że będziesz to wypierał ze wszystkich, po Twojej stronie lustra to przecież nie miało miejsca, ale w tej prawdziwej rzeczywistości, w tej której obecnie się znajdujemy, mój bark oderwał się od podłogi przed 3 uderzeniem sędziego. A to oznacza, że to nie przegrałem. Ty twierdzisz, że i tak byś mnie zniszczył, a ja wiem, że nie dałbyś rady. Bo odbijając w takim momencie udowodniłem sam sobie, że jestem niezniszczalny. I mógłbyś próbować dokładać kolejne akcje, a ja za każdym razem bym po nich wstawał! *cheer* I nie odpływaj, bo nigdy nie byłeś, ani nie będziesz w miejscu, w którym nie znalazłbyś nikogo na swoim poziomie. Bo jak na razie to udało Ci się tylko zabrać pas bo błędzie sędziego. Nawet nie pokonałeś tego młokosa, któremu tak bardzo próbujesz umniejszyć i pokazać mu, gdzie jego miejsce. Tylko... gdzie wtedy jest Twoje miejsce? *Blaze gwałtownie podchodzi jeszcze bliżej Lopeza* Jak na razie masz szczęście, że dzisiaj przepraszałem Nicka, a Ty za chwilę masz walkę... bo z rozkoszą starłbym Ci ten wredny uśmieszek z twarzy i dał kolejny powód do narzekania.
Po chwili walki na spojrzenia na arenie rozbrzmiewa Layla! Nick Aldis oraz Axel Blaze spokojnie opuszczają ring, aby zrobić miejsce dla Jamesa Rivera Watersa, a Lopez oddaje sędziemu pas i przygotowuje się do walki.
Mars od tyłu to sram, a Michał od tyłu...
Non Title Singles Match
Jose Lopez vs James River Waters
Znajdujemy się teraz w ringu, w którym James River Waters wymierza serię punchy Jose Lopezowi. Sędzia odciąga go od rywala, ale ten ponownie na niego rusza. Łapie za rękę, Irish Whip w narożnik naprzeciwko. Bierze rozpęd, Corner Cothesline?! Nie! Jose w ostatnim momencie odskakuje w bok, a James zgina się z bólu. Jose wymierza szybkie Step-Up Enzuigiri. Waters pada na matę, a Hiszpan wchodzi na narożnik. W tym czasie James wstaje na nogi. Diving Crossbody?! Udane! Pin! 1… 2… Kickout! Lopez zbiera oddech, a Amerykanin w tym czasie wstał. Anti Heroe rusza i dokłada Swinging Neckbreaker. Kolejny pin! 1… 2… Kickout! Zawodnik z Wysp Kanaryjskich od razu wstaje i przewraca przeciwnika. Muta Lock zapięte! Madman cierpi, ale w końcu po kilkunastu sekundach zaczyna się czołgać w kierunku lin. Trochę czasu mu to zajmuje, ale w końcu mu się to udaje. Sędzia zaczyna odliczać. 1… 2… 3… 4… Lopezzo wykorzystuje sytuację do granic możliwości i puszcza w ostatniej chwili. Zawodnik z Montany wstaje powoli przy pomocy lin, a Lopez czeka na nogach, aż ten będzie w pozycji pionowej. Rusza na Jamesa, ale ten mu wypłaca Elbow Strike. Jeden, drugi. Dodaje do tego Enzuigiri. Lopez chwieje się, a Waters wynosi go do Powerbombu. Idzie w stronę narożnika i wrzuca Lopeza prosto w niego. Jose na macie, a teraz to Cursed Child wchodzi na narożnik. Moonsault? Connected! Pin! 1… 2… To za mało, żeby pokonać mistrza! Montana Kid jednak się nie poddaje. Hiszpan powoli wstał, tylko po to, aby zainkasować Pele Kick! Jose chwiejnym krokiem cofa się, odbija od lin i wraca do przeciwnika. Waters wkłada jego głowę między swoje nogi. Wynosi do góry! Big Sky Reckoning?! Nie! El Hermoso wierzga nogami będąc w górze, po czym podnosi rywala i mamy Back Body Drop! The Warden aż łapie się za plecy po tej akcji! Spanish Star łapie chwilę oddechu, a w tym czasie James wstał już na kolana. Jose to zauważa, odbija się od liny… Shining Wizard! Pin! 1… 2… To jeszcze nie koniec! Obaj panowie leżą na macie, sędzia zaczyna odliczanie. 1… 2… 3… Obaj już powoli podnoszą się do góry. 4… 5… Są już na kolanach naprzeciwko siebie. Sassy Prince pierwszy wymierza punch na głowę rywala. Chico Malo odpowiada tym samym. Mamy małą wymianę, obaj wstali już na równe nogi. Jeden i drugi robią krok w tył odbijając się od lin… Double Crossbody! Obaj lądują na macie trzymając się za brzuchy! Chwilę zajmuje zanim obaj zawodnicy zaczynają wstawać a w tym momencie na Titantronie wyświetla się jakieś wideo, obaj zawodnicy są mocno tym zdziwieni. Kamera przenosi nas do sierocińca (tak jest napisane na drzwiach wejściowych) i po chwili naszym oczom ukazuje się chyba młody (8-10 lat) James River Waters. Siedzi on na podłodze i chowa twarz w dłoniach, ewidentnie zapłakany, a wokół niego mamy pełno innych dzieciaków, które wskazują na naszego bohatera i głośno się z niego naśmiewają. Z tłumu słuchać przeróżne okrzyki:
- "Co za mazgaj!"
- "Ten świr, znowu beczy!"
- "James chyba się zsikał ze strachu! Hahahah!"
Widzimy, że do chłopaka podchodzi jedna z sióstr, które prowadzą ten sierociniec, na jej twarzy nie ma jednak współczucia. Mocno łapie Jamesa Rivera za rękę, ten nawet zdążył zawyć z bólu. Możemy jeszcze zaobserwować jak zakonnica krzyczy na chłopaka przy innych obecnych dzieciakach, które są ewidentnie bardzo z tego faktu zadowolone. Obraz z kamery urywa się i widać, że bardzo poruszyło to samego Watersa, który w szoku podchodzi do lin i tępo wpatruje się w ekran... Hasta Luego! Lopez oczywiście nie mógł odpuścić takiej okazji i wykonuje z zaskoczenia finisher! Nie puszcza jednak uchwytu, tylko dla pewności podnosi się z rywalem raz jeszcze i dokłada kolejne Hasta Luego! Mamy pin! 1...2...3... Koniec walki!
James River Waters w swoim debiucie w Legion Pro Wrestling odnosi również swoją pierwszą porażkę! Lopez natomiast odbiera od sędziego swój pas, chwilę z nim świętuje, po czym schodzi na zaplecze. Widać, jak Waters dochodzi do siebie i zrezygnowany siada na środku ringu, z kolanami podciągniętymi pod brodę. Ma już powoli wstawać, gdy nagle Titantron ponownie ożywa. Kamera pokazuje słabo oświetlony gabinet Dr. Victora Kline’a. Doktor siedzi za szerokim biurkiem, na którym leży kilka otwartych teczek, stary dyktafon oraz dokumentacja podpisana „James River Waters”. Za nim, częściowo skryty w cieniu, stoi Silas Crowe.
Dr Victor Kline: Ludzie bardzo lubią wierzyć, że z czasem stają się kimś innym. Silniejszym. Mądrzejszym. Bardziej odpornym. Budują wokół siebie kolejne warstwy, aż w końcu sami zaczynają wierzyć, że człowiek, którym byli wcześniej, już nie istnieje. *Kline zamyka jedną z teczek i przesuwa ją na bok.* James River Waters zrobił to lepiej niż większość. Przez lata stworzył człowieka, którego inni podziwiali, bali się i pamiętali. Mistrza. Madmana. Człowieka, który potrafił sprawić, że wszystkie oczy były zwrócone na niego. *Doktor na chwilę zatrzymuje wzrok na dokumentacji Watersa.* Tylko że nawet najlepiej zbudowana osobowość ma swój punkt początkowy. Czasem jest nim jedno miejsce. Jedna chwila. Jedno wspomnienie, do którego człowiek, nie chce wracać przez całe swoje życie. *Kline bierze do ręki dyktafon.* Nie interesuje mnie pokonanie Jamesa Rivera Watersa. Chcę zobaczyć, co zostanie, kiedy zaczniemy obierać go z kolejnych warstw i zabierzemy mu. Pewność siebie. Dumę. Madmana, oraz wszystko to co budował przez lata.*Na twarzy doktora pojawia się ledwie zauważalny uśmiech.* Bo ja nie wierzę, że tamten chłopiec zniknął, James. Wierzę, że nauczyłeś się bardzo dobrze go ukrywać. *Silas powoli podnosi głowę.* A terapia ma niezwykłą właściwość. Jeśli cofniemy się wystarczająco daleko… zawsze docieramy do źródła.
Doktor naciska przycisk dyktafonu. Rozlega się trzask starej taśmy.
Nagranie: Etap pierwszy zakończony. *Kline nie odrywa wzroku od kamery.* Rozpocząć regresję. *Za jego plecami Silas robi powolny krok do przodu.* Cel terapii: James River Waters.
Zapada cisza. Dyktafon nadal pracuje, wypełniając pomieszczenie jednostajnym szumem taśmy. Crowe robi kolejny krok i zatrzymuje się tuż obok Kline’a. Nagle z urządzenia dochodzi ostatni trzask.
Nagranie: Pacjent został odnaleziony.
Kline naciska STOP.
Dr Victor Kline: Teraz możemy zacząć.
Silas powoli przechyla głowę, po czym rusza prosto w stronę kamery. Operator instynktownie się cofa. The Uncured wyciąga ogromną dłoń w kierunku obiektywu… Wideo transmitowane na titantronie urywa się, a w ringu widzimy tylko posępnego i zupełnie milczącego Rivera, rozglądającego się bezradnie dookoła. Obraz z kamery po chwili gaśnie...
Przypominamy o zakazie lania wody w komentarzach!
Obraz z kamery przenosi nas... do szatni. Tam siedzi sobie Elias Shadow! Gnojek jak to on, przegląda telefon, a bardziej jego szczątki. Yoshi Tatsu stłukł mu ostatnio jego urządzenie, no i nie wygląda ono teraz najlepiej. Shadow scrolluje zapewne tiktoka, ale nie jest to zbytnio przyjemne i co jakiś czas boli go paluszek. Nagle słyszymy pukanie do drzwi i do pomieszczenia wchodzi... Yoshi Tatsu! Można było się tego spodziewać, bo samo pukanie było bardzo honorowe. Wejście również, podczas którego Yoshi rzucił jednym z tradycyjnych japońskich tekstów, które się mówi w takiej sytuacji. Honorowy Japoniec ma przy sobie jakiś stary worek, który wygląda jakby był na ziemniaki. Elias widząc to wszystko, jest zażenowany.
Yoshi Tatsu: Elias-kun, to czego ostatnio dokonałem, było doprawdy haniebne oraz niehonorowe. *honorowo załamany* Dlatego też... popełnię honorowe seppuku.
Yoshi wyciąga z tego swojego worka pseudo katanę, klęczy i łapie miecz oburącz, celując w swój brzuch, przy okazji zamykając oczy. Wszystko robi bardzo honorowo i pod nosem wypowiada jakieś japońskie formułki, brzmi to jak jakieś modły. Elias lekko przerażony zrywa się i chce zapobiec katastrofie, która za chwilę może tu się odbyć. Wyrywa miecz z rąk Tatsu. Yoshi otwiera oczy i zaczyna śmiać się z dzieciaka i honorowo wskazuje go palcem.
Yoshi Tatsu: Haha! Mam cię! To był taki żart! To tylko zabawka! Haha! *honorowo się śmieje, a Elias jest zirytowany i wyrzuca to z rąk* Zrobiłem to na rozluźnienie atmosfery, bo wiesz Elias-kun... samuraj czasem musi się rozluźnić. *honorowo się uśmiecha* Cieszę się, że jest w tobie wiele ukrytej dobroci i mi przerwałeś, dlatego też przyjmij to...
Tatsu grzebie w worze, na szczęście nie tym z jajec i wyciąga... IPHONE 18 PRO MAX!!! Nówka sztuka, nieśmigana!
Yoshi Tatsu: Przyjmij ten prezent w geście przeprosin, młodzieńcze... *wręcza pudełko Eliasowi*
Kojarzycie film Maska? Ten z Jimem Carrey'em? I moment w którym oczy Maski dosłownie wyskakują z orbit? No to tutaj jesteśmy tak blisko tego widoku jak to tylko możliwe. Elias z wielkim nabożeństwem patrzy na pudełko w rękach Japończyka, po czym powoli (i o dziwo bardzo honorowo) chwyta je w swoje dłonie i przytula do klatki piersiowej.
Elias Shadow: To... To dla mnie? *patrzy zaszokowany na Yoshi'ego* Ja... Ja... Nie wiem co powiedzieć!
Elias zapomniał już, że Tatsu przed chwilą próbował popełnić udawane seppuku, jak najszybciej odpakowuje nowy telefon i go włącza.
Elias Shadow: Ma tiktoka? A youtube shortsy? O a ten, instagram? Reelsy na Instagramie to jest dopiero życie!
Widać, że młody się rozmarzył i zapomniał już gdzie jest. Nagle jednak jakby otrząsnął się z szoku i spogląda na Tatsu.
Elias Shadow: A czego Ty w ogóle ode mnie chcesz co? Próbujesz uśpić moją czujność? Co? Uważaj bo ja znam karate! Coś niecoś potrafię!
Yoshi Tatsu: *honorowo uśmiecha się z dumą* Młodzieńcze, jedyne, czego ja chcę... to byś stał się honorowym człowiekiem, takim jak ja. Z dużą dozą pokory, szacunku i stoicyzmu. Widzę w tobie złoża tych cech, są one tam pod tą skorupą, którą serwujesz, ale Elias-kun, oczu samuraja nie zmylisz...
Elias patrzy na Yoshiego jakby ten był trochę pierdolnięty (nic dziwnego) ale patrzy przez kilka sekund na swój nowy telefon... I kiwa głową.
Elias Shadow: Dobra dziadek-san, masz jedną szansę. Nie zmarnuj jej.
Yoshi Tatsu: A więc zacznijmy razem piękną przygodę! Haha! Mam jeszcze jedną niespodziankę dla nas, zawalczymy dziś razem drużynowo! Także rozgrzewaj się powoli młodzian, czas dopisać mi pierwszą wygraną w tej federacji! Oczywiście podejdziemy do rywali z ogromnym szacunkiem, ale spokojnie... to nie są jakieś kozaki.
Yoshi honorowo klepie Eliasa po ramieniu, a ten czujnie zerka na niego. Obraz z kamery znika...
Singles Match for a spot in Golden Laurel Elimination Chamber Match
Derrick Mantel vs El Garra de Gato
Wracamy do ringu, gdzie Garra biegnie w stronę przeciwnika, a Mantel schodzi mu z drogi i popycha w stronę lin. Kociarz się od nich odbija i po powrocie ma Shoulder Block. Teraz to Derrick odbija się od lin, a Luchador próbuje go podciąć, jednak Amerykanin przeskakuje nad nim, a Meksykanin częstuje przeciwnika Back Body Dropem. Ego Top po upadku chwyta się za plecy, jednak dosyć sprawnie wstaje. De Gato natychmiast do niego doskakuje i częstuje punchami na głowę. Będącego na kolanie przeciwnika częstuje DDT. Od razu próba pinu. 1… Kickout. To zdecydowanie za mało dla jego oponenta. Kociarz wstaje i pomaga wstać oponentowi. Irish Whip w narożnik, jednak kontra i to El Garra wpada w korner. Corner Clothesline od Amerykanina. Po tym ataku Derrick wybiega, odbija się od lin, De Gato lekko zamroczony wychodzi z narożnika i otrzymuje potężny Yakuza Kick. Ależ teraz De Gato pada jak rażony piorunem na matę. Mantel nie końcu jednak tego w ten sposób, szybko wdrapuje się na szczyt narożnika i mamy jeszcze Frog Splash. Próba pinu. 1… 2… Kickout. Ego Top po raz kolejny idzie w stronę narożnika i wchodzi na jego szczyt. Lekko poprawia pozycję i mamy 450 Splash! Prosto w matę! Meksykanin w porę przetoczył się na bok. Derrick aż kopie w matę z grymasem bólu, a Kociarz nie poprzestaje na tym, chwyta oponenta w Rear Waist Locku, pomaga mu wstać i mamy piękny German Suplex. To nie wszystko, to tym razem El Garra wchodzi na szyt korneru i mamy Diving Elbow Drop! Próba pinu. 1… 2… Kickout. De Gato nie poddaje się i oczekuje aż jego rywal się podniesie. Gdy to czyni, Kociaż odbija się od liny i mamy teraz jeszcze Running Crossbody! Spin Kick od Mantela na lecącym już przeciwniku! Ależ teraz wymiana akcji. Amerykanin podnosi teraz przeciwnika za rękę, wkłada mu głowę pod pachę i dokłada jeszcze Spin-out Powerbomb od razu z pinem. 1… 2… 3?! Kickout! Kociarz jest teraz w niemałych tarapatach, ale jakoś udało mu się przetrwać ten pin. Ego Top już wyraźnie sygnalizuje zakończenie tej walki, szykuje się Head Crusher (Curb Stomp)! Derrick w oczekiwaniu łapie się za górną linę i czeka, aż jego ofiara w końcu wstanie. Gdy De Gato jest już w pozycji pochylonej Mantel się rozpędza i mamy Head Crusher! Jednak chybiony, Meksykanin się prostuje i ucieka, a Amerykanin uderza stompem w matę. Już poważnie wściekły odwraca się do przeciwnika i otrzymuje Spinebuster! Kociarz w natarciu, próba pinu! 1… 2… 3?! Kickout! To za mało dla Mantela. De Gato podnosi przeciwnika do stójki i ustawia go pod Garra Slam (Uranage Slam)! Mantel w porę wykręca się z uchwytu trzema uderzeniami z łokcia, w końcu wykręca się z ręką przeciwnika, atakuje go Gut Kickiem i ustawia przeciwnika pod Piledriver! Czy będzie Fatal Blow (Craddle Piledriver)?! Tak! Mamy Fatal Blow! Od razu przypięcie. 1… 2… 3?! Tak, to koniec! Derrick Mantel zwycięża to starcie i zostaje pierwszym uczestnikiem walki o walizkę!
Kamera przenosi nas do ciemnego pomieszczenia, nic nie widać, ale... w końcu zapala się lampka i widać Eliego Cottonwooda! Wąsacz patrzy tylko groźnie w obiektyw i zza jego pleców wychodzi TEN FACET. Kolejny wąsaty pan patrzy złowrogo w kadr i ma zamiar coś powiedzieć. Za nim są jeszcze dwie sylwetki innych mężczyzn, których nie znamy i nie możemy ich dostrzec.
Eli Cottonworld: Imię me? Eli. Eli Cottonworld. Wąs? Jest. Gacie? Są. Nie byle jakie. Dzięki głebokim polskim korzeniom poznałem firmę, która odmieniła moje życie. *prezentuje gacie, które ma na sobie, trwa to dłuższą chwilę* Znaczą dla mnie prawie tyle, ile ma rodzina. *ukradkiem spogląda do tyłu* Rodzina, z którą pokażemy, jaka jest różnica między prawdziwymi wąsami. A ogolonymi twarzami.
Cottonworld jeszcze groźnie patrzy i palcami ponownie prezentuje swoje majtki. Obraz z kamery znika...
Masz wonsy? Dołącz do nas!
Rozbrzmiewa theme song Jeffa Browna! A jaki? No ten jego! Nie trzeba więcej wiedzieć. Albo dobra TEN. Innej okazji do posłuchania go może nie być. Jeff pojawia się ubrany w swoje ciuchy, takie jak ma zawsze, jest z nich znany tak jak Shio Sakazaki ze swojej kurtki. Fani z deka mają wyjebane w to. Brown ma na sobie kołnierz ortopedyczny i powoli idzie w kierunku ringu. Przed wejściem odbiera jeszcze mikrofon od pracownika. W końcu włazi pokracznie po schodkach prawie spadając, ostatecznie udaje mu się dotrzeć do docelowego miejsca i przykłada mikrofon do ust, a muzyka cichnie, wielka chwila przed nami.
Jeff Brown: Jestem tutaj bo... *Brown zaczyna zdejmować kołnierz ortopedyczny, idzie mu to bardzo słabo, ale udaje się* JEFF BROWN WRÓCIŁ, DZIWKI! *cisza fanów* Tak jest, dziweczki, o tak! Jeff Brown powrócił silniejszy niż kiedykolwiek i gotowy na cokolwiek! Dajcie mi jakiegoś solidnego sukinsyna do obicia mu mordy, a może i nawet... *udaje, że w kieszeni ma spluwę i uważnie rozgląda się dookoła* ŻARTOWAŁEM! Obicie gęby mi wystarcza, dawać go!
Następuje na arenie nieco niezręczna cisza, gdzieniegdzie daje się usłyszeć lekki cheer w oczekiwaniu na to kto wyjdzie.. i nagle po kilku sekundach na rampie pojawia się nieznany nam zawodnik, przy akompaniamencie tego theme songu, na sobie ma podarty nieco płaszcz u dołu ze złotymi akcentami, głowa przykryta kapturem. Nie tracąc czasu rusza on w kierunku ringu po rampie, gdy nagle odzywa się Jeff..
Jeff Brown: A Ty kim kurwa jesteś, ha?
Postać po chwili wchodzi po schodkach do ringu, a następnie przechodzi między linami i staje naprzeciwko Browna. Ten lekko zamiera widząc postać stającą przed nim, ale nie daje nic po sobie poznać (tak przynajmniej myśli) i mówi..
Jeff Brown: Pytałem się kim ty dziweczko jesteś.. a w sumie chuj mnie to, i tak cię rozpierdolę, jedziemy z tobą kurwo!
Zawodnik zabiera mu mikrofon, przez chwilę stoi w bezruchu, po czym zdejmuje kaptur i ukazuje nam się ta postać i szaleńczo się uśmiechając i z góry patrząc na Jeffa odpowiada..
???: Haha! Moje imię.. Rocks Xebec. Śmieszny jesteś wierząc w to, że cokolwiek tu ugrasz, ale powodzenia. Będzie ci kurewsko mocno potrzebne!
Rocks zrzuca z siebie płaszcz i wyrzuca mikrofon za ring, a po chwili rozbrzmiewa gong..
Singles Match
Jeff Brown vs “Rocks” Xebec
Jeff po usłyszeniu gongu bez ostrzeżenia uderza punchem w twarz Xebeca, po czym sprzedaje mu kopnięcie w lewe udo, następnie w prawe.. Rocks jednak jakby nic sobie z tego nie robił i łapie Browna za twarz i zaczyna przesuwać przeciwnika do tyłu. Gdy dochodzi do lin to łapie go pod Irish Whip i rzuca na przeciwległy zestaw, Jeff Brown odbija się i chce wyczuć sytuację - Running Knee Strike! Nie! Podczas skoku otrzymuje Headbutt! The Apex Anarchist uśmiecha się, po czym łapie za głowę Browna, po czym rzuca go bez wysiłku w narożnik i nabiega.. Corner Clothesline, a po chwili.. Conqueror’s Impact! Fake Thug zgnieciony w narożniku, ale stara się z niego wyjść obolały.. wpada w ramiona Rocksa i.. Anarchy! Prosto w jeden z narożników! Xebec odciąga go z narożnika i przypina dość nonszalancko.. 1.. 2.. kick out! Jednak to nie to.. The Chaos' Sovereign rozmyślił się i chce pokazać coś jeszcze. Podnosi on Fake Thuga.. ten natomiast próbuje kopnąć przeciwnika! Mamy kilka kopnięć na nogi The Apex Anarchista.. ten ewidentnie mocno znudzony i lekko poddenerwowany na twarzy chce to zakończyć, rzuca przeciwnika na liny i Spinebuste-.. Chaos Burst! Po chwili zaczyna krążyć wokół oszołomionego i podnoszącego się bardzo powoli Mr. Street Cred.. gdy ten już jest blisko by się podnieść Rocks wykonuje gest strzału z pistoletu, rozpędza się, odbija od lina raz.. potem od przeciwległych.. Headshot! Brown pada jak martwy, Xebec przyklęka przed przeciwnikiem i kładzie tylko na nim dłoń: 1.. 2.. 3! Zwycięstwo w debiucie!
The Apex Anarchist podnosi się dość szybko, sędzia chce podnieść jego rękę w geście zwycięstwa, ten jednak wyrywa ramię, podchodzi do narożnika i prosi o mikrofon..
Rocks Xebec: Ha! Haha! Co za wyzwanie! Że też trzymacie tak bezużyteczne psy jak ten tutaj u siebie.. Jestem, szczerze mówiąc, nieco rozczarowany.. Chociaż? Zrobił ten ściek za idealną gąbkę żeby wszystkim pokazać co potrafię. Jednakże! Nie myślcie sobie, że tylko z takimi.. osobliwościami, jak to gówno, jestem w stanie tylko wygrywać. *podchodzi do leżącego jeszcze na brzuchu Jeffa, przyklęka przy nim i łapie go za szyję* To był tylko pionek, nic lepszego nie byłem w stanie dostać.. Ale posłuży za przykład, nie tylko tego w jaki sposób rozprawiam się z - wątpliwymi - przeciwnikami, ale też tego co spotka każdego z was. *wstaje i patrzy w kamerę uśmiechając się* Każdego kto zechce chociażby spojrzeć w moją stronę, każdego kto zechce oddychać tym samym powietrzem, bo nie jestem tu po to żeby ludzie mnie lubili, żeby mieli mokro w majtkach na mój widok, żeby kupowali moje koszuleczki, okularki i chuj wie co jeszcze. Nie jestem tu po to żeby ktokolwiek z was mnie szanował od samego startu, bo wydrę sobie sam ten szacunek z waszych trucheł. Jestem tu po to żeby pokazać wam.. wam wszystkim, że wasi ulubieńcy i wasi mistrzowie to tylko olbrzymy na glinianych nogach i każdy z nich będzie upadał, jeden po drugim, bo są niczym w porównaniu z prawdziwą potęgą! Potęgą chaosu, który.. kreuję.. JA!
Wraz z ostatnim wypowiedzianym słowem, Rocks odrzuca mikrofon, po czym wstającego jeszcze Jeffa Browna kopie od niechcenia w brzuch, a następnie wyślizguje się z ringu. Przy widoku Rocksa idącego po rampie i przy dźwięku jego donośnego, dzikiego śmiechu.. obraz gaśnie.
Kamera przenosi nas do pogrążonego w półmroku gabinetu, za masywnym biurkiem z ciemnego, szlachetnego drewna, siedzi trzech mężczyzn w nienagannie skrojonych garniturach. Ich sylwetki niemal stapiają się z cieniem, a jedynym wyraźniejszym źródłem światła jest wąska smuga wpadająca przez niedociągnięte zasłony. Pośrodku, w najważniejszym miejscu, zasiada brodaty mężczyzna o spokojnym, nieprzeniknionym obliczu. Promień światła przecina jego twarz niczym ostrze — jedna połowa pozostaje jasno oświetlona, druga zaś ginie w głębokim cieniu. Kontrast ten nadaje jego spojrzeniu osobliwą dwuznaczność, jak gdyby skrywał w sobie zarówno dostojność, jak i mroczną tajemnicę. Po jego bokach siedzi jego Doradca oraz Kapitan. Milczą, jak przystało ludziom przywykłym do tego, że najważniejsze decyzje zapadają bez zbędnych słów. W powietrzu unosi się ciężki aromat cygar. Każdy z mężczyzn trzyma w dłoni tlące się cygaro, a leniwe smugi dymu wiją się pod sufitem, miękko rozpraszając nikłe światło. Popiół osypywał się do masywnych, kryształowych popielniczek, lecz żaden z nich nie zwraca na to uwagi. Wnętrze jest pełne powściągliwego przepychu - ciemne drewno, skórzane fotele, ciężkie zasłony i pojedyncze elementy klasycznego wystroju, które bardziej sugerują władzę niż ją ostentacyjnie demonstrują. Panuje cisza. Nie jest jednak zwyczajna — ma w sobie ciężar oczekiwania. The Outfit siedzi nieruchomo, otacza ich dym oraz cień, jakby cały świat poza tym gabinetem przestał na chwilę istnieć. W końcu Tony pyknął z cygara, spokojnie wypuścił dym z ust, a następnie z kamienną twarzą spojrzał na swoich towarzyszy.
Tony Leone: Długo zastanawiałem się, czy jestem zły, czy rozczarowany postawą Brutala na Heatwave. Z przykrością muszę stwierdzić, że chyba jednak jedno i drugie. *pyknięcie z cygara* Przychodzę do nich z otwartymi rękoma, oferuję swoją przyjaźń, z godnością przyjmuję wszystkie stawiane mi warunki. Daję im słowo, że nie przekroczymy pewnej granicy. Daję im słowo, że będziemy współpracować dla wspólnego dobra Elysium. Daję im słowo, że nie dojdzie do kolejnego ataku... a dla mnie słowo cenniejsze jest od pieniędzy. I co dostaję w zamian? Całkowity brak szacunku. *nerwowe pyknięcie z cygara, Tony zaczyna mówić szybciej* Ostrzegałem Nicka przed tym frustratem. Zwracałem uwagę, że należy mu się uważnie przyjrzeć, bo takie elementy społeczne są nieprzewidywalne. Prostactwo, pośpiech czy frustracją nigdy nie są dobrym doradcą. Z kimś takim nie powinno się robić żadnych interesów. Ale Nick zapewniał mnie, że przecież Brutal jest on ostatnią osobą, która mogłaby zrobić cokolwiek głupiego w naszej sprawie. Dał mi słowo... i go nie dotrzymał. *nerwowe pyknięcie z cygara, Tony mówi coraz szybciej* To już był dla Nas policzek, ale Nick posunął się jeszcze dalej. Postanowił oficjalnie zakazać Waszej obecności przy ringu w trakcie walki wieczoru. Jakby mi w twarz napluł. Dotrzymałem danego słowa. Podjąłem walkę z Brutalem w jego płaszczyźnie, wygrywając z nim bez interwencji. Nie ingerowaliśmy w żadną z naszych walk. Za to zrobił to Brutal. I to my dostajemy zakaz? Tą zniewagą zajmę się osobiście.
Nagle Tony z całej siły ciska przed siebie cygaro, po czym bierze głęboki oddech i zamyka oczy. Wygląda jakby w mgnieniu oka się uspokoił, jednak znienacka uderza pięścią w stół, a gdy otwiera oczy płonie w nich żywy ogień.
Tony Leone: To się nie może powtórzyć! To jest nieakceptowalne! Aldis jeszcze nie wie kim jestem... kim My jesteśmy! Niesamowite, jak szybko ludzie zapominają od czego się to wszystko zaczęło i do czego jesteśmy zdolni... *Tony poprawia krawat, mankiety i w końcu odzyskuje spokój* Ale wszystko w swoim czasie. Zemsta jest daniem, które należy spożywać na zimno. Zacznijmy od tego, że dzisiaj muszę stać się mistrzem Eternal, a wtedy będzie Jego ruch.
Vizzini powoli wstaje, bez żadnego słowa kierując się do stojącej w pobliżu, bogato zdobionej szafki, na szczycie której stoi złota szkatułka. Vincenzo puka palcem w wieko, a to unosi się z lekkim skrzypnięciem do góry. Mężczyzna zagląda do środka i po chwili dwoma palcami wyławia jedno z umieszczonych w środku cygar. Skrupulatnie je przycina, a następnie obraca się do Dona i podaje mu tak przygotowany podarunek.
Vincenzo Vizzini: Bez emocji, Tony. *zaciąga się cygarem, siadając ponownie obok* Od początku powtarzałem, że to banda zdegenerowanych narcyzów, megalomanów mających siebie za Bóg wie kogo. *Wyjątkowo milczący Enzo unosi wzrok ku górze i całuje medalik zawieszony na szyi* Ale my jesteśmy inni. My mamy plan. My wiemy, po co tu przybyliśmy. Pozwólmy im najzwyczajniej w świecie myśleć, że chodzi nam po prostu o mistrzostwa. Słuchajcie. *strzepuje popiół* Im bardziej ich uwaga skupia się na przeszkadzaniu nam w samych walkach, tym mniej przestrzeni mają na zwracanie uwagi na inne rzeczy. To prosty rachunek.
Tony przeciągle odpala nowe cygaro, po czym przez chwilę z niego pyka. Ciszę w gabinecie zakłóca jedynie Enzo, który nerwowo stuka palcami o blat. Nikomu to jednak nie przeszkadza.
Tony Leone: Jestem oazą spokoju, Vincenzo. Masz rację, nasz plan jest niezagrożony, mimo tak rażącej niekompetencji naszych "partnerów". Na szczęście to jedynie wadliwe trybiki w całej tej machinie, trybiki, które zawsze można wymienić. *pyknięcie z cygara* Przyjaciele nigdy nie powinni zbyt wysoko cenić naszych zalet, zaś ludzie nam nieprzychylni powinni przeceniać nasze wady. Pozwólmy im uwierzyć, że je odnaleźli.
Vincenzo Vizzini: *pyka cygaro, po czym wypuszcza dużą chmurę dymu* Słusznie. Jeśli ktokolwiek sądzi, że brak mnie i Enzo przy ringu przesądza z góry o wyniku tej walki... Cóż, *Nadal słychać nerwowe pukanie palcami o blat* nie mam najmniejszego zamiaru wyprowadzać go z błędu. Sam to zrobisz w trakcie walki. A gdyby Aldis próbował jeszcze innych ciekawych sztuczek *wyciąga z wewnętrznej kieszeni marynarki białą zaklejoną kopertę* to możesz pokazać mu to. Uznaj to jako przedwczesny prezent z okazji zostania mistrzem.
Tony odbiera kopertę, przez chwilę się jej przygląda, jednak nie sprawdza co jest w środku i wkłada ją do wewnętrznej kieszeni marynarki.
Tony Leone: Dziękuję Ci, Vincenzo, dziękuję. To piękny gest. *stukanie palcami się nasila, Tony powoli odwraca wzrok i wpatruje się w Enzo* Wszystko w porządku, Enzo? Jesteś dziś wyjątkowo milczący. Powiedz, co Cię gryzie? W Rodzinie tajemnice nie są potrzebne.
Enzo Sacrale: *zaprzestaje stukania palcami i składa ręce oglądając się na Leone* Martwię się, Tony… Ufam planowi. Ufam Tobie. *zerka na moment na Vincenzo* Ufam całej rodzinie. Mam w sobie jednak grzeszne uczucie… *bardziej emocjonalny ton* Panowie, zobaczcie co tu się zaczyna dziać! Pierwsza sprawa, ignorant Aldis. *kręci głową* Zaczął bawić się w dobrą wróżkę spełniającą najrozmaitsze życzenia. Ten prostak Brutal wymarzył sobie rewanż z Tobą? *spogląda na Leone* Ależ proszę bardzo, będzie rewanż! Co za problem zmienić plany, skoro Błazen Ekstremy zwrócił się z uprzejmą prośbą… Chociaż nie. Jak mogę w ogóle stawiać słowo “uprzejmość” obok tego ordynusa? *prychnięcie* Idźmy dalej. Demencyjny starzec nie wiedzący co się wokół niego dzieje uznaje, że to świetny pomysł, aby wziąć swojego synka z nieprawego łoża i stanąć z nami w ringu? *wskazuje na siebie i Vincenzo* Jasna sprawa, załatwione! A swoją drogą, czy to nie obrzydliwa pogarda i ignorancja, aby marnować nasz czas na zabawę z jednostkami tego pokroju? *westchnięcie* I teraz najważniejsze, co aż nie mieści mi się w głowie! Dostajemy zakaz przebywania przy ringu podczas dzisiejszej walki wieczoru! Ogarnia mnie ciekawość, czyje życzenie tym razem spełnia Aldis? *patrzy prosto w oczy Leone* Tony… To nie jest w porządku wobec całej naszej rodziny, że zostawia Cię samego z tymi trzema wariatami… Nie zrozum mnie proszę źle. To nie jest brak wiary w Ciebie. Głęboko też czuję, że opatrzność jest po naszej stronie. *unosi na moment wzrok* Intryguje mnie jednak coś innego… Jeśli nie będą chcieli za wszelką cenę wyeliminować Cię jak najszybciej… *wzdycha* To tak jakby nie odczuwali należytego respektu i strachu. Tak jakbyśmy ich wystarczająco nie nauczyli, że powinni usunąć się nam z drogi. *ogląda się po obu kompanach* Ta walka da nam odpowiedzi na pewne pytania. Jeśli okaże się, że są to jednostki całkowicie ślepe i głuche… *poważny ton, zaciska pięść* To będzie trzeba otworzyć im oczy i odetkać uszy. Tym razem raz na zawsze. *ściszony głos, wpatruje się w blat* A ja mam na to coraz większą ochotę…
Tony Leone: Skoro to nie brak wiary w moje możliwości... a opatrzność jest po naszej stronie, to o co się martwisz? *Tony zdaje się być zdziwiony* Cóż może pójść nie tak, jeśli mam wszystko we własnych rękach i sprzyja mi opatrzność, Enzo? W niektórych kręgach mogłoby to być uznane za pewną nieuprzejmość. *Tony wstaje* Ale wiem, że nie to miałeś na myśli. Na ten moment nie możemy sprawiać nowych nieprzyjemności naszemu przyjacielowi, Nickowi. *stanowczo* JESZCZE nie. Jednak gdyby za bardzo się zapędził w spełnianiu kolejnych życzeń... cóż. Pani Mickie dowie się, jak to jest pić wrzątek. *przechodzi za plecy Enzo i kładzie dłonie na jego barkach* Przestań bujać w obłokach i skup się, aby opanować tą coraz większą ochotę. Nie po to przygotowywaliśmy taki piękny plan, żeby teraz wyrzucić go do kosza przez grzeszne podszepty. To byłoby wręcz... *z obrzydzeniem* Brutalowe. *Tony klepie Enzo w ramiona i powolnym krokiem zmierza do drzwi* Zadzwoń do naszego informatora. Upewnij się, że wiemy wszystko. To powinno Cię uspokoić.
Po tych słowach Tony wychodzi z gabinetu, a obraz z kamery gaśnie.
Singles Match for a spot in Golden Laurel Elimination Chamber Match
Zack Sabre Jr. vs Maxwell Ransom
Końcówka pojedynku. Zack Sabre Jr. przejął inicjatywę, konsekwentnie pracując nad prawą ręką Maxwella Ransoma. The Technical Wizard wykręca nadgarstek przeciwnika, przechodzi pod jego ramieniem i próbuje Jim Breaks Armbar! Ransom natychmiast splata dłonie, nie pozwalając Zackowi poprawnie zamknąć dźwigni. Sabre zmienia więc plan, obchodzi większego rywala od tyłu i mamy Bridged Dragon Suplex Pin 1…2…Kick Out! ZSJ nie daje mu chwili wytchnienia. Ransom próbuje wstać, ale otrzymuje Kneedrop w osłabione ramię. Zack chwyta kończynę ponownie, jednak Maxwell odpowiada krótkim Punch’em w brzuch. Drugi! Sabre puszcza. Ransom rusza z Running Lariatem, lecz Anglik schyla się i natychmiast przechwytuje nogę przeciwnika. ANKLE LOCK! Maxwell pada na matę! Submission Master mocno wykręca kostkę, ale Ransom wykorzystuje przewagę siły i stopniowo dociera do lin. Chwyta dolny sznur! Rope Break! Sabre odpuszcza i od razu szykuje Penalty Kick. Maxwell siada, Zack nabiera rozpędu... Nie! Ransom przechwytuje nogę! Podnosi się z nią w rękach i gwałtownie przyciąga przeciwnika do siebie. SPINNING SPINEBUSTER! ZSJ zostaje wbity w matę! Pin! 1... 2... NIE! Sabre odkopuje! Maxwell podnosi rywala i wynosi go na barki pod Torn Picture, ale Zack zaczyna uderzać łokciem w bok głowy. Zsuwa się za plecy przeciwnika i natychmiast przechodzi do European Clutch! 1... 2... NIE! Ransom wydostaje się dosłownie w ostatniej chwili! Obaj szybko wracają na nogi. Enzuigiri od Zacka! Maxwell zatacza się, lecz nie pada. Discus Elbow Smash! Ransom cofa się do lin. Sabre rusza za nim, ale Ex-Wilgotniak przechwytuje go i wykonuje Overhead Belly-to-Belly Suplex! ZSJ ląduje kilka metrów dalej. Maxwell podnosi przeciwnika. Zack próbuje jeszcze złapać rękę pod kolejną dźwignię, ale Ransom wyrywa kończynę, wbija Knee Strike w brzuch i zmusza rywala do pochylenia. Gutwrench! Maxwell wynosi Sabre’a na barki i stabilizuje pozycję. WOLF INSIDE!( Full Throttle) Trafione! Ransom natychmiast pinuje przeciwnika. 1... 2... 3! Maxwell Ransom wygrywa to starcie kwalifikacyjne.
Karnawału ciąg dalszy, świętujemy urodziny matki Ryszarda!
Sang Bleu! Na arenie rozbrzmiewa muzyka Lorda Sebastiena i właśnie on teraz pokazuje się na rampie. Obok niego znajdują się McŁowicz i ten facet. Lord powoli zmierza do ringu ze swoją Margaux w ręku, czerpiąc radość z negatywnych reakcji fanów na jego osobę. Lord z uśmiechem na twarzy wskazuje Robowi palcem na ring bez słowa, a ten wchodzi na apron i rozchyla liny, przez który Lord wchodzi do ringu. Nieznajomy gość podchodzi do pracownika technicznego i odbiera od niego mikrofon, który następnie podaje Lordowi.
Lord Sebastien: Bonjour! Mam nadzieję, że oglądaliście poprzednie Elysium, bo zdecydowanie było co oglądać! Jak widzicie *Lord ręką wskazuje na swoich kompanów* mój dwór powoli zaczyna się powiększać. Wiem, że uważaliście mnie za szaleńca, ale konsekwentnie pokazuję wam, że to ja mam rację w tym co robię. Krok po kroku odzyskam wszystkie honory od tych, którym one się należą. Ale dzisiaj nie o tym. Dzisiaj chciałem wam przedstawić członków mojej świty. Zacznijmy od kogoś, kto jest w moim życiu od jego początku. Zaczynał jako mój kamerdyner, potem został także trenerem w kwestiach zapaśniczych, a finalnie został nawet moim
conseillerdoradca. Panie i panowie, jeżeli można was tak nazwać, przedstawiam wam - oto Alistair Fraser Jr.! Ktoś mógłby zapytać teraz - skoro Alistair jest ze mną całe życie to dlaczego nikt go nie widział jeszcze tutaj, w ringu? Odpowiedź jest banalnie prosta - zachowałem go dla siebie jako moją tajną broń i tydzień temu spisał się znakomicie. Jest jeszcze z nami Rob, mój nadworny kucharz. Skoro już nim zostałeś to teraz musimy sobie parę rzeczy ustalić. Nie jesteś moim przyjacielem, nie jesteś moim partnerem. Jesteś jedynie moim kucharzem. Jedyne na co czekasz to na moje polecenie, które mogę wydać ci w każdej chwili. Zapamiętaj to, nie jesteś mi równym.
Rob, który do tej pory stał z boku, robi krok w stronę Lorda.
Rob McŁowicz: Sebastien, wygrałeś jedną walkę i nagle myślisz, że będę….
Lord natychmiast unosi dłoń, uciszając go. Alistair również robi niewielki krok w stronę Roba, jasno sugerując, że lepiej będzie, jeśli ten pozostanie na swoim miejscu.
Lord Sebastien: Widzisz? Właśnie o tym mówiłem. Nawet teraz nie potrafisz zrozumieć najprostszej rzeczy. Nie pytałem cię o zdanie, Rob. *Lord zaczyna się śmiać, chociaż nikt jeszcze nie ma pojęcia z czego* Najbardziej śmieszy mnie fakt, że myślałeś, że możesz się ze mną równać i stanąć do równej walki. Myślałeś, że będziesz miał szansę na tytuł mistrzowski w LPW, a teraz pozostał ci tylko fartuch. *Lord na chwilę przerywa ponownym śmiechem* Spójrz na siebie i spójrz na mnie. Ty jedyne co masz to
toquetradycyjna czapka kucharska i przepis w głowie na mój posiłek. Ja za to mam wszystko co potrzebne przyszłemu mistrzowi. Władza, prestiż, szacunek, dziedzictwo. To jest fakt, jestem najlepszym co Ciebie mogło w życiu spotkać. Postaraj się tym razem tego nie spieprzyć.
W tym momencie na arenie rozbrzmiewa Van Halen - Jump, a na rampie pojawia się postać "Surfera" Chrisa Finnegana. Trzyma on mikrofon w ręku i zbliża go do ust.
Finnegan: Chwileczkę, chwileczkę. Ściszcie muzykę.. *muzyka cichnie* Jeśli dobrze rozumiem Sebastien kreujesz się tutaj na kogoś godnego mistrzostwa? Ambitnie, ale nie wystarczy się takowym nazwać, trzeba jeszcze sobie na to zapracować. Widzisz podczas ostatniego Elysium stanąłem z obecnym mistrzem w szranki i niektórzy twierdzili nawet, że miałem z nim szansę. Zdaję sobie jednak sprawę, że był to mój debiut i jeszcze wiele pracy przede mną i tym właśnie się różnimy. Ja zakasuję rękawy i biorę się za robotę walcząc z najlepszymi, tymczasem ty próbujesz zdobyć szacunek wygrywając walki przekrętem tak jak zrobiłeś to z Robem. Naprawdę żal mi ciebie Rob. Nie mogę zrozumieć gdzie podział się ten nieprzewidywalny kucharz, który grillował oponentów w ringu i w swoim własnym show. Dlaczego usługujesz temu paniczykowi, skoro bez tego kamerdynero-trenero-conseillera.. Cholera gościu ty naprawdę się na tym wszystkim znasz? Bo patrząc po obecnych sukcesach Lorda mam wrażenie, że trochę nakłamałeś w CV i teraz wpuszczasz go w maliny. Rob.. jeśli potrzebujesz impulsu, że ten cały arystokrata nie jest wcale taki straszny, to chętnie cię przekonam
W tym momencie Chris upuszcza mikrofon i kieruje się z uśmiechem w stronę ringu. Zaraz za nim z zaplecza wybiega sędzia tego pojedynku i przechodzimy do starcia.
Singles Match
Lord Sebastien vs Chris Finnegan
Wracamy do walki, gdzie Lord wynosi Surfera pod Scoop Slam. Ten jednak w porę oprzytomniał, zaczyna się wiercić na barku i ześlizguje się. Chris spada na nogi za plecami przeciwnika i teraz popycha go e stronę lin. Sebastien odbija się i po powrocie inkasuje Arm Drag od Finnegana. Szybki powrót do stójki i ponownie Arm Drag. Australijczyk jest teraz, nomen omen, na fali i gdy po raz kolejny jego przeciwnik wstaje, Surfer chwyta go za rękę i Irish Whipem wysyła w stronę lin. Chris się pochyla, a Francuz po powrocie kopnięciem go prostuje. Teraz to on wykręca rękę przeciwnika i zapina Wrist Lock. W tym uchwycie przechodzi z przeciwnikiem do narożnika i wypycha go tam, po czym zaczyna atakować punchami. Sędzia zaczyna odliczanie i dopiero przy doliczeniu do czterech Sebastien przerywa atak. Sędzia go upomina, a Lord podnosi ręce udając niewiniątko, jednak przy drobnej chwili nieuwagi dokłada jeszcze kopnięcie na tors przeciwnika. Publiczność heatuje. Za ringiem Alistair klaszcze w ręce z zadowoleniem i zachęca też do tego Roba, który tylko kiwa głową z dezaprobatą i macha na to ręką. Francuz upomina McŁowicza słownie i Irish Whipem wysyła przeciwnika w przeciwległy narożnik. Jednak kontra i to Lord wpada w korner. Finnegan podbiega do przeciwnika i wyprowadza pierwszy Corner Back Elbow, za chwilę kolejny i kolejny. Australijczyk odchodzi kilka kroków od oponenta i na koniec jeszcze częstuje go Corner Splashem. Alistair nie może na to patrzeć i zasłania twarz rękoma a Rob się podśmiechuje. W międzyczasie mamy próbę pinu. 1… 2… Kickout. Lord przetacza się na brzuch i na czworaka idzie do lin. Wcześniej Finnegan wstał i czeka również na powstanie Chris w końcu pomaga wstać przeciwnikowi, mamy wyniesienie i ostatecznie Surfer wykonuje The Sydney Sweep (Scoop Slam). Po tym ataku nie ma jednak przypięcia, bo Australijczyk postanawia wejść na szczyt narożnika. Poprawia produkcję i po chwili mamy The Big Wave (Frog Splash)! Prosto w pustą matę! Francuz sprytnie uciekł przed lecącym przecieniiiem, który teraz trzymając się za tors przetacza się na plecy. Lord będąc już na nogach odbija się od lin i wyprowadza Guillotine Drop (Running Leg Drop). Od razu próba pinu. 1… 2… 3?! Kickout! Surfer nie da się tak łatwo pokonać. Alistair wskakuje na apron i odwraca uwagę sędziego, w tym czasie Lord podchodzi do lin i nakazuje McŁowiczowi podać sobie Margaux. Rob zdecydowanie odmawia, ale Sebastien stanowczo na to nalega. Po długich przemyśleniach Kucharz podaje laskę Francuzowi, który błyskawicznie wypłaca Margaux’s Kiss na klęczącym już przeciwniku. Kompletnie zamroczony Chris pada na matę, Lord oddaje łaskę swojemu Kucharzowi i próbuje pinu. W tym momencie sędziemu udało się przegonić Alistaira z apronu i rozpoczyna liczenie. 1… 2… 3?! Tak, to koniec! Lord Sebastien wygrywa ten pojedynek!
Kamera przenosi się na zaplecze areny gdzie krzątają się zawodnicy i pracownicy Legion Pro Wrestling. W jednym z tych spokojniejszych korytarzy widzimy Dereka Hallowaya, który opiera się o ścianę, a przez ramie ma przewieszony pas LPW Eternal. Po chwili zza rogu wyłania się Mike F'N Brutal. King of Hardcore zatrzymuje się kilka kroków od mistrza Eternal, przez moment przyglądając mu się w milczeniu, a następnie podchodzi bardziej stanowczo, jakby z określonym zamiarem w stronę Truth Seekera.
Mike F'N Brutal: Zanim zaczniesz daj mi powiedzieć coś, co musi zostać powiedziane. Na Heatwave zrypałem. Prosto i bez zbędnego pierdzielenia. Wtrąciłem się w Twoją walkę z Leone, chociaż z pozoru nie miałem tam czego szukać. Ale jak widzę na ekranie któregoś z tych trzech parodystów to się we mnie gotuje i niestety, bądź stety - zrobiłem to co potrafię najlepiej. Zamiast pomyśleć, zrobiłem rozpierdol. Do tego wcześniej też zepsułem paradę pisarzynie. Miałem być jego partnerem, miałem pilnować jego pleców, a przez to, że odpaliłem się jak idiota, sam go posłałem na glebę. Gość woli książki, pióro i swoje pogmatwane metafory, a dostał ode mnie więcej przemocy, niż powinien dostać. Nie zamierzam tego wybielać. I nie mów mi nawet o żadnych teoriach spiskowych, że ktoś mnie opłacił, że jakiś iluminata ciągnie za sznurki, nie dobieraj sobie żadnej teorii. Teoria tu jest jedna - Mike Fuckin' Brutal spieprzył sprawę. Więc tak. Przepraszam, że pozwoliłem na to, żeby emocje wzięły mnie znowu za mordę. Uznałem, że skoro narobiłem syfu, to mam wystarczająco dużo jaj, żeby spojrzeć ci w twarz i się do tego przyznać.
Extremely Mad Dog wyciąga rękę w stronę Hallowaya. Derek przenosi ciężar ciała na dwie nogi, żeby już się nie opierać o ścianę. Mistrz staje twarzą w twarz z Mike’m. Lewą ręką zdejmuje okulary z nosa. Widać w jego oczach złość skierowaną w stronę Brutala. Teraz jego wzrok kieruje się na rękę Extremaniaca, po chwili znów podnosi wzrok patrząc w oczy Brutala i kiwa przecząco głową dając do zrozumienia, że żadnego godzenia dzisiaj nie będzie.
Derek Halloway: ”Przepraszam”? Kto Ci kazał tak powiedzieć? Może ten cały Leone, co? Kupił Cię i zwerbował w te swoje faszystowskie szeregi? Teraz już wszystko jasne. Do tej pory się zastanawiałem, ale już wszystko wiem. Od dziś nie traktuję Cię już jako niegroźnego durnia. Od dziś wiem o Tobie to, że jesteś sprzedawczykiem. Przegrałeś walkę przez swoją głupotę, nie wiedziałeś co ze sobą zrobić, więc postanowiłeś przybyć i wszystko spieprzyć drugi raz? Przecież powinniśmy trzymać wspólny front przeciwko makaroniarzom, a Ty zachowałeś się jak za starych lat. Myślałem, że wyszedłeś na prostą, zacząłeś się dogadywać z Poetą, a to wszytko była podpucha! Najpierw zdradziłeś go, a później ja przegrałem przez Ciebie. Nie rozumiem z jakiej racji stałeś się pretendentem, ale Aldis też nigdy nie grzeszył intelektem. Zawróć z tej drogi, Brutal!
???: Panowie!
Obaj zawodnicy wraz z kamerzystą obracają się i możemy dostrzec teraz Paddy'ego Jacksona! Reporter Elysium pomimo napiętej atmosfery jest uśmiechnięty i bez strachu podchodzi do Brutala i Dereka.
Paddy Jackson: Po co te nerwy? *szeroki uśmiech* Czas przerwać to zanim powiecie sobie o kilka słów za dużo i odpowiedzieć fanom LPW na parę istotnych pytań! *ogląda się po zawodnikach* Czy myślicie, że dacie radę się dogadać w obliczu zagrożenia, które czeka na was ze strony The Outfit? Czy dalsza współpraca jest jeszcze możliwa? Czy macie obawy, że w pojedynkę nie będziecie w stanie poradzić sobie z tak zorganizowaną drużyną, jak Leone, Vizzini i Sacrale? *mierzy wzrokiem obu oczekując na odpowiedź od kogokolwiek z nich*
Derek i Mike patrzą na Paddy’ego z nietęgimi minami.
Derek i Mike: Spierdalaj stąd.
Paddy ucieka, a panowie znów spoglądają na siebie. Przez kilka sekund Extrememaniac i The Awakened mierzą się wzrokiem. Brutal opuszcza rękę, którą wcześniej wyciągnął w geście pojednania. Widać, że słowa Hallowaya go wkurzyły, ale tym razem nie daje się ponieść emocjom.
Mike F'N Brutal: Wiesz co, Halloway? Przychodzę, mówię ci prosto w twarz, że spieprzyłem, przyznaję się do winy, a ty i tak dorabiasz do tego całą swoją porąbaną teorię. Leone mnie kupił? Cholera, gdyby ktoś chciał mnie kupić, musiałby mieć naprawdę głęboko nasrane w berecie. Nie jestem niczyim żołnierzykiem, jakimś sojusznikiem na rozkaz ani twoim wrogiem tylko dlatego, że tak sobie postanowiłeś. Nie przyszedłem po twoje przebaczenie. Chciałem tylko spojrzeć ci w oczy i przyznać, że to co zrobiłem było moją winą. Reszta to już twój problem. Wierz sobie dalej w swoje teorie i nazywaj mnie sprzedawczykiem, jeśli tak ci wygodnie. I wiesz co jest w tym wszystkim najzabawniejsze? Jeszcze niedawno po takiej rozmowie pewnie już byśmy się tutaj naparzali. Ty powiedziałbyś jedno słowo za dużo, ja zrobiłbym krok za daleko i w ciągu kilku minut mielibyśmy kolejny burdel do sprzątania. Ale nie dzisiaj. Nie dam ci tej satysfakcji. Nie pozwolę, żebyś znowu wyciągnął ze mnie tego idiotę, którego sam później będę musiał żałować. Obiecałęm sobie, że tu przyjdę, wyciągnę rękę i spróbuję naprawić to, co spieprzyłem. Ale chyba zapomniałem, że z tobą nie da się po prostu porozmawiać. Całe życie radziłem sobie sam i jakoś przeżyłem bez sztucznego zaufania. Poradzę sobie i teraz. Nie musisz mi ufać, Derek. Ale kiedy przyjdzie czas - będziesz musiał stanąć ze mną w tym samym ringu. I wtedy nie będzie miało znaczenia, co o sobie myślimy. Będzie miało znaczenie tylko to, co zrobimy.
Derek Halloway: *Derek spuszcza wzrok i mówi jakby bardziej do siebie, ale na glos* Ten Paddy też jest jakiś podejrzany. Zakłada współpracę nie mając podstaw, jakby z góry miał powiedziane, że mam się kogo obawiać. Chyba mamy tutaj podsłuchiwacza na zlecenie Leone, muszę to zbadać. *Halloway podnosi wzrok na swojego rozmowce* A Tobie powiem, tak tylko na koniec, że jesteś słaby. Wydaje Ci się, że każdy może się Ciebie bać, bo kochasz extreme, ale tak w głębi duszy jesteś słaby. Przeczytałem Cię dawno, masz wahania nastroju, odpalasz się w sekundę, jak zapałka lekko pociągnięta po drasce. Mam nadzieję, że nie będziesz mi już wchodził w drogę, sprzedawczyku.
Po tych słowach Derek idzie w stronę Brutala i waląc go lekko z bara przechodzi obok niego dalej. Mike już prawie eksplodował po tym wydarzeniu, jednak widać, że walczy ze sobą i zapobiega eskalacji nerwów. W tym momencie obraz z kamery gaśnie.